Szybcy i wściekli

Przyspieszyliśmy. Nasze życie toczy się coraz szybciej – szybciej dorastamy, szybciej zaczynamy uprawiać sex, szybciej chodzimy, mniej śpimy, pracujemy wydajniej. Kreatywność, efektywność, dyspozycyjność… Musimy tacy być, bo nie ma dla nas innej życiowej drogi. Nie można po prostu się zatrzymać, zwolnić biegu własnego życia, bo jeśli to zrobimy, to czeka nas nieuchronne wykluczenie ze społeczeństwa. Praca codziennie od 8 do 18 – oto nasza świetlana przyszłość.

Wychodzimy rano do pracy. Idziemy szybkim krokiem, bo na tempo spacerowe szkoda czasu. A poza tym i tak jest przecież szaro i zimno. Gdyby tak można było się teleportować bezpośrednio z domu do roboty, to byłoby wspaniale. Generalnie więc nie dzieje się nic specjalnego – ot taka zwykła wędrówka człowieka pracy do miejsca, w którym będzie on produkować dobra. W przerwie można wyskoczyć coś zjeść, byle nie za długo, bo szef poleci po wynagrodzeniu. Mądrzy amerykanie wymyślili na tą okoliczność taki przybytek, który się nazywa fast-food. Czas oczekiwania na jedzenie jest minimalny, dzięki czemu człowiek nie ma chwili wytchnienia, w której na przykład mógłby się zastanowić czy żarcie, które za chwilę pochłonie nie jest aby dla niego szkodliwe. Nie ma czasu na takie pierdoły. Permanentnie nie ma czasu na nic. Takim właśnie jesteśmy pokoleniem – „fast food, fast chód”.

„Chcę pracować z ludźmi, którzy mają tylko jeden cel w życiu – sukces” – usłyszałem całkiem niedawno na rozmowie w sprawie pracy od pewnego czterdziestoletniego byznesmena, który nota bene miał nienaturalnie szeroki uśmiech. Powiedziałem mu, że jeszcze się zastanowię… Nie wyobrażam sobie siebie całkowicie oddanego pracy, bo ta powinna być według mnie jedynie środkiem do zdobywania pieniędzy na szczęśliwe i dostatnie życie, a nie celem samym w sobie. Praca dla pracy? To nie dla mnie. Tymczasem coraz więcej jest w naszym społeczeństwie ludzi, którzy myślą zupełnie odwrotnie niż ja – samotnych pracocholików, którzy poświęcą wszystko karierze i sukcesowi. Niestety, jednym ze skutków ubocznych takiego trybu życia jest wyobcowanie i niewypowiedziana wewnętrzna pustka. Co byśmy nie robili, to i tak nie będziemy z siebie zadowoleni.

Jest taki czeski film – „Samotni” w reżyserii Davida Ondricka, w którym bohaterowie wyruszają na poszukiwanie typowej czeskiej rodziny. Okazuje się jednak, że takowej nie ma w całej wielkiej Pradze! Wszyscy jej mieszkańcy, bowiem żyją nietypowo i nienormalnie. I najgorsze jest to, że wszystkie przedstawione postacie, pomimo swego, dość już posuniętego wieku, nadal kompletnie nie wiedzą co chcą robić w przyszłości. Wszyscy oni są samotni, pomimo tego, że każdy z nich ma z kim porozmawiać. No ale właśnie – czy zwykła wymiana zdań jest rozmową, prowadzeniem dialogu? Wydaje się, że potrzeba jeszcze jakiejś nici porozumienia pomiędzy dwoma osobami, a nie tylko zwykłe bla bla bla. W naszym świecie rozmowa z drugim człowiekiem zaczyna przeistaczać się w zbiór monologów, w których każdy mówi przede wszystkim o sobie. „Czuję się źle”, „czuję się dobrze”, „byłam tu, byłem tam”, „mój szef ma nową sekretarkę”, „kupiłam sobie nowe spodnie”. Nasze zainteresowanie odbiorcą polega głównie na tym, żeby był i chociaż udawał, że słucha. To jest właśnie najgorszy rodzaj samotności: nie móc się dogadać, kiedy jest tyle różnych sposobów na przeprowadzenie rozmowy. Nie zaznać ciepła i miłości, pomimo tego, że codziennie mijamy kilkaset różnych osób. A najbardziej przygniatające jest to, że wmawiamy sobie, że tak naprawdę nie potrzebujemy „innych” ludzi, choć jest zupełnie odwrotnie. Stajemy się hermetyczni.

Wszystko to dlatego, że nie wierzymy w przyszłość. Bo czy w ogóle jakakolwiek przyszłość dla nas istnieje? Praca, praca, praca… „Śpiewać, srać, śpiewać, spać” – jak to plastycznie wyraziła Dorota Rabczewska. Pociągające, prawda? To już lepiej w ogóle nie zaprzątać sobie głowy taką przyszłością. Tak dla świętego spokoju. W sumie fakt – generalnie to carpe diem i do przodu, bo nie wiadomo, kiedy ręka boża wymierzy sprawiedliwość. Ostatnio na ulicy jakiś metr ode mnie spadła wielka cegła i też na chwilę przestałem myśleć o przyszłości…

Wróćmy jeszcze do typowego przedstawiciela naszego pokolenia: po powrocie z pracy jest czas na relaks: jakiś głupi film w TV, skopanie ogródka, książka, gazeta… Co kto lubi. Jednak żadna z tych czynności nie zbliża nas do drugiego człowieka, jednym słowem – jeszcze pogłębia poczucie wyobcowania.

Pięć dni zapierdalam, w piątek wieczór pub, w sobotę klub, w niedzielę kac. W poniedziałek powrót po kolejny raz. Kolacja we dwoje w Hallenbergu za dwa pięćset, potem fellatio za to, co więcej…

Pracujemy tak długo, że nie mamy nawet kiedy o tym pomyśleć, pomyśleć jak to zmienić. Nie ma czasu na zadawanie „głupich”, egzystencjalnych pytań. Trzeba się zregenerować, bo jutro będzie taki sam, męczący dzień. Żyjemy w coraz bardziej zamkniętych enklawach, w których tak naprawdę nie dzieje się nic oprócz chodzenia do roboty i rozmów typu „co u ciebie?”. Dzielić się z kimś problemami, to oznaka słabości. To my na własnych, urobionych po łokcie rękach podnosimy naszą młodą kapitalistyczną gospodarkę do poziomu, którego nigdy wcześniej nie osiągnęła. I muszą być jakieś ofiary. Fajnie jest mieć pieniądze, być szanowanym obywatelem, mieć władzę. Być kimś. Jednak cena, którą trzeba za to wszystko zapłacić jest moim zdaniem zbyt wysoka. Jak się potkniesz – na twoje miejsce jest już siedemnastu kandydatów, którzy są i tak lepiej wykształceni i bardziej doświadczeni niż Ty.

„Nasze normy chcą, by iść po ścieżce rodem z mych obaw, a tego nie chcę…”. Ciągle jednak wierzę, że jest możliwy świat, o którym zawsze marzyłem – pełen zrozumienia i życzliwości, w którym ludzie mogą marzyć o rzeczach innych, niż nowy samochód czy odtwarzacz DVD. Świat, w którym małżeństwo nie będzie luksusem dostępnym dla wybranych, a urodzenie i wychowanie dziecka nie będzie równoznaczne z pójsciem na bezrobocie. Być może kiedyś, kiedy nieco zwolnimy tempo, będzie możliwa jakaś głębsza refleksja nad minionymi czasami. A póki co – musimy żyć w takim, a nie innym świecie, bo innego przecież nie ma. Czas się dostosować.

„Chcemy nowych idei, chcemy nowej muzyki, chcemy nowych narkotyków, chcemy nowych miejsc” – krzyczy na koncertach Krzysiek Ostrowski, wokalista zespołu Cool Kids Of Death. W czasach, kiedy patologia staje się normą, a wszelkie wynaturzenia są szeroko akceptowane w imię błędnie rozumianej tolerancji, filozofowie mają nam do zaproponowania tylko i wyłącznie relatywizm. Najprościej jest powiedzieć, że wszystko co robimy jest wynikiem naszych suwerennych wyborów i tylko my sami jesteśmy odpowiedzialni za to, co robimy. Odpowiadamy za nasze szczęście. Każda, nawet najdrobniejsza rzecz jest zależna od woli jednostki. Relatywizowanie postaw tak naprawdę prowadzi jednak do ich ujednolicenia. Wszechobecny nihilizm i świadomość rozkładu wszelkich norm i wartości społecznych w zderzeniu z relatywizmem nie ma w ogóle racji bytu. Bo to wszystko to przecież sprawa jednostki. Każdy człowiek ma prawo do tego i owego – zgadzam się. Ale czy w erze powszechnego subiektywizmu człowiek ma jakiekolwiek obowiązki?

Zdecydowanie potrzeba nam nowych idei…

Kreatywność, dynamizm, przedsiębiorczość, przebojowość, cwaniactwo. Bez tych cech nic nie zwojujemy w wielkim świecie. Zachłysnęliśmy się tym zachodnim trybem życia. Przesiąknięte nim są nasze ubrania, my sami też niedługo przesiąkniemy. Wszyscy – zarówno ci, którzy krytykują ten system, jak i ci, którzy uważają, że jest dobry. Znajdujemy się w stadzie i wraz z pozostałymi osobnikami musimy gnać do przodu, pędzeni krzykiem rozwścieczonych „unit managerów”. Do zagrody, która jest metaforą sukcesu, dotrą tylko najsilniejsi osobnicy. Ci słabsi zostaną przez nich zjedzeni, aby mieli siłę na dalszą pogoń. Coś w tym jest – jesteśmy jak drapieżne zwierzęta, które zjadają te mniejsze i słabsze, aby przeżyć w dżungli wielkich miast. To jest wojna, a my musimy się dostosować. Musimy być szybcy i wściekli.

(…)zatrzymajmy się w pędzie, nikt nie pamięta po co biegnie
czy na pewno po szczęście, czy sam bieg nie jest biegu sensem?
nic nie jest pewne, ja przecież sam wciąż pytam
szukam sposobu by kiedyś polecieć jak Ikar
na skrzydłach tej wolności.
I jeśli mam jak on spaść to spadne jak on
ale szczęśliwy, bo żyłem naprawde…

Cytaty pochodzą z utworów:
„Transportem do pracy” – Afro Kolektyw
„Harmonia” – Mezo/Pan duże Pe
„Kręcimy się w kółko” – Cool Kids Of Death
„Plaża” – Eldo

Michał Stankiewicz
Wrocław, 10 marca 2005r.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *