Gandziolatki, Wizyta u wiedźmy – Mirosława Sędzikowska

Gandziolatki, Wizyta u wiedźmy - Sędzikowska Mirosława

Zamiast wprowadzenia biograficznego oddam teraz głos samej Autorce, Mirosławie Sędzikowskiej, która taką oto notką poprzedziła „Wizytę u wiedźmy”:

Od Autorki: Wydałam dwie książki: Dom wiedźmy ze wzgórza i Czarodziej mieszkał za rogiem. W 1993 roku otrzymałam nagrodę literacką im. Natalii Gall. Trzy wielkie przygody mojego życia: działalność opozycyjna w latach studenckich, przyjaźń i współpraca z członkami Klubu Tfurcuff (fantastyki) oraz przyjaźń z kolegami moich synów, z którymi odkrywałam mroczne światy Warhammera i równie mroczny światek subkultur młodzieżowych. Te światy przenikały się wzajemnie. Uzdolnieni licealiści nocami w charakterze elfów i krasnoludów szukali skarbów i walczyli z goblinami, a w dzień uganiali się za skinami. Nocą nabijali fajki zielem hobbitów, zaś w dzień kupowali ziele nie z Hobbitonu, tylko z Holandii. Większość moich młodych przyjaciół bezpiecznie przeszła „gandziowe szlaki”. Chłopcy zdali maturę, skończyli studia i (cytuję): „przyszłość stanęła przed nimi potworem”. Obecnie pracuję charakterze nauczycielki i jako zasłużona punkówa weteranka oraz praktykująca wiedźma cieszę się pewną popularnością wśród dziatwy. Kiedyś napiszę książkę o fantastycznych przygodach belfra.” – Mirosława Sędzikowska.

Zacznijmy od końca – od złowieszczej groźby napisania powieści o „przygodach belfra”. Drżyjcie wszyscy byli i obecni uczniowie Wiedźmy Sędzikowskiej, bo nadchodzi dzień sądny! Dzień, w którym Wasza droga Nauczycielka opisze jak widziała Was swym niepowtarzalnym Okiem – Okiem, którego akomodacja pozwala na precyzyjne wychwytywanie wszystkich śmiesznostek, wszystkich niekonsekwencji i fałszywych ruchów. Przygotujcie się na to, że w ramach akcji „Cała Polska czyta dzieciom”- staniecie się powszechnym pośmiewiskiem… Tak, tak moi drodzy, nic Wam nie ujdzie na sucho i szczerze mówiąc solidaryzuję się z Wami w strachu, bo nie da się ukryć, że jestem jednym z Was :). Tak, ja też należałem do tej trzódki, którą z zapałem godnym większej sprawy, Pani Sędzikowska starała się nawrócić choćby w okolice dobrej drogi… Jedyną moją pociechą jest to, że mnie uczłowieczała już tak dawno, że Jej – nie oszukujmy się – coraz gorsza pamięć może już tych czasów nie sięgać. No ale ja pamiętam…. Lekcja lotu na miotle zakończona tragicznie wyglądającym lądowaniem w krzakach róży, albo dzień w którym z okazji otrzymania oceny niedostatecznej ze sprawdzianu z gramatyki (zaklęć magicznych) zostałem zamieniony w żabę… Ech starość nie radość, rozrzewnia się człowiek niecnie, przy okazji byle wspomnienia…. Cóż, było minęło, my zaś powróćmy do ostatnio wydanych książek Pani Sędzikowskiej.

Wizyta u wiedźmy – to zbiór opowiadań. Niektórzy mówią, że to opowiadania fantastyczne… No może, ostatecznie nie każdy na swej drodze spotkał wiedźmę, wampira, czy drabinę – niczym nie podpartą – stojącą jak symbol falliczny, ze szczytem skierowanym w niebo. Niektórzy nie widzieli nawet magicznej kuli, nie wspominając już o lubczyku i pogrzebaczu… Tak niektórzy nie wiedzą, po co się na oknie wiesza czosnek i robią to zupełnie nieświadomie. Nawet nie podejrzewając konsekwencji! Wszystkie te, oraz wiele innych elementów mogą być uznane przez niektórych jako objawy fantastyczności. No i dobrze, czasem to nawet lepiej.

Opowiadania Mirosławy Sędzikowskiej są zazwyczaj krótkie, błyskotliwie napisane, pełne ironii i zwykłego (nie szyderczego) poczucia humoru. Gdybym miał je porównywać do innych opowiadań, innych autorów miałbym nie mały problem – bo ich siła tkwi w ich niepowtarzalności…. Można by co prawda wspomnieć o jakimś odległym pokrewieństwie z prozatorską twórczością Woody Allena albo Gabriela Garcii Marqueza, czy choćby Salmana Rushdiego, no ale skojarzenia te są naprawdę bardzo odległe – po prostu wszyscy wymienieni tu ludzie piszą i robią to dobrze, cała reszta może się narzucić sama albo równie samotnie umknąć. Pozostaje jednak faktem niezaprzeczalnym, ze lektura opowiadań Mirosławy Sędzikowskiej to rozrywka na najwyższym poziomie. Bez zbędnego moralizatorstwa Autorka opisuje w nich świat widziany własnymi oczyma i chodź widok to często niewesoły, brzuch bolał mnie od śmiechu. I tu kolejne skojarzenie – Paragraf 22, Josepha Hellera. Jednak do tej książki o wiele lepiej przystaje druga część opisywanego tu przeze mnie tomu, czyli „Gandziolatki” . Przy tej okazji po raz drugi oddajmy głos samej autorce, która poprzedziła swoją powieść, taką oto dedykacją:

„Książkę tę dedykuję moim synom: Michałowi i Błażejowi, ich siostrzeńcom: Łukaszowi i Michałowi oraz innym jej bohaterom(…)”

Tyle wystarczy, by zyskać pewność, że książka traktuje o ludziach prawdziwych, takich z krwi i kości (drżyjcie, ach drżyjcie uczniowie Wiedźmy Sędzikowskiej). Czy przedstawione w niej zdarzenia wydarzyły się naprawdę? No cóż, to pozostawiam pod osąd wnikliwego czytelnika. Słyszałem jednak o nagłych wizytach w szpitalu bohaterów wcześniejszych książek Mirosławy Sędzikowskiej, więc sami rozumiecie – zwierciadło w którym każe się przeglądać swoim bohaterom Autorka raczej rysów nie wygładza.

„Gandziolatki” to książka ważna. Porusza wiele ważnych aspektów współczesnej rzeczywistości. Można by zamknąć to w niewielkiej pętli od przestępczości nieletnich, po ich brak perspektyw, ale byłoby to zbyt dużym uproszczeniem. „Uzdolnieni licealiści” na „gandziowym szlaku” idą przez życie potykając się i gubiąc drogę, ale idą…. z pewnością właściwą młodym orłom, których nikt nie musi uczyć jak się lata, bo młode orły wiedzą najlepiej jak się lata. Mnie osobiście bardzo poruszyła scena, gdy Michał zaczął po mieście chodzić z mieczem, bo jakiś troll obiecał mu, że go zabije. Albo gdy zaczął ten miecz ostrzyć, bo po przeczytaniu kroniki kryminalnej w gazecie (pedofil zabił czwórkę dzieci), miał zapaść emocjonalną. Niczego nie można również odmówić scenie, gdy Błażej przekonuje swoją wychowawczynię, że nie powinna wyrzucać go ze szkoły. Zgodnie z tytułem cały czas unoszą się wszechobecne opary gandzi. Bohaterowie palą bowiem dużo i głupio (podobnie jak za moich czasów licealiści dużo i głupio popijali). Palą i mają „zwały”.

Pamiętam, że po lekturze „Dzieci z dworca ZOO” , uznałem że to najlepsza z możliwych reklama narkotyków. „Gandziolatki” to jej zupełne przeciwieństwo. Nie wiem, czy ktoś sięgnie po ziele, kiedy ją przeczyta. I znów – nie ma tam moralitetów, przydługich wykładów na temat szkodliwości uzależnień. Tam są chłopaki i gandzia w akcji. Wszystko w tradycyjnych dla Mirosławy Sędzikowskiej fantastyczno-bajkowych klimatach. Przepełnione ironią i szyderstwem… oraz łagodnym uśmiechem zrozumienia. Bo wszyscy kiedyś musieli być młodymi orłami… które o tym jak się lata wiedzą najlepiej.

Obrazu dopełniają antynazistowskie „akcje” młodych bohaterów, ich niezwykłe dyskusje (na tematy przeróżne, zawsze jednak w okolicach seksu ;)) i te same co w Wizycie u wiedźmy elementy, przez niektórych uznawane za fantastyczne. I tu po raz kolejny – trudno oprzeć się urokowi scen gdy Śmierć poszukuje Kazia Morgana, bo zapodział się gdzieś zamiast umierać w melinie na Browarnej oraz tej gdy Błażej i Łukasz spotykają wiedźmę w trampkach i kożuszku….

Mógłbym jeszcze długo wymieniać sceny, które wywarły na mnie duże wrażenie – najprościej byłoby pewnie przepisać cała książkę (by nie zapomnieć na przykład o Supermarkecie tolerancja i zamkniętym w szafie demonie, do którego za chwilkę wrócę). Czas jednak wspomnieć o wadach… Mówiąc ściślej o wadzie. Jednej jedynej. Bo ta książka jest… za krótka. Mógłbym ją czytać i czytać, a ona nieodmiennie zaczyna się i kończy po dwóch godzinach lektury…. Sami przyznacie, że to niewiele. I zapewniam, że nie będą to dwie godziny stracone. Po prostu sami sprawdźcie.

A teraz… Demon. O tym jak znalazł się w mieszkaniu Koszmarowskich dowiecie się z książki, a teraz cytat, jak chciano się go pozbyć:

Tak więc narratorka próbowała szukać pomocy u księży, pewnego jezuity oraz u dokonującego chałupniczym sposobem egzorcyzmów profesora. Mniejsza o szczegóły – ważne, że na próżno. I wtedy (cytuję):

„Nie załamałam się. Dałam ogłoszenie do gazety. („Jest problem taki, a taki, więc zgłaszajcie się chłopaki”). Nie miałam pojęcia, że w tym mieście jest tylu wariatów. Chyba nawet więcej niż złodziei. Przez nasze mieszkanie przewinęło się mnóstwo ludzi. Niektórzy twierdzili, że sami są demonami. (Tych pozbywaliśmy się szybko. Dodatkowych demonów nie było nam trzeba.) Poza tym przyszło ośmiu Hitlerów, sześciu Napoleonów, królowa Kleopatra, miejscowy wampir i nawet p. Bóg. Tak się przedstawił. Powiedział, że zaraz „wykurwi tego bydlaka”, po czym wypił butelkę denaturatu i zakończył działalność”.

I tak dalej….

Przy okazji informacja dla purystów językowych – książka traktuje o ludziach młodych, którzy filtrów językowych nie stosują. I choć przekleństwa nie są tu wyrazami dominującymi, jeśli ktoś na słowo „zakręt” po włosku reaguje rumieńcem – niech się do lektury uprzedzi i dopiero tak przygotowany za nią zabierze. Bo naprawdę warto… ale czy pisałbym tyle czasu gdyby było inaczej?

Autor: Sędzikowska Mirosława
Tytuł: Gandziolatki/Wizyta u wiedźmy
Rok wydania: 2002
ISBN: 8370541348
Stron: 304
Oprawa: Miękka
Format:12x20cm
Wydawnictwo: SuperNowa

księgarnia internetowa
Zobacz w naszej księgarni:
Gandziolatki, Wizyta u wiedźmy – Sędzikowska Mirosława

One thought on “Gandziolatki, Wizyta u wiedźmy – Mirosława Sędzikowska

  1. Miałem średnią ochotę czytac „Gandziolatki” czy z „Wizytą u Wiedźmy”. Nawróciłem się. I przeczytałem 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *