Kilka obyczajowych obrazków z życia kobiety lekkomyślnej, a potem ciężarnej

Poniższy zestaw kilku obrazków pochodzi z jednego roku życia pewnej ciężarnej. Mówiła mi, że tuż przed osiągnięciem trzydziestego roku życia przeszła przyspieszone dojrzewanie. Postanowiłam ją dokładnie o to wypytać, bo temat dojrzewania od dawna mnie interesuje. Wcale sobie nie chwali samego procesu, ale, jak mi się zwierzyła, to było jedyne wyjście, żeby jeszcze zdążyła naprawdę sobie pożyć. Poniższe opowiadanie zarejestrowałam w takiej postaci, w jakiej je usłyszałam od niej samej. Opowiedziała mi o sobie, bo przekonałam ją, że to dobry materiał, wszystko jedno, na film czy artykuł do magazynu kobiecego:

Pierwsze ujęcie: Mokry czerwcowy wieczór w Warszawie, dzwoni do mnie A. W mieszkaniu pojawiła się wielka ćma, A. prosi, żeby wracać do domu. Przerywam spotkanie z Martą i wracam do domu, tak szybko jak się da. Z dobrze pamiętanego, pełnego wydarzeń dzieciństwa został nam lęk przed ćmami. Wchodzę do mieszkania, A. zapłakana mówi, że próbowała wszystkiego, ale nic z tego. Pamiętam przerażający lot ćmy po pokoju i po naszych twarzach. Nic nie możemy zrobić. Wysoki pokój z wielką ćmą na ścianie wygląda jak zamieszkany przez demona. Tak wygląda bezsilność.

Obie nie mamy pracy, mam trochę zleceń, możemy iść do parku, żeby zagrać w badmintona, A. chodzi regularnie na spotkania w sprawie pracy. Przychodzi trochę smutniejsza niż zwykle albo pełna energii. Umawia się wtedy ze znajomymi, wyciąga Natalię na wyjście do Klubo. Rano robi dla nas śniadanie, gotuje jajka, kupuje bułki u pani Justyny. Nie myśląc o tym, co czuje A., przeżywam swoje wielkie frustracje: dlaczego moje życie nie idzie naprzód, dlaczego nie żyję naprawdę, w którym momencie popełniłam błąd, a życie zatrzymało się w martwym punkcie? Przejęta swoimi pytaniami przestaję widzieć A, która wytrwale pracuje nad sobą, bo nie chce gorzknieć. Szuka ogłoszeń, odpowiada na nie, czeka na telefony, powtarza te same czynności: nakłada makijaż, pospiesznie wkłada kostium, przepakowuje torebkę i wychodzi. Jeszcze nie widać po niej zmęczenia rutyną szukania pracy, chociaż już nie opowiada o każdym umówionym spotkaniu. A ja już nie pytam.

Myślę, co dalej ze mną. Otrzymałam propozycję wyjazdu. Po latach spędzonych w biurze i próbach pracy w wolnym zawodzie, nie wiem, co mam ze sobą zrobić. Nie chcę wracać do kancelarii. Nie chcę pracować w dziale windykacji. Nie chcę pracować w biurze. Chyba straciłam instynkt samozachowawczy i napęd życiowy. Wyjazd wydaje się najlepszym rozwiązaniem. Oferta za 1600 euro miesięcznie na włoskim jachcie w charakterze trzeciej stewardessy jest kusząca ze względu na pobyt na morzu, awanturniczy w moim przypadku zwrot w karierze i, wreszcie, pieniądze. I to tylko na wakacje, po nich mam wrócić, tak sobie obiecuję, do grzecznego życia w charakterze tłumacza lub prawnika.

Może dzięki temu napiszę książkę? Może tam odzyskam radość życia i objawi mi się plan na wznowienie swojego życia? Wyjeżdżam. A. przeprowadza się do rodziców, bo dostała pracę w ministerstwie. Pożegnanie i lot tanią linią do Rzymu. Jakieś dziwne przeczucia. Rozstanie z kimś ważnym po roku bycia razem. Lęk, czy sobie poradzę i czy nie straciłam instynktu samozachowawczego na zawsze. Dużo tego, jak na jeden lot tanią linią i tylko dwie godziny w samolocie.

Drugie ujęcie: Spakowałam po kryjomu swoje rzeczy. Czekam na sposobne warunki. Pierwszy dzień na Corfu, załoga rozeszła się po wyspie, kapitan także zniknął. Naokoło jachty, różnej klasy i szerokości pokładu. Bardziej podobało mi się na Malcie. Ale to właśnie w greckim porcie mamy czekać na Signore i jego gości. Signore jest naszym pracodawcą, czyta „Księcia” Machiavellego i ma ogromną kabinę, którą sprzątamy we trzy z pozostałymi stewardessami. Brakuje mi włoskiego portu, z którego odpłynęliśmy. Czuję, że nie zdecydowałam się na papierowy zwrot akcji, ale podejmuję autentyczne zobowiązanie. Czeka mnie dzielenie kabiny z dwiema zżytymi już stewardessami, wejście w zaprzyjaźnioną załogę. Zaczynam swoją mantrę.

Powtarzam sobie: wytrzymaj, no, wytrzymaj te pierwsze dni i przeżyj przygodę życia, pomyśl, z ilu rzeczy zrezygnowałaś lub uciekłaś, zanim zaczęłaś żyć. Nie wiem, czemu, ale wydaje mi się, że właśnie to egzotyczne zlecenie przywróci mnie do porządku. Kryzys trwa jednak dłużej niż myślałam. Przestaję myśleć o swoim poprzednim superbiurowym wcieleniu z jego wygodą, zniewoleniem i charakterystycznymi gadżetami: garsonką, kostiumem, bucikami w kształcie eleganckich biurowych racic. To tylko wzmaga uczucie nieprzynależności do żadnego świata, żadnej znanej bajki. Co ja tu robię – krzyczy mój wewnętrzny rozeźlony Sędzia. Skupiam się jednak na przeżywaniu tu i teraz, żeby nie wypaść z rytmu. Pierwsza stewardessa ciągle pozostaje pod wrażeniem swojego awansu społecznego, dużej odpowiedzialności i równie dużej pensji. Jest swego rodzaju wizytówką jachtu, podobnie jak pierwszy oficer. Pilnie uczy się sztuki rozkładania serwetek, nakrywania do stołu dla Signore, jego żony oraz licznych gości tych dwojga, układania kwiatów, a nawet przygotowania jachtu na przyjęcie ekipy rządowej, gdyby zaszła taka potrzeba.

A ja najbardziej lubię Nadię, drugą w hierarchii jachtowych stewardess. Jest kobieca i rozbrajająca w swoim lenistwie na przemian z pilnością w wypełnianiu swoich obowiązków. Jednakowo uwodzicielska, gdy obgryza paznokcie czy nudzi się z kolejnym adoratorem. Signore zanim położy się spać i sięgnie po „Księcia” czytanego przed snem, objaśnia Nadii, jak zdobywa się majątek przez krew, pot i łzy. Przygody dziewcząt jeszcze we włoskim porcie, z których mi się zwierzają, sprawiają że czuję się nienormalnie pruderyjna. Jeszcze we włoskim porcie, Nadia daje się namówić jednemu z włoskich wielbicieli na spotkanie. To zakochany karabinier. Dla Nadii nauczył się, gdzie leży Ukraina, a nawet Odessa, a teraz podjeżdża najnowszym modelem mercedesa. Zaczynam się zastanawiać, czy namiętność do Nadii nie popchnęła go na drogę występku. Nadia zalotnie macha upierścienioną ręką stewardowi z sąsiedniego jachtu i schodzi na spotkanie z karabinierem. Noc w porcie jest taka spokojna, ja prawie też się uspokoiłam. Moje doskonalenie się w sztuce maglowania pod pokładem przerywa wypłynięcie w morze.

Ostatnia scena to nocne czekanie w greckim porcie na prom do Brindisi po pojednawczej wycieczce rowerowej z kapitanem po wyspie. Wreszcie wyruszam w powrotną podróż razem z przekrzykującymi się młodymi Amerykanami, kryjącymi się z dala od tłumów albańskimi rodzinami i Włochami w popłochu znikającymi w kajutach.

Sama zasypiam na ławce przykryta koszulą jak najbliżej Amerykanów. Dzięki nim czuję się bardziej Europejką w podróży. Trochę wymiętą i sponiewieraną nocną wyprawą, ale wreszcie w dobrze znanej sobie roli.

Trzecie ujęcie: Rzym, zostaję dodatkowo jeden dzień. Odzyskuję formę, przede wszystkim regenerują się moje siły psychiczne. Postanawiam ten dodatkowy dzień, poza włóczeniem się po ulubionych miejscach, spędzić prawie religijnie. Czyli coś ślubować, o coś poprosić i coś obiecać w kilku bazylikach.

Myślę sobie, że gdybym miała rodzinę nie czułabym się teraz tak bezpańsko. Miałabym taką szczęśliwą rodzinę, myślę sobie, jak z reklamy super bieli, rodzinę beztrosko biegającą w skarpetkach po domu, rodzinę zmęczoną weekendowym wypadem, rodzinę przejętą klasówką dziecka, rodzinę popijającą jogurt, robiącą razem naleśniki. Natchniona, proszę o taką rodzinę.

I koniecznie, żeby nas (jeszcze nie wiem kogo, oprócz mnie) było stać na trzykołowy wózek, beżowe wykończenie nowego mieszkania i, co najmniej, coroczne wakacje nad polskim morzem. Czuję, że z taką listą trzeba pofatygować się do każdej bazyliki. Przed bazyliką na Lateranie odpoczywam po wyczerpującej pielgrzymce, dostaję też wiadomość od znajomego: jest szansa na staż w poczytnym dzienniku.

Czwarte ujęcie: Ciągle przestępuję z nogi na nogę, nie wiem, co dalej. Nie pomaga ani przeprowadzka, ani gonitwa myśli: co teraz, co robić. Trwa mój staż w dziale gospodarczym ogólnopolskiej gazety. Pozostali stażyści są młodsi ode mnie, bardziej zaangażowani korporacyjnie ode mnie. Mam już za sobą noce w biurze nad dokumentami „na jutro do dziewiątej”. Jestem trochę wyleniała i posunięta w latach jak na stażystkę.

Chyba mi nawet nie przystoi tak się angażować. Przez pierwsze dni zlecenie napisania notatki wykonuję w nabożnym skupieniu i z wyciągniętym z wrażenia językiem. Ale gdy misja w terenie kończy się niepowodzeniem, wygodnie dekuję się w redakcji za parawanem ambitnych planów na wywiad z tuzami polskiej gospodarki i ogromny artykuł o ożywieniu gospodarczym w Indiach.

Bez żadnego przeczucia pozostaję nieczuła na zwiastuny błogostanu. Mdłości pierwszego trymestru niesłusznie przypisuję wrażeniom ze stażu. Ale już jestem w ciąży. Kandydat na ojca przeradza się w ojca. Z lekkości bytu zostaje mi jednoznaczny wynik testu ciążowego. Wszystko staje się jasne i jeszcze bardziej przerażające. Nowy pracodawca, znaleziony i olśniony na spotkaniu jak Bóg przykazał, w popłochu wycofuje się z decyzji o zatrudnieniu ciężarnej. Nikt się nie dziwi, ja najmniej. Na wpół pogodzona z ciążą, jeszcze nie z nową rolą i jeszcze nie z Dzieckiem, ani z jego ojcem.

Ciągle jeszcze na wpół, nic do utraty tchu, co za życie takie na wpół. Ale i tak się zmieniło, jakiś dziwny dopiero odkryty nowy smak frustracji. Myślę, co ja zrobiłam! Żadna matka ze mnie, żadna szczęśliwa matka Polka czy matka Niemka. Po prostu wpadka z wizją reklamy jogurtu w tle. Zdana na hormony, walę głową w ścianę, gdy nie wystarcza bębnienie palcami w szybę. Nie chcę patrzeć na ślady dawnego życia: stare książki, zapiski, swój dziennik zaklejam do ostatniej strony, żeby nie żałować, przygotować się na nowe. Nie mogę przyglądać się swemu życiu wstecz, bo boli. Unikanie znajomych, bo trudno odpowiadać na najprostsze pytania bez cienia radości z nowego etapu. Chwilami brakuje powietrza z tego życiowego zakrętu.

Zostałam zakwalifikowana do nowej kategorii: kobieta ciężarna, a potem matka. W krótkiej przerwie – trauma porodu. Niewiele sobie wyobrażam. To chyba dobrze. Sylwetka, do której już teraz nie mogę się przyzwyczaić. I coś o wiele bardziej widocznego niż nowe znaki cielesne – fala przygnębienia i ciężaru odpowiedzialności. Nie mogę opanować paniki na samą myśl o koniecznych zmianach w moim życiu. I już wiem, że nie dane mi będzie przeżyć ciąży jako okresu błogosławionego. Dobrze, że pojawia się coś jeszcze: irracjonalne (bo w mojej sytuacji całkowicie nie na miejscu) poczucie szczęścia, że jednak Ktoś chciał mnie uczynić odpowiedzialnym za drugiego człowieka od samego jego początku.

Zasikanie testu ciążowego zapoczątkowało nową erę w moim życiu. Bliskie osoby narażone na płacz przez telefon, hormonalne wzloty i upadki, niesłowność ciężarnej, cyklofrenię i ogólną niestabilność emocjonalną brzemiennej są także bezradne. Niedługo dojdzie werbalizowany nadmiernie strach przed porodem, ale to za chwilę. Zazdroszczę innym kobietom, czy to ciężarnym, czy poporodowym, czy w ogóle nieskażonych poczęciem, życia innego od mojego. Zastanawiam się, jak tu się nacieszyć obecnym stanem. Co zrobić ze stanem poważnego zawieszenia życiowego.

Dominuje żal za utraconym życiem, przerywany trzeźwym przywoływaniem się do porządku. Dlatego, w ramach przywrócenia się do porządku, staram się w skupieniu wykonywać codzienne czynności: zmywanie, spacer, spacer dłuższy, spacer do apteki. Droga ciężarnej, zwłaszcza tej zbyt skupionej na sobie, to droga wyboista, znaczona kolejnymi miesięcznymi próbkami moczu do badania, strzykawkami w łokciu co miesiąc, bezobjawowymi infekcjami, bólem w krzyżu. Już nie uprawiam propagandy sukcesu. Bo ciąża to jednak, mimo cudu nowego życia, przedsmak niemocy, prawie starości.

Nie wiem, skąd pojawia się obrzydzenie do gazetowego druku. Prawie nie kupuję Gazety, nie mówiąc o jeszcze drobniejszej Rzeczpospolitej. Rozumiem jeszcze, ta rozsądna odraza do alkoholu, samo zdrowie, ale do prasy codziennej? Strach, że w tym ciążowym zaćmieniu przerzucę się na tabloidy z powodu wygodniejszej czcionki!

Ostatni obrazek: O kilka ciast, wypieków, obiadów później. Siedzę w domu, nie jestem już ani pełnoetatowym pracownikiem ani pełnokrwistą kobietą domową. Na własne życzenie zawieszona pomiędzy poczęciem a terminem porodu. Dochodzę do tego, o ile łatwiej dojrzeć do roli matki niż dobrej żony. Uczę się nowej roli. Dziecko kopie i wędruje po żebrach, jak cyrkowy atleta. Kolejne dni kolejnych trymestrów to czas dany na pogodzenie się z faktami. Jałowe gaziki, wesoła położna, wirujące tetrowe pieluchy. Dziecko, wybacz taki początek. Nie tak chciałam Cię powitać. Ale już jest o wiele lepiej. Strach przed porodem też lepszy od depresji pierwszego trymestru. Mam Ci Dziecko dużo do dania. Tak trzymać.

Bez komentarza to moje nowe życie teraz. Nie ma pointy, jest Dziecko. Mam rodzinę. Jeszcze bez beżowej scenografii i tylko ja lubię jogurt. Jesteśmy dopiero na starcie.

Uwagi od autora: ze względu na chaos relacji znajomej ciężarnej i brak wyraźnej, porządkującej te kilka obrazków kompozycji, następny odcinek zostanie poświęcony znajomemu rolnikowi, który sam zbudował samolot.

Ewa Balik
www.bikini.blog.pl

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *