La macchina dei regali

Siedzę na niewielkim rzymskim placyku. Chyba wiecie, jaka to frajda? Myślę o tym, jak niewiele brakowało, żebym ten dzień spędzała w klimatyzowanym biurze gryząc importowany ołówek. Mam za sobą setki pogryzionych ołówków i aż cztery lata w klimatyzowanym biurze. Uwolniona z biurowej rzeczywistości w ramach cięć budżetowych ponad rok temu niespodziewanie dla samej siebie znalazłam się w samym środku życiowego kryzysu, z którym trzeba było coś zrobić, żeby było przynajmniej twórczo.

Wracam myślami do rzeczywistości i znowu jestem na niewielkim placyku w Rzymie. Nad kawką. Obok miejscowi też piją kawkę. Wycieczki z Babilonu zmierzają przez placyk do najbliższej barokowej fontanny. Miejscowi nawet nie odprowadzają ich wzrokiem, zajęci gazetą, espresso lub rozmową. Tylko ja uważnie przyglądam się wycieczkom. Ale tylko chwilę, bo znacznie ciekawsze są architektoniczne detale najbliższego kościoła.

Potrafię wyróżnić: typ bazylikowy, trzy nawy, trzy putta, a potem dumna z siebie śledzę innych odwiedzających i zgaduję, czy się nudzą, czy nie, dlaczego anioł dźga strzałą świętą Teresę z taką okrutno- czułym uśmiechem? Dlaczego święta Teresa poddaje się tak kontrowersyjnej ekstazie? Kawka mi się należy. Przemierzyłam Rzym truchtem wzdłuż i wszerz. Jednak moja zdolność wizualizacji najsłynniejszych scen z historii antycznego Rzymu albo narodzin chrześcijaństwa nie może konkurować z zapamiętaną sceną kąpieli Anity Ekberg w fontannie di Trevi.

Dlaczego przypominam sobie wszystkie lekcje łaciny, z których podstępnie się zwalniałam, lekcje historii, na których czytałam przygody kapitana Żbika? Im chętniej oddaję się konsumpcyjnemu oglądactwu na Via Condotti, tym mniej potrafię opisać architektoniczne detale charakterystyczne dla baroku. Proporcje te stają się dla mnie jasne na rzymskim placyku. Obiecuję sobie zapisać się na włoski, zaprenumerować „Corriere della sera”, przeczytać odłożoną książkę o wczesnochrześcijańskich męczennicach upamiętnionych w prawie każdym rzymskim kościele. Skruszona obiecuję sobie odwiedzać muzea, nawet te płatne ekspozycje, obejrzeć w empiku trochę albumów przybliżających historię sztuki.

Bilans na placyku jasno wykazuje, że wycieczka do Włoch okazała się niezwykle kształcąca. O to dowiaduję się, że: schody na których przemawiał Cola di Rienzo były bardzo strome, Goethe wyjechał do Rzymu pokonać życiowy kryzys i był zodiakalną panną, Mussolini zwykł ciężko i długo pracować. Co więcej, zwracam się z apelem do wszystkich, nie tylko w życiowym kryzysie: przeczytajcie „Pinokia” i dbajcie o siebie w tę zimę! Zanim na wiosnę ruszycie do Italii.

Ewa Balik

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *