Miłość ponowoczesna

Pięknie jest się zakochiwać: patrzeć na obiekt swych westchnień i nieustannie doznawać złudzenia, że oto spotykamy się po raz pierwszy. Spojrzeć w oczy ukochanej osobie i wciąż odnajdywać tam spokój i ukojenie, ale jednocześnie płomienne i odwzajemnione uczucie. Odnaleźć bratnią duszę – oto marzenie wielu z nas.

Jednak kiedy Platon wymyślał tę słynną ideę nie przypuszczał z pewnością, do czego zdolna będzie cywilizacja za kilkaset lat. Świat starożytny ograniczał się do jednej, góra dwóch wiosek – jakieś 2-3 tysiące mieszkańców. Reszta nie istniała, bo mieszkała po drugiej stronie granicy, za morzami i lasami, a nawet jeśli pokonałoby się wszelkie przeszkody geograficzne, to pozostają jeszcze różnice kulturowe, językowe i społeczne. Znaleźć „bratnią duszę” w Grecji starożytnej było zaskakująco łatwo – bo tak naprawdę nie było zbyt wielkiego wyboru. Tam kochało się to, co wpadło w ręce i nie narzekało się na swój los.

Współcześnie, w dobie internetu, podróży transoceanicznych, rozwoju edukacji i szeroko pojętej globalizacji znaleźć „bratnią duszę” jest nam zdecydowanie trudniej. Albo po prostu staliśmy się znacznie bardziej wymagający. Przytłacza przede wszystkim ogrom ludzi, którzy istnieją na świecie, a także niemożność dotarcia i porozmawiania z wszystkimi „kandydatami” na naszą drugą połówkę.

Paradoksalnie – w tym całym ujednolicaniu się świata następuje jego rozszczepianie na coraz to mniejsze lokalności. Tworzą się subkultury, sekty, nowe religie, prądy myślowe i ideowe… Robimy to po to, aby choćby w małej części poczuć się dobrze w tym dziwacznym świecie. Tak ważna dla nas kwestia miłości staje się chyba powoli w naszej kulturze tematem tabu. O facecie, który się zakochuje mówimy, że „wpadł” i już nie będzie chodził podrywać lasek do knajpy.

Czy miłość rzeczywiście jest już niemodna?

W filmie „Samotni” Davida Ondricka wszelkie związki międzyludzkie są sprowadzone do poziomu epizodów. Ktoś się zakochał, ktoś wziął ślub, ktoś coś obiecuje… Wszystko jest tam na chwilę. Na samym końcu okaże się zresztą, że tak naprawdę nikt nie mówił o sobie poważnie i wszystko to, co się wcześniej wydarzyło nie ma żadnego sensu. Zostaje zachowane status quo i cała historia zatoczy wielkie koło. Tytułowa samotność jest metaforą życia, w którym wszystko to, co robimy ma wymiar epizodyczny, a wszelkie działania, jakie podejmujemy, nie mają za zadanie doprowadzić nas do jakiegokolwiek celu – one po prostu są i ich jedynym celem jest wypełnienie nam czasu.

Temat epizodyczności pociągnął Mike Nichols, kręcąc film „Bliżej”. Tam nie ma już wyraźnie oddzielonych granic związków – wszystko jest płynne i niezwykle łatwo zmienia stan skupienia. To cena absolutnej wolności, którą funduje nam współczesny świat. Możemy iść wszędzie, bo przecież nam wolno. Staliśmy się egoistami, którzy dążą tylko do zaspokojenia własnych potrzeb. Co jest? Cofnęliśmy się w rozwoju?! W epoce brązu przecież było tak samo!

Taka właśnie jest postmodernistyczna miłość: zwariowana i krótkotrwała. „Żyć szybko, umrzeć młodo”, „carpe diem”… Możemy sobie dowolnie podczepiać pod nią wielkie hasła, bo to przecież wszystko prawda. Ale jakże pokrętnego znaczenia owe hasła nabiorą…

A może to po prostu jakaś dziwaczna właściwość naszej natury, którą tak skutecznie ukrywaliśmy przed światłem dziennym przez tyle lat? „Co siódme małżeństwo kończy się rozwodem, a liczba zawartych związków małżeńskich w latach 1990-1993 spadła, w porównaniu z rokiem 1980, o 35%” – czytamy w statystykach GUS-u. No pewnie – bo po co brać ślub, skoro wszystko można robić bez niego? A ślub to przecież nie tylko wielkie przedsięwzięcie logistyczne, ale też świadome przywiązywanie sobie do szyi wielkiego kamienia, z którym znacznie trudniej się, jakby co, ucieka.

O ile w „Bliżej” w związkach międzyludzkich dochodzi do burzliwych wymian partnerów, to w „Pamięci złotej rybki” mamy już ucieleśnienie starej, szlachetnej sportowej zasady „każdy z każdym”. W tym filmie nie ma już nawet znaczenia płeć partnera! Bohaterowie tak rozpaczliwie szukają akceptacji i miłości, że są gotowi nawet wznieść się ponad swe naturalne uwarunkowania. A może reżyser Elizabeth Gill chce nam po prostu powiedzieć to, co Zygmunt Freud odkrył już ponad 100 lat temu – że wszyscy jesteśmy biseksualni?

Ten film na pewno łamie kilka konwenansów, obowiązujących we współczesnym świecie: są pokazane nie tylko związki homoseksualne, ale na końcu pojawia się temat wychowania dziecka przez dwie kobiety. Czyżby to były początki jakiejś nowej seksmisji? My – faceci – mamy służyć tylko jako byczki rozpłodowe? I sam już nie wiem, czy to rzeczywiście przejaw upadku moralności, czy po prostu nasz mentalny rozwój…

Ostatnio na jakiejś stronie przeczytałem ciekawy anons matrymonialny, pisany przez, młodą zapewne, kobietę: „Poszukuję mężczyzny – geja do >białego małżeństwa<, seks nie wchodzi w grę, bo mam stałą partnerkę; robię to tylko po to, żeby starzy się nie czepiali.” Skoro nie możemy afiszować się ze swoją seksualnością, to będziemy udawać, że wszystko jest OK, tak? Czy to jest jakieś wyjście z tej sytuacji? Skoro naukowcy twierdzą, że nasza orientacja seksualna nie jest uwarunkowana genetycznie, to homoseksualizm jest niczym innym, jak odchyłem od normy – heteroseksualności.

Liga Polskich Rodzin, gdy dojdzie do władzy, zamierza leczyć lesbijki i geje w specjalnych zamkniętych ośrodkach. Społeczeństwo się oczywiście bulwersuje, bo to przecież niemoralne, bo każdy ma prawo kochać tak, jak mu się podoba itd. I tutaj też widać echa postmodernizmu: możemy robić co nam się podoba, bo jest przecież wiele dróg prowadzących do jednego celu, a obiektywnie rozumiana „prawda” nie istnieje. Nikt nie ma racji i nikt się nie myli… Czy jest więc sens w ogóle myśleć o czymkolwiek?

Elisabeth Gill poszła jednak w nieco inną stronę: nie stara się nas w żaden sposób przekonać, że oto geje są fajni i należy ich hołubić za ich orientację. Dla niej homoseksualista to jeden z nas i nie jest ani lepszy, ani gorszy. Co więcej – nieśmiało stawia tezę, że być może każdy z nas jest po trosze homo, tylko skrzętnie to ukrywa z obawy przed szyderstwami ze strony społeczeństwa. W świecie przez nią wykreowanym, biseksualizm jest zupełnie normalny i ogólnie akceptowany. Czy w takiej rzeczywistości chciałyby żyć wszelakie mniejszości seksualne? Przecież takie myślenie też ma swoją cenę – absolutną niestabilność.

I znowu przywołać można chyba najsłynniejszego polskiego postmodernistę – Zygmunta Baumana – i jego koncepcję „osobowości trzeciej fali”. Bauman stworzył cztery kategorie dla współczesnego człowieka: gracz, turysta, włóczęga, spacerowicz. We wszystkich tych kategoriach mamy do czynienia z ruchem – ze zwiedzaniem postmodernistycznego świata. Żaden tryb osiadły nie istnieje, bo wszelka stagnacja oznacza dziś po prostu śmierć. Trzeba być w ruchu, zmieniać się, poszukiwać… To właśnie dlatego ludzie wycofują się ze związków małżeńskich – bo to jest po prostu nudne.

Ondrickowi za metaforę „wariacji w związkach” posłużył motyw przelewającej się cieczy: kolorowe plamy w chaotycznym ruchu wpadają na siebie, łączą się ze sobą, ale tylko po to, aby za chwilę rozpaść się i znów połączyć w przypadkowe konfiguracje.

No właśnie. „Przypadkowe konfiguracje” – czy rzeczywiście ta koncepcja ma jakieś odzwierciedlenie w realnym świecie? Elisabeth Gill dopowiada, że w kwestii miłości nasza pamięć mieści tylko 3 sekundy wspomnień – dokładnie tyle, ile pamiętają złote rybki. Uczucia, tak ważne dla każdego z nas, nie mogą być sprowadzane aż do takiego rynsztoka. Bo to by oznaczało, że tak naprawdę to nie warto już nikogo kochać, bo to i tak nie da nam żadnego szczęścia – a jeśli już, to tylko na krótką metę.

Być może miłość zawsze była przypadkowa i burzliwa, a wszyscy ci „artyści” przesadzają ze swoimi pesymistycznymi wizjami, ale coś chyba jednak jest w tym, że ta z góry zakładana „chwilowość” w związkach staje się jakąś kretyńską modą w ponowoczesnym świecie. I zarówno Elisabeth Gill, Dawid Ondricek, Mike Nicholls i inni, głośno się temu sprzeciwiają. Oni chcą nieco bardziej „normalnego” świata, w którym miłość rzeczywiście oznacza miłość, a przysięga małżeńska to doniosłe świadectwo uczuć dwojga ludzi, a nie puste przyrzeczenie, które składa się tylko po to, żeby „starzy się nie czepiali”.

Nie należy jednak zapominać, że jest to tylko pewna koncepcja, proponowana nam przez wymienionych artystów. My – widzowie – absolutnie nie musimy im w pełni wierzyć, ani tym bardziej kierować się nimi. O miłości ponowoczesnej można bowiem opowiedzieć także w tonie optymistycznym i z owej przypadkowości i chwilowości ulepić piękne, prawdziwe uczucia. Doskonałym przykładem będzie tu „Powrót do Garden State” Zacha Braffa, w którym główni bohaterowie doświadczają czegoś na kształt przyciągania przeciwieństw – tak mocnego, że w ciągu 4 dni znajomości zdążą się w sobie zakochać i przestaną wyobrażać sobie dalsze życie bez siebie. Powiecie, że to niemożliwe w obecnych czasach? A niby dlaczego?

Krytyka czasów współczesnych – ponowoczesności – jest dzisiaj w modzie. Każdy, kto tylko czuje się na siłach, pragnie jej dokopać i pokazać, że tak źle jak teraz, to nie było nigdy. Nie dajmy się jednak zwieść pozorom: w dzisiejszym świecie, tak samo jak kilkadziesiąt lat temu, miłość może być zarówno dobra, jak i zła. I wcale nie mamy do czynienia z upadkiem wartości – takie dywagacje zostawmy katastrofistom. Jeżeli mielibyśmy mówić o jakimkolwiek kryzysie, to tylko w kontekście przesunięcia punktu ciężkości z „miłości po wsze czasy” na „poszukiwanie prawdziwego szczęścia”. I z całą pewnością to właśnie stąd bierze się to charakterystyczne dla czasów ponowoczesnych zjawisko chwilowości. Ale taka jest już cena globalizacji, którą zapłacić musimy wszyscy.

Zastanówmy się jednak: czy naprawdę zmieniło się aż tak wiele od czasów, kiedy w kinach tryumfy święciła „Casablanca” Michaela Curtiza? Sądzę, że z całą pewnością pozostało jedno: ogromna, wszechogarniająca potrzeba miłości, którą każdy z nas nosi w sobie…

Michał Stankiewicz
michal@apeironmag.pl

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *