Filmowcy Boga nie lubią

Takie skojarzenie nasuwa się człowiekowi, który zapoznał się z wieloma filmami o tematyce religijnej. W naszym kręgu kulturowym nie dziwi fakt, że filmy traktują o chrześcijaństwie, a nie o całym mnóstwie innych religii. Zdarzają się naturalnie znane wyjątki: Holenderski reżyser Theo van Gogh zapłacił życiem za kilkuminutową prowokację, chociaż uważa się, że był obywatelem i żył w kraju, w którym wolność słowa i równość to podstawa. No cóż – widocznie tylko tubylcy rozumieją znaczenie tych terminów, dla „przyjezdnych” są one całkowicie obce…


Filmy o chrześcijaństwie możemy podzielić na dwa rodzaje. Pierwsze są ilustracją Pisma Św. nie zadają pytań i biorą wszystko za pewnik. To takie produkcje puszczają stacje telewizyjne w odpowiednich momentach (różnorakie święta). Druga grupa filmów to te, które wyśmiewają albo stawiają Kościołowi niewygodne pytania. Mimo iż większość Polaków to katolicy, to filmy uważane za obrażające Boga cieszą się u nas większym zainteresowaniem niż te pierwsze. Należy zatem zadać sobie pytanie, dlaczego tak się dzieje?

Odpowiedź w sumie wydaje się prosta. Religia opiera się na czymś, czego nie można dotknąć, czy zbadać. To taka śmieszna sprawa, bo to co usłyszymy od kapłana bierzemy za pewnik. Tak samo jak dzieci w szkole, gdy usłyszą, że żubr żyje w puszczy, to nie mają powodów by sądzić, że jest inaczej. Są jednak w szkole uczniowie, a w życiu ludzie, którzy zadają pytania. Dlaczego jest tak, a nie inaczej, dlaczego Jezus umarł na krzyżu, dlaczego nie urodził się królem, dlaczego jego ojciec, choć miłosierny, to był okrutny wobec swego syna. I po co w ogóle ta cała szopka?

Jednym z takich „pytających” reżyserów jest Martin Scorsese. W 1988 roku stworzył oparty na powieści Nikosa Kazantzakisa film „Ostatnie kuszenie Chrystusa”. Reżyser właściwie przedstawił nam to, co zgadza się z religią. Jezus był zwyczajnym człowiekiem, narodził się w naturalny sposób, rozwijał tak samo jak inne dzieci. Od innych ludzi różniło go tylko to, że w wieku 30 lat zaczął nauczać. Co zatem działo się z nim wcześniej? Co robił, czy kogoś kochał, dlaczego się nie ożenił? Obecnie 30 letni mężczyzna w większości przypadków ma żonę i chociaż jedno dziecko. Dwa tysiące lat temu mogło być inaczej.

Martin Scorsese skupia się jednak na czymś innym. Wychwytuje w filmie domenę człowieka – strach i niepewność. Jezus naucza ludzi, ale problem pojawia się w momencie, gdy trzeba zbawić ludzkość. Dlaczego to właśnie on ma umrzeć na krzyżu, czy tak naprawdę tego chce? W filmie to Judasz zmusza Jezusa do głoszenia wiary pod karą zamordowania go. To Chrystus prosi Judasza aby ten go zdradził i wreszcie sam wycofuje się z ukrzyżowania, bo boi się cierpienia, nie chce umierać. Zamiast tego żyje z kobietą i doczeka sędziwego wieku. Ostatecznie jednak i tak wypełni swoją „misję”.

Można było spodziewać się tego, że film będzie miał trudności z pojawieniem się w dystrybucji. W wielu krajach nie dopuszczono do jego premiery, w Polsce długo z nią zwlekano. Zatwardziali chrześcijanie nawoływali do jego bojkotu. A wszystko to po to, aby chronić swoją wiarę. Tylko po co? Przecież jeżeli wiara ta jest prawdziwa, jeżeli wszystkie te rzeczy w które wierzymy miały miejsce, to prawda sama się obroni. Wiara w ludziach jest mocno zakorzeniona i nie zmieni tego nawet najdoskonalszy film. Jednak właśnie owa wiara jest zarazem mocną i słabą częścią religii. Mocną, bo nikt nam nie może zabronić wierzenia w to, co chcemy. Nie można obalić istnienia kogoś takiego jak Bóg, zatem nie można podważyć jej fundamentów. Z drugiej strony istnieje jednak dowolność interpretacji, oraz brak jakichkolwiek dowodów, dzięki, którym można by stwierdzić, że w piekle pali się ogień, a w niebie aniołki biegają po chmurkach.

Można jednak ośmieszyć chrześcijaństwo – może nie powalić tego kolosa, ale chociaż wywrócić do góry nogami. Teza, że Jezus miał w swoim życiu kobietę nie jest znowu taka nietypowa. Już teraz możemy poczytać książkę Dana Browna „Kod Leonarda Da Vinci”, a wkrótce na ekranach kin zobaczymy film Rona Howarda będący jej ekranizacją. Najbardziej kontrowersyjnym faktem w książce wydaje się być związek, jaki łączył Chrystusa z Marią Magdaleną.. Na chwilę obecną nikt nie zaprzecza jej istnieniu, ale nie może być mowy o jakimkolwiek uczuciu łączącym tych dwoje ludzi. Jezus uratował ta kobietę przed ukamienowaniem, ta służyła mu jak tylko mogła, oraz słuchała jego nauk. Autor książki przedstawia Marię Magdalenę w zupełnie innym świetle. Widzi ją jako kolejnego, trzynastego apostoła. To zmieniałoby dosyć sporo w religii chrześcijańskiej. Dlaczego zatem kobiety nie mogłyby być żeńskim odpowiednikiem kapłanów? Rola ich nie byłaby już zmarginalizowana. Podobnie sprawa się ma w przypadku, gdyby prawdziwym okazało się twierdzenie, że Maria Magdalena urodziła dziecko, którego ojcem był Jezus, już po jego śmierci. Uciekła do południowej Francji i tam jej potomek dał początek potężnemu rodowi Francji. Zmiany musiałyby być natychmiastowe. Księdzem mogłyby być kobiety, sami kapłani mogliby zawierać związki małżeńskie. Seks nie byłby tylko koniecznością przetrwania gatunku ludzkiego, ale panowałoby w Kościele jego przyzwolenie. Zatem nie byłby już nieczysty. Nie mówię tu już o tym, jak na to wszystko zareagowaliby ludzie. Można byłoby podważyć autorytet Kościoła. Skąd wiadomo, że za 10 lat ktoś nie opublikuje dowodów na to, że któryś z apostołów był homoseksualistą?

Ludziom filmu nie odpowiada również sama instytucja Kościoła. Być może bierze się to z ludzkiej zawiści (oni mają lepiej niż my), a być może jest w tym nieco prawdy. Istnieją dwa filmy, które w krzywym zwierciadle przedstawiają tę instytucję. Pierwszym są „Stygmaty”. Film opowiada historię zwykłej dziewczyny, pracującej w zakładzie fryzjerskim, niestroniącej od uciech życia. I wszystko byłoby w porządku, gdyby pewnego dnia na jej ciele nie pojawiły się stygmaty…

W sumie już tutaj wkrada nam się nieścisłość. Stygmaty bowiem uważane są za dar od Boga, za nagrodę za swoje postępowanie. Takimi stygmatami obdarzony był np. ojciec Pio, ale nie mogą one dotykać ludzi, którzy z religią mają bardzo niewiele wspólnego. Jeżeli chodzi o samą instytucję kościoła, to w filmie padają słowa z niepublikowanej (rzekomo) ewangelii, w której Jezus miał mówić, iż ludzie nie potrzebują świątyń, aby się modlić, bowiem z Bogiem można spotkać się wszędzie. Napisałem, że rzekomo owa ewangelia jest niepublikowana i zatajana przez Kościół, ale w Polsce została wydana w 2003 roku (hmm… a film pochodzi z 1999).

Zatem nie dość, że dopuśćmy kobiety do święceń kapłańskich, to jeszcze zlikwidujmy kosztowne świątynie. Wizerunek Kościoła zatem na skutek filmów nam się trochę zmienia.

Drugim filmem, który przedstawia kapłanów w krzywym zwierciadle jest osadzone w średniowieczu „Imię róży”, również na podstawie powieści, tym razem Umberto Eco. Film z 1986 roku zasłynął właśnie ze względu na Eco, ale i z gwiazdorskiej obsady. W rolę mnicha Williama z Baskerville bowiem wcielił się Sean Connery i nie można powiedzieć, żeby zrobił to źle, a wręcz przeciwnie. Ci którzy widzieli wiedzą o homoseksualnych skłonnościach jednego z mnichów, o tendencji ich samych do skrywania tajemnic i ukrywania najwybitniejszych dzieł starożytnych filologów. Budzi to w nas sprzeciw i niechęć do tej instytucji. Czujemy, że traktuje się nas jak głupią i ciemną masę, którą można sterować. Można wspomnieć również o inkwizycji, czyli jak za pomocą rozgrzanego metalu człowiek jest w stanie przyznać się do wszystkiego co najgorsze. Jak zimny prysznic działa na nas jednak fakt, że opowieść dzieje się w średniowieczu – czyli to już było, nie jest tak i w chwili obecnej jest znacznie lepiej. Tylko, że znowu ktoś powie, że średniowiecze jest tylko maską, a film równie dobrze można by przedstawić w naszych czasach.

Nie tak dawno na ekrany kin weszło „Królestwo niebieskie”. Film opowiadający o wyprawach krzyżowych. Ridley Scott przedstawił nam upokarzającą dla Chrześcijan wizję ich przodków. Pazerni, żadni władzy i pieniędzy. Nie liczy się dla nich życie ludzkie. Jerozolima ma być ich, bo tu żył Jezus. I kropka. Może nie byłoby jeszcze tak strasznie, gdyby nie postawienie po drugiej stronie Arabów – ludzi zupełnie innych. Poważnych, dobrych wojowników, wyrozumiałych, współczujących i po prostu dobrych. Nie zależy im na przelewaniu krwi, dlatego stawiają ultimatum: jeżeli miasto się podda, to oni oszczędzą Chrześcijan. Arabowie wypadają w wizji Scotta o niebo lepiej niż Chrześcijanie.

Tutaj również należy się zastanowić, czy takie przedstawienie filmu wynika z prawdy historycznej, czy komercji. Nie jest tajemnicą, że film był wprowadzany również do świata arabskiego z wielkim rozmachem. Ze względu na pozytywne przedstawienie w nim Arabów, miał się tam dobrze sprzedać. Może być to również pewien gest pojednawczy. Wschód obecnie ma poważne zatargi z Zachodem – stąd zamachy, ataki terrorystyczne itp. Może „Królestwo niebieskie” jest w pewien sposób manifestacją: my Was wcale nie nienawidzimy, chcemy pokoju i mamy nadzieję, że Wy też tego chcecie.

Kościół, jak każda ogromna instytucja jest i będzie atakowany. Powodów może być wiele. Jedni z zawiści będą go szykanować, inni będą to robić w celu wyjaśnienia tajemnic. Z religią wiąże się głębia i tajemnica, które ludzie lubią przecież odkrywać, dowiadywać się rzeczy, które przez lata zamknięte były gdzieś głęboko w archiwach. Są również ciekawi swojej wiary i mają nadzieję, że ktoś wyjaśni im logicznie coś czego pozornie zrozumieć się nie da. Mnie również przyciągają takie filmy, choć uważam się za katolika, może niekoniecznie do końca konsekwentnego, ale zawsze. Zawsze też mam nadzieję, że dowiem się czegoś intrygującego. Może ktoś wyjawi mi tajemnicę świata i poda całą prawdę na talerzu.

Nie sądzę, żeby jakiś film mógł w przyszłości zachwiać równowagą Kościoła, jego fundamentami wiary, ale tego typu filmy zawsze będą potrzebne, bowiem oznaczają, że ludziom Kościół nie zobojętniał, że ciągle targają nimi emocje.

Dishman
dishman@apeironmag.pl

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *