Ludzie – Klaudiusz Kuś

Początkowo nie wiadomo, o co chodzi. Książka w twardej oprawie, zawiera spis wypowiedzi różnych Ludzi. Nie ma żadnego wstępu, ani informacji dlaczego, skąd, o co chodzi autorowi, który zbierał to wszystko. I – przede wszystkim – czy są prawdziwe. Bo przecież nie muszą, nawet, jeśli są podpisane imieniem, nazwiskiem i wykonywanym zajęciem.

literackie darmowe ebookiNie sądzę, żeby w tym przypadku autora można było nazwać autorem. To Ludzie stworzyli tę książkę, ich życie. Klaudiusz Kuś, który zebrał wypowiedzi, urodził się w 1975 w Olkuszu. Skończył dziennikarstwo i europeistykę na UJ. Pracował jako dziennikarz, szef działu informacji w dwutygodniku, barman, kelner, odlewniczy, specjalista ds. PR, tłumacz, pracownik fizyczny na budowie, pomocnik murarza, copywriter, kitchen porter. Obecnie pracuje jako redaktor i korektor w kilku wydawnictwach.

Dopiero gdzieś w połowie można wywnioskować, że Ludzie w większości piszą do Kusia (co za odmiana nazwiska!). Wypowiedzi zawierają błędy ortograficzne i literówki. Często nie ma polskich znaków z tego można wywnioskować, że niektóre wypowiedzi były pisane mailem. Poza tym wychodzi brak znajomości interpunkcji. Tego ostatniego nie śmię nawet krytykować. Czytelnicy „Apeiron Magazine” doskonale widzą dlaczego 😉

Być może jestem ograniczona umysłowo, ale przez długi czas nie wiedziałam, co trzymam w ręku. Aż po wypiciu większej ilości alkoholu (pobudza mnie do myślenia!) doznałam oświecenia. Oto jest portret społeczeństwa. Genialny. Nie tam pokolenia NIC, czy innych wymysłów socjologów, ale jak sądzę najdoskonalszy obraz Polaków. Przekrój przez wszystkie warstwy społeczne. Swoisty reportaż, w którym Kuś także wziął udział poprzez dodanie swojej wypowiedzi, tak, jak robili to Ludzie.

Wiec mamy Ludzi. Nudno to zabrzmi, jeśli napiszę, że mówią o życiu. Wystarczy iść na przystanek autobusowy i też mówią o życiu. Ale tu jest coś innego. Zestawienie. Każda następna wypowiedź wiąże się w poprzednią. Często jest to zupełnie odmienny punkt widzenia albo kontynuacja, tyle, że z innej perspektywy.

Jedna wypowiedź wzbudziła we mnie… niesmak:

Patrycja Nowak, studentka
Ale co ja mogę napisać, skoro wszystko mi się udaje? Od początku roku. Wszystko. Najpierw dostałam stypendium naukowe. Potem zadzwonili z wydawnictwa i powiedzieli, że chcą wydać moje opowiadania, że są zachwyceni ich dojrzałością, ze to jakie rzadkie, żeby dziewczyna w moim wieku tak dobrze pisała, ze w ogóle wszystkim się bardzo podobają. Po wydawnictwie zadzwoniła pani z warszawskiej gazety i powiedziała, że słyszała o mnie od kogoś tam, ze ten ktoś bardzo mnie chwalił, że ma dla mnie propozycję pracy, że będę miała własną rubrykę w miesięczniku, więc mam do najbliższego numeru przygotować sześć tekstów. Jakby tego było mało, okazał się, że wygrałam roczne stypendium na Wyspach. Podanie o to stypendium złożyłam już jakiś czas temu i zdążyłam o nim zapomnieć, a kiedy poszłam na wykłady, profesor poprosił mnie do sekretariatu i powiedział, że mam to stypendium. Z chłopakiem mi dobrze, kocha mnie i ja go kocham, to co ja mam napisać, skoro wszystko mi się udaje?

Zestawiłam to z wypowiedzią poprzednią (Paweł Sukta, operator maszyn i urządzeń metalurgicznych) i następną (Jarek Szukalski, uczeń). Ten pierwszy opowiada o tym, że lubi bić ludzi, a ten drugi o swojej pracy przy remoncie. Dziwne, w kontekście studentki, której wszystko się udaje, a świat kręci się wokół niej. Jest szczęśliwa, ale jakoś osobiście nie rozumiem tego szczęścia. Gdzie jakaś refleksja w tym pędzie sukcesu?. Studentka była na stronie 19. Tylko dziesięć stron dalej jest:

Czesława Ryba, nauczycielka
Mam pięćdziesiąt sześć lat. Od wielu lat niosłam ludziom pomoc. Pracowałam wszędzie tam, gdzie oczekiwano pomocy. W sądzie byłam ławnikiem, W PKPS-ie jako opiekun społeczny. Wśród osób uzależnionych od alkoholu jako kurator. W Monarze pomagałam narkomanom, dopóki na nie zabrano nam domu. Praca społeczna wśród ludzi daje dużą satysfakcję osobistą i poczucie, że jest się potrzebnym, mimo dojrzałych lat. Mówię to po to, aby obudzić wśród ludzi potrzebę niesienia pomocy innym. Proszę wszystkich, przyjdźcie do Ośrodka Pomocy Społecznej i podejmijcie pracę jako wolontariusze, a na pewno otrzymacie w zamian wdzięczność, satysfakcję, doświadczenie, pogodę ducha i miłość. Zobaczycie, że to jest w życiu najważniejsze. Trzeba dawać siebie innym. Niech Pan napisze, ze oczekujemy was w Ośrodku Pomocy Społecznej przy ulicy Krakowskiej 3.

Można pomyśleć, że to żadna sztuka wybrać ileś tam wypowiedzi różnych ludzi, z różnych warto społecznych i z robić z tego książkę – reportaż. Ale trzeba wiedzieć jak. I Kuś to wie. Nie ocenia, nie komentuje, tylko publikuje. Zestawia, skłaniając do refleksji. Nad czym? Nad otoczeniem, nad sobą, nad ludzkimi problemami. Ukazuje różnorodność ludzkiego życia. Wszyscy jesteśmy ludźmi, a jak różne jest nasze życie. Jak wiele nas dzieli, choć na pierwszy rzut oka wszystko łączy. Kuś nie stawia sobie hipotezy, którą chce udowodnić. Po prostu pozwala Ludziom mówić.

Owszem, można stwierdzić, że opowieści typu „teraz plus, za chwilę podobnie, ale minus” jest formą manipulowania tekstem w celu stworzenia odpowiedniego wrażenia. Ale tu chodzi o kontrast. Uwypuklenie całości wydarzeń, które przecież wcale nie są nikomu obce na co dzień.

Mam nadzieje, ze te kilkadziesiąt sekwencji z życia innych Ludzi będzie dla Czytelnika obrazem świata i inspiracją do refleksji nad życiem. Czyli to, o czym zapomniała Patrycja Nowak, studentka ze stypendium.

autor: Klaudiusz Kuś
tytuł: Ludzie
rok: 2004
stron: 126
oprawa: twarda
format: 15x21cm
cena: 19,90 zł
wydawnictwo: Zielona Sowa – www.zielonasowa.pl

Fragment książki „Ludzie” – Klaudiusz Kuś

Tomasz Dusza, uczeń
Siedzieliśmy przed telewizorem, oglądaliśmy „Wiadomości” lub „Fakty”, nieważne. Ważne, że na dworze było ciemno, że światło było zgaszone, bo tak lubimy oglądać telewizję. Siedzieliśmy, ja, brat, drugi brat, ojciec i matka. I wtedy on wstał, podniósł poduszkę, przyłożył ją do piersi i wyszedł z pokoju. Potem poszedł do drugiego pokoju, odsunął zasłonę, firankę, otworzył okno i wyrzucił tę poduszkę przez okno, na chodnik, pięć pięter niżej, bo mieszkamy na piątym piętrze.

I kiedy ta poduszka spadała, zaczęła nagle przeraźliwie piszczeć i skowyczeć, bo to nie była poduszka, tylko Sproket, nasz trzymiesięczny szczeniak. Po sekundzie, dwóch przestał piszczeć, bo roztrzaskał się o płyty chodnika, pięć pięter niżej, ale tego nie już nie słyszałem. A on wrócił, bez słowa usiadł w fotelu i znowu zaczął oglądać telewizję, jak gdyby nigdy nic. Jakby nic nie zrobił. Początkowo nie rozumieliśmy, co się stało, wreszcie ojciec zapytał, co ty zrobiłeś, Krzysiek, co ty wyrzuciłeś przez to okno?

A on spojrzał tak jakoś dziwnie i zaśmiał się jak wariat, a nic, poduszkę wyrzuciłem, ale to nie była poduszka, tylko nasz szczeniaczek Sproket, bo on wziął Sproketa, który spał w koszyczku przy fotelu, przyłożył go do piersi, wyszedł z pokoju i wyrzucił go z piątego piętra. I Sproket obudził się w locie i dlatego tak przeraźliwie piszczał. A ojciec wtedy nie uderzył Krzyśka, tylko zadzwonił na policję i po pogotowie, więc przyjechali i zabrali go w kaftanie, potem trzy tygodnie był na obserwacji w szpitalu dla wariatów, ale przedwczoraj wyszedł. Siedzi w fotelu i nic nie mówi. Nie śpimy w nocy, stale ktoś czuwa, bo wprawdzie to nasz brat, a mamy i taty syn, ale niech pan mi powie, jak się go mamy nie bać?

***

Wanda Grochot, księgowa
Nie mogę patrzeć, jak mój mąż je. Robi to jak jakaś małpka. Siedzi przygarbiony na stołku, urywa wielkie kęsy, prawie ich nie gryzie, tylko szybko połyka, dławiąc się i krztusząc, jakby się bał, że za chwilę ktoś mu odbierze jedzenie. Mruży te ślepka i z przerażeniem kręci głową na wszystkie strony. Siorbie, chlipie i mlaska. Bez przerwy mu się odbija. Kiedy zwracam mu na to uwagę, pyta, czy nie mam poważniejszych problemów. Nie mogę tego znieść.

***

Henryk Górecki, policjant
Pod wskazanym adresem, w budynku na ulicy Legionów Polskich 8 ujawniliśmy martwą krowę, dwie kaczki, pięć kur, świnię i dwa indyki. Też martwe. Właściciel posesji, Jan W. oświadczył, że zdechnięty inwentarz należy do jego żony, Elżbiety W. Jest z nią, ale w separacji. Od trzech miesięcy Elżbieta W. przebywa poza domem. Jan W. nie zna miejsca jej obecnego pobytu. Zwierzęta należały do Elżbiety W., więc Jan W. nie poczuwał się do obowiązku karmienia ich. Wszczęliśmy postępowanie sprawdzające w kierunku przestępstwa znęcania się nad zwierzętami. A prywatnie to panu powiem, że wsadziłbym tego skurwysyna do ciemnej celi i przez tydzień nie dawał nic do żarcia.

Żeby poczuł, jak to jest, jak umiera się z głodu. No, jak tak można, z powodu kłótni z kobietą, z którą już się nie jest, zamorzyć na śmierć tyle zwierząt? Co z niego za człowiek. I jeszcze panu powiem, ale to mówię całkowicie prywatnie, że nie zdziwiłbym się, gdyby na końcu wyszło, że ta jego żona wcale nie odeszła, tylko on ją zabił. Jeśli mógł zagłodzić zwierzęta, to mógł i to zrobić. Nie takie rzeczy się zdarzały.

***

Jacek Jurewicz, gimnazjalista
Przyjechała policja dużą suką, ale nic nam normalnie nie mogli zrobić, bo nikt nas nie widział, a sąsiadowi to można wierzyć albo nie. Sam zaczął, nie? Gdyby od początku robił fair i nie grał z nami w chuja, to by teraz nie miał problemów, normalnie, a tak to je ma. W końcu to my mieszkamy w naszym bloku od urodzenia, a on dopiero od roku, może półtorej. Cwaniak na dzień dobry powinien dostać w ryja.

Kiedy się wprowadzał, to przyszedł do nas do piwnicy, gdzie mamy taki klub i tam często siedzimy i powiedział, że jak mu posprzątamy piwnicę, to nam da na pięć browarów. Piwnica totalnie zagracona i zasrana, bo ten wcześniejszy lokator też był jakiś menel i znosił do niej wszystkie graty, a my, jak myśmy siedzieli w tym klubie i nie chciało nam się iść do domu, żeby się wylać, tośmy lali i srali do tej piwnicy. Siedziało nas sześciu w klubie, więc mówię facetowi, że za sześć piw możemy posprzątać.

Facet się zgodził, a myśmy w pół godziny wywalili bety i stare meble na śmietnik, wyjebali cały syf, a na koniec polali podłogę wodą z chlorem, żeby odkazić, normalnie. Potem poszłem do sąsiada po obiecaną kasę na piwo, a on powiedział, że w tej chwili nie ma, ale jutro nam da. Jutro powiedział to samo i nie dał, ale kasę miał, bo pojutrze zrobił parapetówkę dla swojej rodziny i tam ostro pili, więc skąś kasę na te wódę musiał mieć, nie? To znowu poszłem po kasę, otworzył pijany i mnie przy drzwiach wyśmiał.

Powiedział, żebym zapomniał o piwie, bo on nam nic nie obiecywał. Wkurwiłem się, ale nic nie powiedziałem. Pogadałem z chłopakami i żeśmy postanowili nic nie robić przez miesiąc, żeby gość pomyślał, że ma nas z głowy. A po miesiącu zaczęliśmy mu lać do tej piwnicy. Miał tam słoiki z kompotami, fotel i kilka worków ziemniaków. Taką kłódkę to byle dzieciak otwiera w piętnaście sekund, więc żeśmy ją otwierali i lali mu na te ziemniaki.

Albo brali słoiki i w klubie robili se wyżerkę. Albo rozwalali słoiki o ściankę w jego piwnicy. Kilka razy przyszedł na skargę, ale ojciec powiedział mu, żeby nie zawracał dupy.

I wtedy mogłem mu jebnąć za to, że na skargi chodzi, ale jakoś mi się nie chciało. Lali my tak długo, że ziemniaki w workach puściły w końcu korzenie. Zanim zajarzył, że na nie szczamy, jedli je na obiad dobry miesiąc. Potem znowu poszłem, żeby dał tę kasę. Znowu mnie wyśmiał. To złapałem jego kota, przywiązali my do niego petardę i odpalili. Został z niego ogon i głowa. Wtedy po raz pierwszy przyjechały gliny. Spisali nas, pogadali z rodzicami, ale nic nie udowodnili.

Znowu poszłem po nasze pieniądze i znowu mnie wyśmiał. Tym razem chciał mi dać jeszcze w ryja, ale uciekłem, a na schodach nie ma szans, żeby mnie złapać. Nie ma takiej możliwości. ADM położył w piwnicach trutkę na szczury i sporo ich leżało zdechłych po kątach. To wziąłem takiego szczura, bebech miał napuchnięty od trucizny, jak mu flaki wykręcało, i saperką przeciąłem na pół. Potem połówkę z głową wsadziłem do reklamówki, na kartce napisałem „połowa teraz, połowa później”, takimi wyciętymi z gazety literami, żeby było groźniej i z jajem i powiesiłem mu na klamce.

Rano znalazła to jego żona, jak szła do roboty. Jak ona darła ryja ze strachu! To dlatego teraz gliniarze przyjechali tą suką. Mogą nas w trąbę cmoknąć. Nic nam nie zrobią, bo nikt nas nie widział, litery kleiłem w gumowych jednorazówkach, a drugą połowę szczura, resztę gazety i klej wyjebałem do kosza na drugim osiedlu. Będzie lepiej dla tego sąsiada, jeśli nam kupi te sześć piw.

***

Jerzy Kwiecień, student
Zabrzmi to jak zabrzmi, ale ja jestem pod szczęśliwą gwiazdą urodzony. Nie było takiej złej sytuacji, żebym nie doświadczył działania opatrzności. Jacyś bogowie wyjątkowo mnie sobie upodobali. Przykłady? A choćby wczoraj, bez grosza w kieszeni podszedłem do bankomatu, żeby sprawdzić, czy jakimś cudem ktoś nie wpłacił mi pieniędzy.

Podszedłem do bankomatu, wyciągam kartę, chcę ją włożyć i wpisać pin, a tu bankomat zaczyna piszczeć i wyskakuje z niego dwieście złotych. Nawet nie zdążyłem dotknąć klawiatury. Na początku myślałem, że to jakaś ukryta kamera czy coś w tym guście, ale nie, nikt nie podszedł, nikt się o nic głupio nie pytał. Wziąłem te pieniądze i jeszcze sprawdziłem stan konta. Jak podejrzewałem, nie miałem ani złotówki. Nikt mi nic nie wpłacił. A kiedy indziej byłem w sklepie w Londynie i zobaczyłem kapitalne buty.

Kapitalne, ale cholernie drogie. Nie miałem nawet połowy tego, co kosztowały, a nawet gdybym miał, to by mi było szkoda wydać. Obejrzałem je, odłożyłem, patrzę, a pod moimi nogami leży pięćdziesiąt funtów. Podniosłem je i kupiłem te buty. Co, jeszcze jakieś przykłady? A te są za małe?

Zobacz u nas w Mentis – http://skocz.pl/ludzie

Patrycja Kierzkowska

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *