Dawid Kornaga

Moje nazwisko jest po prostu zajebiste.


Specjalnie dla czytelników przeprowadziliśmy rozmowę z Dawidem Kornagą, autorem kontrowersyjnej książki „Gangrena”. W numerze 15, recenzując wspomnianą książkę, zapowiedziałam wywiad z autorem. Oto jest. Dawid Kornaga.

literackie darmowe ebookiPatrycja Kierzkowska: Masz niemedialne nazwisko.
Dawid Kornaga: Akurat słyszałem już wielokrotnie, że Kornaga brzmi niczym slogan; po jego usłyszeniu zapamiętuje się je raz na zawsze… Zwłaszcza w kontekście mojej drugiej książki. A mówiąc brzydko językiem chwalipięty, moje nazwisko jest po prostu zajebiste. Jestem z niego dumny. Choć w tym przypadku to nie moja zasługa. Ktoś niedawno zażartował, że na okładce mojej następnej powieści powinienem zrezygnować z imienia. Wystarczy nazwisko, brzmi intrygująco.

PK: A skąd wzięło się Kornaga? Znasz historię rodziny i nazwiska?
Aleś się uwzięła na tym nazwisku. Odpowiem, bo wolę nie podpadać kobiecie. Pochodzę z południowo-wschodniej Polski. Tam jest prawdziwy klan Kornagów, wiele rodzin, bardziej lub mniej ze sobą spokrewnionych. Są wśród nich bojownicy o niezawisłość Polski w 1918 roku, lekarze, milicjanci, a teraz policjanci… Jest nawet maleńka miejscowość Kornagi. Korzenie rodzina ma szlacheckie, zdaje się. Nie wiem, czy aby nie węgierskie. Ale to bez znaczenia, za dużo mieszanek dokonało się od tamtych lat. Mnie akurat te historie nie pasjonują.

PK: Uważasz, że Kornaga to niemedialne?
Medialnie to brzmi Muppet Show. Generalnie wymęczone jest to pytanie. Czy mam pojawiać się z regularnością reklamy napoju energetycznego w telewizji, by być medialnym? Czy jeśli zmienię sobie nazwisko powiedzmy na… Kuczok – o, to dopiero brzmi, nie ujmując jego właścicielowi – to czy to coś zmieni? Każdy wyrabia sobie markę – i pisarz, i krytyk, i morderca… Wciąż się stajemy. Pucybuci stają się milionerami. I odwrotnie. No, może w tym ostatnim przypadku upadły bogacz zamienia się w kloszarda.

PK: Marka… czy sposób wyrabiania marki jest nieistotny? Z jednej strony jakiś intelektualista pisarz, a z drugiej… Frytka.
Dla wielu liczy się efekt. Na świecie są marki lepsze i gorsze. Na przykład marką jest samochód Fiat. Ale i Mercedes. Wiadomo, kto stoi wyżej. Poza tym, co zabrzmi jak banał, nic nie stoi w miejscu. Ostatnio rozmawiałem z pewnym dziennikarzem, którzy pisze swoją pierwszą powieść. Życzyłem mu, by tylko nie wyszła mi historia a la Wiśniewski. Autor westchnął: „Chciałbym mieć tylu czytelników co on.” Kornaga odpowiada: „A dla mnie ten wujek Wiśniewski może sobie mieć i milion. Jego marka jeszcze zblaknie. Bo nic nie wskazuje na to, by ją doskonalił. Ten sam posmak grafomanii. Jeszcze ktoś się nim syci, jeszcze wzdycha. Ale wkrótce mu się odbije.”

Tomasz Rejmanowski: Jesteś autorem tekstów hip-hopowych i poetą jednocześnie. Jak to łączysz? Skąd takie nietypowe zamiłowanie? Poezja kojarzy się przecież z czymś „czystym” i „pięknym”, a hip- hop… hmmm… Raczej nie…
Nie czuję się poetą. Jak każdy porządny człowiek, który z wiekiem zamienia się w świnię, popełniłem trochę wierszy, raz nawet zostałem wyróżniony, lecz czuję, że to nie moja domena. Mnie pociągają historie, przegrzewanie pośladków przez godziny pisania, wychodzenie z siebie, by tworzyć odmienne od mojego charaktery. Poza tym wyrzućmy to szkolne myślenie na poziomie pani od polskiego, że poezja kojarzy się z czymś czystym, pięknym. Pachnie to cenzurą; nic dziwnego, że i Baudelaire miał proces za „Kwiaty zła” – ale kiedy to było!

Hip-hop od początku mi się podobał, ale nie w ziomalskim stylu, nie na zasadzie opuszczonych spodni i „joł” na dzień dobry. Zresztą europejski plagiat Murzyna z getta to dla mnie słabiutka inspiracja. Doceniam jednak melorecytację, która jest świetnym sposobem na sprzedawanie jakiejś fabuły. Taki Mickiewicz dla ubogich. Ale ujdzie. Nie ma co się łudzić – publika rapu do elity intelektualnej nie należy. Co nie znaczy, że nie interesuje się książkami, choć może nie w takim stopniu jak studenci kierunków humanistycznych, no i w ogóle ludzie z kulturą, wykształceni, do tego zdolni do wydania pieniędzy na książkę, którą przeczytają raz, niż płytę, którą mogą słuchać w nieskończoność.

PK: Bunt. Nie zgadzam się. Książek nie czyta się raz. Do wielu często się wraca. Zwłaszcza filozoficznych.
Miałem na myśli pewne uogólnienie dotyczące specyfiki odbioru artefaktu. Pewnie, że są książki, do których się wraca. Zaratustrę Nietzschego można czytać i na łożu śmierci. Jednak ile razy przeczytasz na przykład „Sexusa” Millera? Pięć razy, sześć, dziesięć? Gałki oczne ci pękną w geście protestu. I to nie ze względu na treść. Muzyka jest bardziej abstrakcyjna. Jowiszową symfonię Mozarta, przy rozsądnym dozowaniu, można słuchać praktycznie w nieskończoność. Tak samo cieszyć oczy obrazem. Literatura angażuje inaczej – intymnie. Jeśli ktoś czyta „Gangrenę”, w pewien sposób dobudowuje sobie wiele planów, tworzy ją po swojemu.

TR: Mówisz, że publika nie należy do elity intelektualnej. To chyba spore uogólnienie, bo Patrycja namiętnie słucha Kaliber 44 i Paktofoniki. I czyta Nietzschego, Kanta…
Patrycja to wyjątek, który nie podpada pod statystkę. Akurat Kaliber czy Paktofonika tworzone są przez „studentów”. Wątpię, czy ludzie wrażliwi i oczytani pokroju Patrycji skakali na koncertach w tłumie ziomali przy wtórnych beatach i słowach Hemp Gru czy dla odmiany żenujących „filozoficznych” zwrotkach Meza. Człowiek poszukujący jest zdolny zarówno do docenienia osiągnięć Cypress Hill, jak i przeskoku w blackmetalowe, przepiękne, choć etycznie wątpliwe klimaty Cradle Of Filth. Zaś Józek MC nie przebrnie przez Prousta, zapomnij. Może podoła „Kodowi”, bo dostał go w prezencie… Jeśli chodzi o to zagadnienie, jestem typem rasisty głęboko przekonanym o intelektualnej nierówności ludzi – ja na przykład jestem debilem z matematyki czy fizyki i nie szczekam, że pozjadałem wszystkie rozumy.

PK: A twórcy hip hopu? Dlaczego nie należą do elity intelektualnej? I czy mogą to zmienić? Kto z obecnych (lub nieżyjących) hip hopowców ma (lub miał) szansę być elita intelektualną? (przy okazji tego wątku polecamy wywiad z Bartkiem Chacińskim http://skocz.pl/hh-wywiad – przyp. PK)
Bartek to mój kolega ze studiów, z tego samego roku… Ostatnio tak się przedziwnie złożyło, że spotkaliśmy się na planie programu telewizyjnego „Sztukateria”; Barek prezentował część drugą swojego słownika, ja – „Gangrenę”. Niestety, Bartek przecenia „kulturę” hip-hopową. Większość jej werbalnych osiągnięć skazana jest na efemeryczność. Problem elity intelektualnej to prawdopodobnie temat na osobną rozmowę, to temat rzeka, nie Wisła, raczej Amazonka ze wszystkimi dopływami. Czy Wiesio ze składu Groźne Chłopaki może dogonić, zrównać się choćby z Bartkiem Chacińskim? „Tak, może”, odpowiedziałby dygnitarz Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej Nieświętej Pamięci. Dygnitarz pełen wiary, że robotnik zaraz po szychcie może pędzić na uniwersytet. Dlatego Wiesio nigdy takiego Bartka nie dogoni – bo po pierwsze nie ma zamiaru, po drugie – „Po co?” zapyta, po trzecie – wystarczy mu to, co wie.

TR: A muzyka?
Jest ważnym elementem – nawet ważniejsza niż słowa. Choć niektórzy uważają, że jest odwrotnie – że właśnie słowa stanowią podstawę. Czy jednak niewykształcony koleś, który rymuje na scenie, nie ulega złudzie? Myśli, że odkrywa coś niezwykłego, co tysiąc razy już opisano, zmierzono i wstawiono nawet do muzeum… Jasne, są studenci-raperzy. Na krótką metę. Dostają w końcu zadyszki – albo uproszczona wizja świata w refrenie, albo pogłębione studia. Jeśli chodzi o mój odbiór, nie muszę rozumieć dokładnie nawijki Eminema, by nie czuć rytmu i melodii, które oddają nastrój kawałka. Dla mnie utwory rapowe to smakowity fast-food. Naturalnie od czasu do czasu.

PK: Ale takim tropem – że nihil novi sub sole – nawet „Gangrena” już była.
Tak. Ale bez takiego stylistycznego wkładu. I bez takiej krańcowej wierności w opisie przemocy. I wszelkich następstw. Kto przeczyta, sam zobaczy. Większość autorów uprawia poletko autocenzury. Ja – nie. Może to błąd, nie wiem. Zresztą nie porównujmy literatury do tekstów rapowych. Literatura wymyśla, rap zaledwie relacjonuje, i to kulawo w większości. Rap jest naiwnie mizoginiczny. Szkoda gadać, niedobrze mi się robi, jak widzę tych wszystkich chłopaków z zamożnych warszawskich domów, udzielających się w ulicznym teatrzyku Złego Ziomala. Nie, naprawdę nie chce mi się o tym mówić, szkoda czasu. Wolę poważniejsze sprawy. Hip-hop chełpi się bazarowym hedonizmem. Za bardzo kocham starożytną Grecję, by z tym polemizować. Bo nie ma z czym.

PK: W 2003 roku opublikowałeś zbiór opowiadań „Poszukiwacze opowieści” (wyd. Prószyński i S-ka). Opowiedz coś o tym.
„Poszukiwacze opowieści” to jest zbiór powiązanych ze sobą opowiadań, których łącznikiem jest redaktor Kubacki. W efekcie powstało coś w rodzaju megapowieści lub quasipowieści. Gdyby to porównać do świata filmu, najbliższe „Poszukiwaczom” jest dzieło Altmana „Na skróty”. Z tym, że u mnie różni bohaterowie implikują odmienne sposoby narracji. Na przykład epizod „Piątek po dwudziestej” stylizowany został na kawałek hip-hopowy – jedna wielka melorecytacja, której narratorem jest ambitny blokers. Inny klimat panuje w epizodzie przedstawionym przez aktorkę filmów porno. Inny przez narzeczoną egotycznego poety. W „Poszukiwaczach” jest mnóstwo smaczków stylistycznych, każdy znajdzie coś dla siebie.

PK: A proza Masłowskiej. Przekonuje, inspiruje, czy to już było?
Pierwsza książka owszem. Druga – nie powaliła mnie choćby ze względu na wykorzystanie patentu melorecytacji i nawijki, który wymyśliłem w „Poszukiwaczach”. Zresztą nawet wydawca Masłowskiej przyznał to w „Lampie”. Chwała mu za szczerość.

TR: Niedawno ukazała się dwuczęściowa płyta, na której fragmenty powieści rapuje Gorzki-lider „Elity Kaliskiej”- i Ty także sam je odczytujesz. Tego w literaturze jeszcze nie było. Skąd w ogóle ten pomysł?
Po prostu pomyślałem sobie, że skoro książka zawiera „kawałek rapowy”, to czemu by go nie nagrać? Dopiero później, przed wieczorem literackim promującym „Poszukiwaczy” „Rzeczpospolita”, a jeszcze wcześniej Dunin-Wąsowicz w „Przekroju”, napisała o tym szerzej. By oddać hołd polskiemu hip-hopowi spłaciłem mój dług i zamieściłem jako motto trzeciego rozdziału „Gangreny” tekst z utworu Paktofoniki. Założę się jednak, że nikt z aktualnego składu nie czytał mojej powieści… Bo na pewno by się odezwali. To potwierdza, że raperzy mimo wszystko przypisani są scenie… Nie, żartuję. Ale…

TR: Podobno jesteś podatny na depresje i alergie – z czego to wynika? Z obserwacji dzisiejszej rzeczywistości? Ma to odbicie w „Gangrenie”? Czy z tą podatnością to tylko chwyt reklamowy?
Wydam się tu niektórym pewnie starcem, ale taka jest prawda. Alergie to mój codzienny krzyż. Muszę uważać, co jem. Muszę uważać, co pyli. Muszę uważać, bo inaczej zostaję wyłączony. Depresje towarzyszą mi od małego, pamiętam, że kiedy miałem sześć lat, byli u nas goście, mama nie miała dla mnie czasu, a ja próbowałem się dźgnąć nożem do smarowania pieczywa… Depresje i skłonności samobójcze. To taka natura, wielu ma tę przypadłość, niektórym udaje się ją zdusić dzięki głębokiej wierze w Boga, w jakąś ideę. Ja, choć czuję metafizykę wokół mnie, nie mogę pochwalić się ani wiarą, ani uległością jakiejś ścieżce „jak żyć, by żyć”. Na szczęście ostatnio, odkąd zacząłem nieco łysieć – na razie nieradykalnie – trochę się uspokoiłem… Cieszę się życiem, wydając prawie wszystkie pieniądze na książki i podróże.

Czasem szkoda mi, że nie mogę kupić sobie nowej wieży hi-fi czy innego bajeru made in Gospodarka Globalna, ale co tam, rafa koralowa jest lepsza, zwłaszcza widziana na wyciągnięcie ręki. Patent na życie… Próbuję, poszukuję, lecz to nie jest łatwe, proste recepty mnie nie uleczą. Pewnego dnia wyobraziłem sobie – a co by było, gdybym machnął na to ręką i mógł wszystko? I tak powstał pomysł na „Gangrenę”. Zresztą to jedna z cegiełek.

PK: A inne cegiełki?
Obserwacje codzienności. Nic nie jest mi obojętne, jeśli chodzi o zasięg wzroku… Szkoda, że przede wszystkim widzę na pierwszym planie syf. Na szczęście później przychodzi refleksja i jakoś się otrząsam. Widzę kobietę w metrze… Ona zaczytana. Ja też. Ale nie mogę… Fabuła to za mało dla mnie, potrzebuję nowej pożywki. Zwracam uwagę na jej paznokcie, długość palców, lakier… Czy ma wydepilowane nogi, a jeśli tak, to czy dokładnie. Kolor oczu, linia ust, pieprzyki, dołki, przebijające przez cienką bluzeczkę sutki.

Myślę, jaki kolor ma stanik, jeśli zakryte są ramiączka. Wyobrażam sobie, co jadła na śniadanie. Widzę to wszystko. Albo wymyślam. Taki nałóg. Podobnie, kiedy patrzę na mężczyznę. No, może bez seksualnego pociągu. Choć i u naszej płci dostrzegam piękno. Długo by mówić. Proponuję przeczytać moją kolejną książkę…

TR: W jednej z opinii o Tobie przeczytałem, że jesteś impulsywny i często niecierpliwy. Ale przy bliższym poznaniu widać, że właśnie to czyni Twoją wyobraźnię nieprzeciętną. Co Ty na to? Pytam o to dlatego, że podobno swoje osobiste przemyślenia przemyciłeś do „Gangreny”. Czy wypowiada je Adam?
Wbrew pozorom Adam nie jest moim alter ego. Choć taka pokusa porównania sama się nasuwa. Jego patrzenie na świat, jego ekstremalna zwierzęcość, nieprawdopodobnie konsekwentna nienawiść – to nie Kornaga. Kornaga jest normalny, może niecierpliwy, gorączkowy, lecz pielęgnuje w sobie zdecydowanie więcej tolerancji dla świata. A poza tym nie ma pojęcia o matematyce, która jest domeną Adama.

TR: Jednak spotkałem się i z takim zarzutem pod Twoim adresem, że myśli wypowiadane przez Adama, same w sobie, nie są szczególnie odkrywcze. Mało tego – reszta bohaterów jest żałośnie niesamodzielna…Broń się!
Psychopatyczna osobowość Adama żywi się codziennością, połyka obiegowe sądy i opinie, a na ich podstawie produkuje swoje – radykalne, skrajnie emocjonalne, bezkompromisowe. Choć i pełne wahania w chwilach przełomu. Adam to psychopata na miarę tego kraju. Odbijają się w nim nasze religijne obsesje, hipokryzja związana z seksualnością, do tego dochodzi samotność, która potęguje te wszystkie stany. Adam to nie Sarte, Nietzsche, Kant. Adam odkrywa świat poprzez krytykę, od której nie można wymagać wysublimowanych terminologii i oryginalnych konstatacji. Nie proponuje nowych wartości. Nie stać go na to. Wie, że i tak nikomu nie przydadzą się jego wzruszenia.

Podobnie kobiety – są w wieku, w którym pragną się z kimś związać na stałe. Przez to stają się bardziej uległe, podatne na manipulacje. Jedyną osobą w „Gangrenie”, która ma pełną świadomość swojego grzechu jest ksiądz. Ale i jemu brakuje odwagi, by opuścić swoje bagno. Proszę też pamiętać, że w „Gangrenie” od strony numer 1 do 206 postrzegamy świat wyłącznie umysłem Adama. Stąd wielu wzdryguje się, poznając myśli psychopaty. Czy do końca psychopaty, pytają niektórzy, odkrywając, że niekiedy czują podobnie.

Może ci ludzie zamieszkujący „Gangrenę” są inni – ale on wybiera z nich to, co mu pasuje, czyli przeważnie ich wady. Kobieta, którą zaraz powali na ziemię i brutalnie zgwałci, to dla niego nie jakaś biedna istotka, krucha i niewinna, ale suka. Adam nakręca się słowem. Zwłaszcza wulgarnym w chwili rozchwiania emocjonalnego. Ewidentnie ma skłonność do koprolalii. Niektórzy tego nie rozumieją, zarzucając mi programową wulgarność i turpizm. A przecież wszystko zależy od kontekstu. Jego konsekwentne przedstawienie – oto wyzwanie dla pisarza.

PK: No to, kim jest Twój bohater? Co on ma wyrażać i czy ma może jakieś pierwowzory w świecie rzeczywistym?
Adam, jak powiedziałem, to psychopata na miarę Polski. Zgodzę się z opiniami, że stanowi ostrzeżenie. A sama książka – swoiste katharsis. Świat realny odbija się w książce nieobiektywnie – Adam widzi go po swojemu, specyficznie po swojemu i wyciąga z tego porażające wnioski. Jest taka wczesna powieść Nabokova „Oko”, w której człowiek niezrównoważony psychicznie prezentuje swoją wizję świata. I jak tu utożsamiać tego narratora z Nabokovem? Trzeba dużo złej woli.

PK: Uważasz, że nasz świat naprawdę jest taki zły i wygląda tak, jak widzi go Adam? Albo jest pełen takich postaci?
Pewnie, ze uważam inaczej. Kornaga nie jest Adamem. Wielu jednak przyznaje ze zgrozą, że myśli podobnie o rzeczywistości jak narrator „Gangreny”. Jakby zobaczyli w lustrze swoje złe, zatajone oblicze. Wzdrygają się. Co do wzorów w świecie – tak, psycholi nie brakuje. W Warszawie roi się od takich osobników. Ostatnio byłem w Paryżu – tam to dopiero znajdziesz wachlarz osobliwości. Pomyśl, ile okrutnych zbrodni popełnia się każdego dnia. Spuchnięte statystyki. Jedno wielkie obrzydlistwo. Mimo to lepiej pisać o tym, niż o wykrzywiającym rzeczywistość świecie reklam, te wszystkie krystalicznie białe zęby, zadowolone mordy zjadaczy batoników, uśmiechnięte dziewczątka, które połykają tabletkę i zapominają o okresie… To jest dopiero hardkor, to jest dopiero gangrena.

TR: Bardzo podobała mi się opinia, że oto w postaci Twojego Adama powołany do życia został Raskolnikow na miarę naszych czasów, który mimo, że nieustannie rozmawia z Bogiem, to nie odróżnia zbawienia od nasycenia… Zgodzisz się z tym? Moim zdaniem, to ciekawe porównanie.
Co piękne, to dobre – większość właśnie tak myśli, prawdziwie po platońsku. Czyżby taka była natura spinająca wszystkich ludzi? Jedyna cecha, która łączy ich na każdej długości i szerokości geograficznej? Adamowi przynosi chwilowe ukojenie, kiedy może spełnić swoją zachciankę. Od zwykłego człowieka różni się tylko drobnym szczegółem – gotów jest pozbawić kogoś życia. Jednocześnie buntuje się przeciwko przyjemnościom dozwolonym, encyklopedycznie ułożonym i podanym na stole codziennej konsumpcji. „Zjadam to, co wyłącznie mi smakuje”, zdaje się mówić. Obawiam się, że jeśli rozwinę odpowiedź na to pytanie, dojdę do markiza de Sade’a, „Stu dwudziestu dni Sodomy”, zresztą mojej ulubionej książki; pozostałe dzieła Sade’a są nużące i powtarzają te same tematy. Adam wyda się niektórym nowoczesnym typem libertyna, ograniczonego jednak polską niezamożnością, katolickim wychowaniem oraz ambiwalentnym stosunkiem do kobiet.

PK: A Kornaga, jaki ma stosunek do kobiet?
Stosunek zaawansowany, uprzejmy, ale i krytyczny. Kobiety to przecież ludzie. Nie ma co się podniecać, chyba że w sypialni. Nie jestem Arabem, by się wynosić. By przypisywać im moce piekielne. Kobiety to nie jakieś zwierzęta, o których mam się wypowiadać niczym ekspert w programie Animal Planet. Kobieta jest uzupełnieniem biologicznym mężczyzny. I nawzajem – i tego szczegółu, tej prawdy nie dostrzegają fanatycy religijni różnych posępnych odmian.

TR: Brak politycznej poprawności, apologia zła, a zarazem jego drapieżna krytyka, w końcu obsceniczny język – to wszystko znajdujemy w „Gangrenie”- nie boisz się głosów oburzenia na przykład językowych purystów? Z drugiej strony łączysz mocno wulgarny język z równie ciekawym – metaforycznym i doskonałym – opisem świata… Skąd ten dysonans?
Parę głosów było – osoby te nie zrozumiały kontekstu powieści, niepotrzebnie też utożsamiając autora z jego bohaterem. Wystarczyło sięgnąć po moją wcześniejszą książkę, by dowiedzieć się czegoś o Kornadze… Skończyłem Wydział Dziennikarstwa i Nauk Politycznych UW. I mówię: mało jest rzetelnych dziennikarzy. Przepisują cudze teksty, nie chce im się poszperać w internecie, a najgorsze, gdy nie chce im się przeczytać do końca recenzowanej przez nich książki. Ale są też rzetelni, mało ich jak dusz w niebie…

„Gangrena” stylistycznie nawiązuje do konfliktu sacrum z profanum. W sposób radykalny, na jaki mało kto by się odważył, cóż, moje i wydawcy ryzyko. Brzydota ciśnięta w głębię piękna, uniesienie religijne przybite do krzyża trywialnej żądzy. Język „Gangreny” jest odbiciem tego, co się dzieje w głowie Adama. Proszę zauważyć, że tekst nie został wyjustowany, by podkreślić skoki napięcia narratora, kakofonię głosów, które nim kierują. Już to powinno zastanowić potencjalnego recenzenta.

Niewielu zauważa ten zabieg, wstrząśnięci bardziej pierwszymi stronami, gdy Adam ma erekcję w kościele, gdy czai się na kobietę, gdy opowiada cynicznie o swojej narzeczonej, gdy gwałci swoją ofiarę w błocie przed placem rozbudowy nowego osiedla Paradise. Sam tytuł książki zakłada gangrenę języka, myśli, postępowania. Zagangrenione postrzeganie rzeczywistości, oto prosty klucz do mojej powieści, do psychiki jej bohatera.

TR: Czy sądzisz, że gdyby nie owa wulgarność w „Gangrenie”, nikt w Polsce nie zwróciłby na nią uwagi?
Zwraca ją bardziej konsekwentny opis przemocy w wykonaniu Adama. Krytycy o mentalności licealistów przejmują się z kolei wulgaryzmami, nie doszukując się w nich przemyślanej decyzji autora. Mnie też kosztowało dużo zdrowia psychicznego, aby oddać ten nastrój ducha i ciała Adama. Ludzie, przecież nie muszę nikogo zgwałcić, by wydać się autentyczny. Liczy się empatia. Bez tego nie ma pisarza. Zastanówmy się: kogo ten Kornaga może zaszokować paroma przekleństwami? Rzeczywistość jest sto razy bardziej zagangreniona niż moja powieść. Komu odpowiada przyjemna otulina popowych książek o problemach singli i singielek, niech lepiej nie sięga po moje fabuły.

PK: Czy uważasz, że należysz do elity intelektualnej? Z „Gangreną” w życiorysie?!
Ale i z „Poszukiwaczami”. Sam nie wiem. Zapraszają mnie do radia, telewizji, pojawiło się sporo recenzji. Być może długa droga przede mną. Do? No właśnie? Każdy pisarz pragnie być czytany. Najlepiej przez wielu ludzi. Chyba normalne, gdy zależy mu na niezależności artystycznej. „Gangreny” nie napisał żul. „Gangrena” to nie jest jakaś skaza na mojej prozatorskiej biografii. To wielki krok do przodu, coś, o czym, mam nadzieję, będą jeszcze pisać. To również moja odwaga, bo przez tę książkę musiałem zmienić wydawnictwo, nieprzygotowane na odważną prozę.

TR: Czy współczesny pisarz musi być obrzydliwie kontrowersyjny i zabójczo wulgarny, żeby ktoś zechciał wysłuchać, co też ma on do przekazania?
Wolę postawę łagodniejszą. Znajdziesz ją w „Poszukiwaczach”. To książka wręcz wysmakowana. Natomiast czasem trzeba przywalić, przyspieszyć rytm, podgłośnić muzykę przekazu. Taki heavy metal, czemu nie? Ludzie tak mało się czymkolwiek przejmują. A jeśli już – jakimiś pierdułkami. Dlatego nie bardzo wierzę, by chciało im się w większości sięgać po powieści typu „Gangrena”, choć prawdą jest, że dzięki specyficznemu bohaterowi tak mocnej książki jeszcze w Polsce, ba, na świecie nie było. Poza tym to nie ja, lecz Adam jest „obrzydliwie kontrowersyjny i zabójczo wulgarny”. Ale bez przesady, kto jest na bieżąco z nowościami, wie doskonale, że moja powieść to pewna konwencja polegająca na przełamywaniu kolejnych barier – zarówno etycznych i językowych. To normalne dla każdej epoki. Tak było, jest i będzie. Amen.

TR: Podobno zamierzasz kręcić filmy krótkometrażowe. Możesz podzielić się z nami, o czym one będą?
Nie będą… Chciałem chwycić za ogon zbyt wiele srok. Wystarczy. Odkryłem, że lepiej pracuje mi się solo. W kinie to niemożliwe. Kocham pisanie. Piszę o dwunastego roku życia. Żyję fabułą. Lubię bawić się językiem. Wyplatać ze słów warkocze… Pragnę pisać książki. Jeśli ktoś zamierzałby w przyszłości sfilmować „Gangrenę”, proszę bardzo. Szanuję innych twórców, zwłaszcza w odmiennych dziedzinach sztuki.

PK: Jakby zgłosił się Wajda to byś pozwolił ekranizować?
Wajda może kręcić polską wersję życiorysu papieża. Lubię paru reżyserów młodego pokolenia. Nie wymienię nazwisk, jeszcze ktoś pomyśli, że się podlizuję.

TR: Jakie są Twoje najbliższe plany? Kiedy znowu usłyszymy o Dawidzie Kornadze?
Co robi Kornaga, kiedy nie pije wina, nie zwiedza, nie czyta i nie męczy go alergia? Pisze oczywiście. Jak śpiewała Paktofonika, „chwytam chwile ulotne”. Pracuję więc na trzecią książką, jestem bliski jej zakończenia. To będzie coś zupełnie, zupełnie innego niż „Gangrena”. I tym razem wreszcie o mnie – Kornadze. Tak, ja mniej więcej we własnej osobie jestem jej bohaterem. Ale nie do końca. Przetwarzam siebie i kpię z mojego postępowania w wymyślonych sytuacjach. Styl zmienia się jak w kalejdoskopie. Jeśli wydawca zechce oddać w ręce czytelników powieść zabawną, taką, w której wciąż coś się dzieje, lekko się ją czyta, a równocześnie cieszy umysł niebanalna stylistyka – to mam nadzieję, że wyjdzie ona już pod koniec bieżącego roku lub na początku następnego.

PK: Masz teraz niepowtarzalną okazję na niecenzurowany monolog skierowany do Czytelników Apeiron Magazine. Czas start!
Gdybym był kandydatem na prezydenta, podziękowałbym bardzo „Apeiron Magazine” za udostępnienie gratisowego miejsca na wyrażenie moich jedynie słusznych poglądów na całokształt i w ogóle. No, ale nie jestem, dzięki ci Boże. Swoje powiedziałem w mojej powieści. Zachęcam więc do sięgnięcia po „Gangrenę”, dzielnie przebrnięcie przez skrajnie brutalny pierwszy rozdział, by samemu ocenić, czy autor popełnił… pawia, czy też coś wartościowego. Wierzę w czytelników, bo sam jestem czytelnikiem. Nasze zadanie jest proste – przeczytać interesującą książkę. I wszystko jasne, jak powiedziałby pewien rubaszny filmowy gangster.

PK: Ostatnie pytanie – pójdziesz na wybory w tym roku?
Tak. Lepiej doceniać to, co się ma, niż latami czekać na to, czego się nie ma. Nie obrażajcie się, jeśli powiem, że chodzi o demokrację. A za przykład niech posłuży biedna Białoruś, którą Łukaszenko zamienił w kołchoz. Orwell miałby fabułę na część drugą „1984”.

Z Dawidem Kornagą rozmawiali:
Tomasz Rejmanowski i Patrycja Kierzkowska

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *