Po co oglądamy filmy?

Mówi się, że kino współczesne to same efekty specjalne, silikonowe laski i zero fabuły. Być może, ale niech ten fakt nas aż tak bardzo nie dziwi, bo kręci się takie filmy, jakie znajdują masowych odbiorców. To produkt taki sam, jak zupa w proszku albo podpaski. Film musi mieć odpowiednią promocję, pięknych aktorów, szybką akcję i „wybuchowe” efekty specjalne. Co do tego nie ma wątpliwości – bo gdyby było inaczej, to w ogóle by nie powstał. Wchodząc na seans kinowy oczekujemy dobrej zabawy i oderwania się, choć na chwilę od codzienności. Nie znaczy to jednak, że nie powstaje już nic innego oprócz tego typu produkcji, jeszcze nie jest na szczęście tak parszywie.

Faktem jednak jest, że coraz rzadziej zapomina się w filmie o fabule. „Wielcy rzemieślnicy kina”, jak Ridley Scott czy Michael Bay przyzwyczajają nas do atrakcyjnych wizualnie dzieł i nie silą się na realizację ambitnego, wielowątkowego scenariusza. Ma być szybko, głośno i efektownie – tego chce masowy widz.

Ja jednak patrzę na kino z trochę innej strony. Nie znaczy to jednak, że nie doceniam walorów „Pana i pani Smith”, czy „Madagaskaru”, bo uważam, że takie filmy też są nam potrzebne – choćby po to, żeby się odstresować. Jasne – to jest chłam i nie warto się nad tym pochylać dłużej niż siedzimy w kinie. Obejrzeć i po skończonej projekcji wrócić do normalnego życia – o to właśnie chodzi producentom takich filmów. Być może wychodzą oni z założenia, że na myślenie to już w dzisiejszym świecie nikt nie ma czasu…

Dla mnie jest kino to coś w rodzaju syntezy wszystkich innych dziedzin sztuki – począwszy od malarstwa, poprzez muzykę i literaturę, a skończywszy na teatrze. W filmie mamy to wszystko naraz podane w pigułce. W ciągu półtorej godziny nasze zmysły atakowane są totalnie z każdej strony. I to jest piękne.

Zdecydowanie najlepszą rzeczą, jaką daje nam obcowanie z jakąkolwiek sztuką jest możliwość jej interpretacji. Dzieło sztuki to esencja wolności słowa i wolności wypowiedzi, nieskończone pokłady wrażliwości i refleksji nad sobą samym. Oglądając film próbuję skupiać się nie na tym, co widać na ekranie, ale przede wszystkim na tym, czego zobaczyć i usłyszeć się nie da. Od sztuki jakiejkolwiek oczekuję, że będzie mnie pobudzać i zmuszać do myślenia, a nie tylko dawać mi rozrywkę na krótką chwilę. Rozrywka też jest bardzo ważna, ale przecież można „uczyć się poprzez zabawę”. Przynajmniej tak wmawiała mi zawsze pani w przedszkolu…

Chodzi mi o permanentne zmienianie osobowości poprzez interpretację dzieła sztuki, a nie chwilowe znieczulanie się na nasze problemy. To naprawdę możliwe, a może nawet konieczne do prowadzenia normalnej egzystencji. I to nie jest kwestia dosłowności przekazu, a jeśli już, to raczej na odwrót: im więcej w filmie niedopowiedzeń, tym bardziej pobudza nas do myślenia. Oczywiście z tymi niejasnościami też nie ma co przesadzać, bo może się stać tak, że filmy staną się zrozumiałe tylko dla samego twórcy, a dla widza będzie to tylko zlepek bezsensownych i przypadkowych scen… Takie przypadki też się zdarzały w historii kina.

Pamiętam, jak kiedyś po obejrzeniu „Między piekłem, a niebem” stwierdziłem, że oto poznałem tajemnicę miłości. „Przejdę piekło, aby tylko być z Tobą” – mówił główny bohater. Tak samo, jak po „Requiem dla snu” byłem przekonany, że bezgraniczne poświęcanie się dla innych to kompletna bzdura i czasami warto pozostać egoistą… Pamiętam mnóstwo takich momentów, kiedy po skończonym filmie gapiłem się tępo w napisy końcowe i próbowałem zebrać te strzępy myśli, które kołatały mi się w głowie.

Z tą miłością na ziemię sprowadził mnie cały zastęp filmów, które powstały zupełnie niedawno: „Rekonstrukcja”, „Samotni”, „5×2”, „Bliżej”… One wszystkie wmawiały mi, że nie warto przechodzić przez jakieś tam piekło dla miłości, bo to kompletnie nieopłacalne. Miłość możemy mieć przecież wszędzie, niemal na każdym skrzyżowaniu, a żadne „bratnie dusze” nie istnieją i są zaledwie majaczeniem chorego na samotność organizmu.

O samym zagadnieniu interpretacji w sztuce można mówić w nieskończoność. Dla mnie jednak sprawa jest niezwykle prosta: w tej kwestii jestem zwolennikiem totalnego subiektywizmu. Jeśli ktoś płacze ze wzruszenia na Robocopie, to bardzo dobrze. Jeżeli komuś podczas oglądania „Bliżej” przyszło na myśl rozwiązanie zagadki stworzenia świata, to też fajnie. Grunt, że się myśli i odczuwa – reszta jest nieistotna.

Właściwie to nie jest nawet ważne to, co autor chciał nam przekazać poprzez swoje dzieło. W takiej najbardziej podstawowej warstwie odbioru, najistotniejsze jest to, co się myśli w czasie i tuż po obejrzeniu filmu.

I dlatego właśnie żywię organiczny wstręt do czytania recenzji. Najgorsze w nich nie jest to, że są subiektywne, ale to, że narzucają odbiorcy interpretację. Recenzent napisze: „autor zapędził się w swoich rozważaniach i prowadzi z widzem jałową polemikę na temat sensu życia” albo co gorsza „w warstwie czysto technicznej ten film to absolutna porażka – zdjęcia są za ciemne, pomieszczenia niedoświetlone, a muzyka kompletnie nie trzyma klimatu”. I już wszystko wiemy o tym filmie, tak? Bo oto Pan Recenzent zabrał głos i objawił nam Prawdę. Nie o to w tej całej zabawie chodzi!

Chciałbym zająć się pisaniem o sztuce w zupełnie inny sposób i jestem przekonany, że jest to wykonalne. Artyści często prowadzą ze sobą polemikę i dyskusję, wykorzystując do tego celu swoje dzieła. O takiej eutanazji można opowiadać bezpłciowo, jak Amenabar w „W stronę morza”, a można też walnąć widza obuchem w łeb – tak jak zrobił to Dalton Trumbo w „Johnny got his gun”. I tutaj jest ogromne pole do interpretacji: dlaczego tak, a nie inaczej? Które stanowisko bardziej nas przekonuje? Artyści podejmują wielkie tematy tak samo, jak czynią to politycy i dziennikarze: chcą kogoś przekonać do swoich racji.

Polemikę z nimi możemy prowadzić i my. Jedynym warunkiem jest aktywizacja naszych szarych komórek i pokuszenie się o wyciągnięcie z właśnie obejrzanego dzieła czegoś więcej niż stwierdzenia, że „akcja była zbyt wolna” albo, że „zdjęcia są ciemne”. A może to wszystko ma jakiś sens? Może razem układa się w spójną całość? Tak, jak w filmie „21 Gram”, który wygląda tak, jakby ktoś go nakręcił, a potem pociął taśmę filmową, wrzucił wszystkie te kawałki do kapelusza wymieszał i złożył potem z powrotem nie patrząc zupełnie na chronologię wydarzeń. Wyszło z tego dzieło, które wymaga skupienia i cierpliwości, bo przez pierwsze 20 minut rzeczywiście kompletnie nie wiadomo co jest grane. Ale jak już przejdzie się ten moment krytyczny, to okazuje się, że to, co chce powiedzieć nam Innaritu o życiu człowieka jest zupełnie wstrząsające i nieoczekiwane…

Mówiąc najprościej chodzi o to, żeby nie pisać recenzji konkretnego filmu, tylko podzielić się z czytelnikiem uczuciami, jakie targały nami, po jego obejrzeniu. Można wziąć kilka filmów i wyłowić z nich to, co w jakiś sposób nas poruszyło. Można je dowolnie ciąć, rozkładać na czynniki pierwsze, interpretować, dopowiadać, przeinaczać, dokonywać dekonstrukcji. Wszystkie chwyty dozwolone – nie chodzi nam przecież o dotarcie do obiektywnej Prawdy zawartej w filmie. Chcemy pójść nieco dalej, niż idzie się w klasycznych recenzjach.

Ale na końcu ma to mieć ręce i nogi, musi być jasna konkluzja, a całe to nasze „rżnięcie” na kawałki czyjegoś dzieła musi się okazać przydatne do wyłowienia jakiejś ważnej prawdy, którą chcemy przekazać innym.

Proponuję, żeby widz stał się naturalnym przedłużeniem „twórczego łańcucha pokarmowego”, był aktywnym uczestnikiem wydarzeń i poprzez swoje myślenie wpływał na losy bohaterów. Obejrzenie pewnej ilości filmów umożliwia nam szersze spojrzenie na poruszane w nich sprawy. Daje nam możliwość porównania punktów widzenia kilku autorów i wybrania tej najwłaściwszej dla nas drogi. Interpretacje, jakie zrodzą się w naszych głowach mogą być zupełnie zaskakujące. I o to właśnie chodzi! Nie bójmy się traktować sztuki jako półproduktu, który ma jedynie pomóc nam w zrozumieniu ważnych życiowych spraw. Uczyńmy sztukę użyteczną i zrozumiałą dla nas samych.

***

W kolejnych numerach AM udowodnimy Wam, że można pisać o filmach, sztukach teatralnych czy muzyce inaczej, niż tylko poprzez recenzje. Jeśli ktoś ma pomysły i wolę przyczynienia się do rozwoju tego działu, to serdecznie zapraszam do współpracy.

Michał Stankiewicz
11 września 2005r.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *