Wolter o terroryzmie

Jedną z najlepszych rzeczy, jakie oferuje nam historia jest wyciąganie wniosków. Niestety – nie do końca chyba zdajemy sobie sprawę z tego truizmu, bo gdyby tak było, to z całą pewnością nie mówilibyśmy dzisiaj o terroryzmie, świat byłby oazą spokoju, a życie na nim – idyllą. Jak widać jednak nie zawsze wnioski, jakie wyciągamy z historii są trafione. Chociaż, być może ciągła obecność fanatyzmu w naszej kulturze wskazuje po prostu na stałe zapotrzebowanie na zło? Tak… życie to ciągła rozgrywka zła przeciwko dobru. I vice versa…

Jeśli przypomnimy sobie jednak znany chiński symbol jin-jang, to przekonamy się, że nie istnieje pojęcie czystego dobraczystego zła. Zawsze bowiem siły te będą zanieczyszczone swym przeciwieństwem. W takim razie wszyscy jesteśmy źli… To nawet tłumaczyłoby, dlaczego dobrzy amerykanie wzniecili w XX wieku więcej konfliktów zbrojnych, niż III Rzesza…

9 468 800 – tylu ludzi, według Woltera, zginęło do XVIII wieku w wyniku wojen i rzezi religijnych. Wszystko oczywiście w imię miłości Bożej. Dziś niespokojne czasy krucjat i inkwizycji zastąpiliśmy erą terroryzmu – krwawą grą w policjantów i złodziei, rozgrywającą się na arenach wielkich miast. Dziewięć i pół miliona istnień poświęciło się dla idei… Większość z nich pewnie nawet nie wiedziała, że jest jakiś konflikt i w ogóle to nie chciała się poświęcać, tylko spokojnie sobie żyć. Niestety – fanatycy w swym niszczącym szale z zasady nie dyskutują o poglądach. Jeśli jesteś po złej stronie barykady, to musisz zginąć.

Wolter zaleca również, aby bilans ten każdy powiesił sobie nad łóżkiem i co wieczór w duchu modlił się: Boże, wyzwól nas od fanatyzmu. Niezwykle współcześnie to brzmi, prawda? Aż dziw, że słowa te napisane zostały niemal 300 lat temu. Wolter – zatwardziały racjonalista – uważał, że całe niemal zło na świecie bierze się z ludzkiej niewiedzy. Wydaje się, że w erze postępującego terroryzmu warto odświeżyć sobie pamięć z lekcji języka polskiego i na nowo odkryć tego genialnego francuskiego myśliciela.

Wolter utrzymywał, że Bóg jest tylko i wyłącznie stwórcą świata i nie ingeruje on w jego dalsze funkcjonowanie. To klasyczny przykład deizmu. Zwolennicy tego nurtu nie wierzą także we wszelkie cuda – materialne przejawy istnienia tej ponadludzkiej siły sprawczej, a Pismo Święte nie ma dla nich żadnej wartości poznawczej. Najważniejsze to przyjąć, że istnieje Bóg – stwórca wszechświata. Reszta jest już mniej istotna… Wolter twierdził wręcz, że gdyby Bóg nie istniał, to trzeba by go było wynaleźć. Bo przecież cały świat to ład i harmonia, która nie mogła powstać dzięki pracy człowieka.

„Po wielu stuleciach religijno-politycznego ciemiężenia umysłów właśnie deizm stał się głośną manifestacją postawy wolnomyślicielskiej i utrwalił ją, choć jeszcze nie upowszechnił. A obejmowała ona nie tylko sprawy religii: niemal wszyscy deiści angażowali się również w kwestie reform politycznych i społecznych. Deizm był symptomem narastającego buntu przeciwko szeroko rozumianemu dogmatyzmowi i konserwatyzmowi w myśleniu o świecie i wspólnocie ludzkiej.” – pisała Barbara Stanosz.

Wolter był kwintesencją myślenia deistycznego. Chciał dyskutować ze wszystkimi i o wszystkim. Szanował ludzi bez względu na ich narodowość czy wyznanie. Do tego wszystkiego był człowiekiem niezwykłej wrażliwości – podobno miał gorączkę co roku w rocznicę nocy św. Bartłomieja (rzezi hugenotów w Paryżu zorganizowanej przez książąt katolickich w 1572r.), która była dla niego jednym z najbardziej bezsensownych wydarzeń w dziejach świata.

„Każdy przywódca morderców, nim zacznie tępić swych bliźnich, każe błogosławić swe sztandary i uroczyście przywołuje Boga.” – pisał Wolter. Wyrażał ubolewanie, że używa się Kreatora świata do tak niecnych celów. Nie można zabijać w imię Boga. Można to czynić z głupoty, zawiści albo niewiedzy. Jednak sianie zniszczenia tylko dlatego, że ktoś myśli inaczej niż my albo modli się do innego świętego obrazu nie mieściło mu się już w głowie!

Nie jest jednak Wolter zwolennikiem idei równości. Była to dla niego „zgubna chimera”, bo przecież na każdego właściciela ziemskiego musiało przypadać trzydziestu robotników, a ci z kolei „nie są uczynieni do wiedzy i filozofia nigdy nie będzie ich udziałem. To jednak nie jest w żadnym wypadku element dyskryminujący jakiegokolwiek człowieka. Bo czy świat mógłby istnieć, gdyby po ziemi chodzili sami prawnicy albo lekarze? Nie w tym rzecz, aby doprowadzić do absolutnej wolności najważniejsze to wzajemny szacunek dla własnej pracy i pogodzenie się z losem. Wspólna egzystencja obok siebie dwóch, całkowicie odrębnych kultur jest możliwa wyłącznie, jeśli oprze się ją na zasadach poszanowania bliźniego. Niech ludzie będą dla siebie sprzymierzeńcami, a nie wrogami.

Przy jednoczesnym uznaniu Boga jako kreatora, Wolter utrzymywał, że „zło istnieje na Ziemi”. Myśli tego typu nasiliły się szczególnie po trzęsieniu Ziemi, które nawiedziło Lizbonę w 1755r. (zginąć wtedy miało 50 tyś ludzi!). Wydarzenie to zresztą sprowokowało do zajęcia stanowiska na temat zła niemal wszystkich wielkich myślicieli oświecenia. Wolter – znany ze swej skłonności do polemik, „francuski mistrz ciętej riposty” wziął na tapetę słynną, optymistyczną filozofię Gottfrieda Leibniza, który utrzymywał, że żyjemy na „najlepszym z możliwych światów”, a wszystko co widzimy i co nas otacza jest „dokładnie tym, czym powinno być, bo stworzone zostało przez samego Boga”. Jak jednak w świetle tej koncepcji wytłumaczyć istnienie zła na Ziemi, którego obecność po lizbońskiej katastrofie nie podlega już żadnej dyskusji? Wolter, nie znajdując żadnego logicznego wytłumaczenia, pisze słynnego „Kandyda”…

W tej powiastce filozoficznej po równo dostaje się wszystkim: jezuitom za fanatyzm, Żydom za nieuczciwość, Bułgarom za brutalność, a Anglikom za bezwzględność… Wszystkie zaś narody są oskarżane o brak poszanowania dla bliźniego i hultajstwo. Cały świat jest w rzeczywistości jednym wielkim siedliskiem zła, ludzie żyją po to, aby wykorzystywać innych. A na to wszystko patrzy filozof Pangloss i z uporem maniaka utrzymuje, że wszystko dzieje się tak, jak powinno. „Na Boga! – woła Kandyd – więc skoro tak wygląda najlepszy ze światów, to jak wyglądają inne?” Odpowiedź jest prosta – tak samo…

Jedno jest tylko miejsce, w którym ludzie są całkowicie szczęśliwi i nie znają zawiści i wojen. To Eldorado – niedostępny skrawek ziemi gdzieś w Ameryce Południowej, będący pozostałością po dawnym państwie Inków. Tytułowy Kandyd jednak nawet tam nie czuje się szczęśliwy i bez żalu opuszcza tą cudowną krainę. Bo szczęście to nie dobra doczesne. To miłość. A ukochana Kandyda znajdowała się akurat kilka tysięcy kilometrów od niego. Aby do niej dotrzeć, główny bohater świadomie rzuca się w paszczę lwa: jest gotowy znowu stawić czoła wszelkim nieszczęściom, byleby tylko raz jeszcze ujrzeć ukochaną Kunegundę.

Męki, jakie przydarzają się wszystkim bohaterom „Kandyda” sprowadzają świat niemal do poziomu absurdu: „Chciałabym wiedzieć, co jest gorsze, czy być zgwałconą sto razy przez murzyńskich piratów, mieć wyrżnięty pośladek, przejść przez pałki Bułgarów, wziąć plagi i zadyndać na szubienicy, znaleźć się na stole sekcyjnym, wiosłować na galerach, słowem, doświadczyć wszystkich nieszczęść, przez któreśmy przeszli, czy też tkwić tutaj tak bezczynnie?” – pyta stara kobieta.

„Człowiek zrodzony jest, aby żyć w konwulsjach niepokoju lub też w letargu nudy” – odpowiada filozof Marcin. Stagnacja, odpoczynek – to niestety nie dla nas. Życie jest pasmem udręk i musimy to zaakceptować. Odpowiedź, jak znieść te wszystkie męki świata jest banalnie prosta: „pracujmy nie rozumując” – woła Kandyd. Najważniejszą bowiem sprawą w życiu jest uprawianie swojego ogródka. I w dodatku trzeba go uprawiać tak, aby nikomu nie przeszkadzać…

Z pewnością jest to jakaś recepta na szerzący się współcześnie terroryzm: patrzeć pod nogi i nie szukać problemów tam, gdzie ich nie ma, a do tego wszystkiego umieć czasami wyciągnąć rękę do bliźniego. Czy to naprawdę tak wiele? Kiedy oglądam kolejne dyskusje o islamskich fundamentalistach toczone w telewizji przez gadające głowy polityków, to nie mogę oprzeć się wrażeniu, że unikają oni odpowiedzi na pytanie: skąd się to wszystko wzięło? Przecież to nie Bóg kazał im rozpocząć świętą wojnę – doskonale o tym wiemy.

A cóż by biedny Wolter powiedział, gdyby dane było mu ujrzeć świat XXI wieku? Z pewnością utwierdziłby się w przekonaniu, że „zło istnieje na Ziemi”, bo rozmiary cierpienia, jakie zadają sobie nawzajem ludzie są wręcz nieograniczone. Wynika to nie tyle z religijnego fanatyzmu, o którym trąbią codziennie w wiadomościach, ale raczej z braku wzajemnego szacunku. Któż bowiem powiedział, że demokracja jest lekiem na całe zło świata? Czy tylko Amerykanie giną w Iraku? Co z tymi dziesiątkami anonimowych, niewinnych ludzi, którzy codziennie zdychają jak psy na prowincjach świata?

9 468 800. Tylu niewinnych ludzi zginęło do XVIII wieku przez konflikty idei. Przyznacie, że to całkiem dużo. Dziś jednak spokojnie moglibyśmy tę liczbę podwoić. Wolter mówił, że najważniejsze to unikać fanatyzmu. Ale czy George Bush nie wprowadza z fanatyzmem w życie idei demokracji? Ludzie giną po obu stronach i obie strony są temu winne. Musimy nauczyć się współpracować, a nie tępić „innych”. Dziś muzułmanie to dla nas wyłącznie fanatycy w turbanach. A czy my przypadkiem nie jesteśmy fanatykami w czołgach?

Michał Stankiewicz
Wrocław, 22 lipca 2005r.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *