U podstaw racjonalizmu

Nie jestem do końca pewien, czy w czasach nam współczesnych słowo „racjonalność” każdemu kojarzy się jednoznacznie – czyli pozytywnie. Kiedy kilka miesięcy temu czytałem, skądinąd fascynującą, książkę Richarda Dawkinsa „Rozplatanie tęczy”, nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że autor musi być cholernie nieszczęśliwym człowiekiem.

W jego „racjonalnym” sposobie pojmowania świata nie ma miejsca na takie dyrdymały, jak cuda, rzeczy nadprzyrodzone, duchy… Istnieje tylko to, co zostało zbadane, nazwane i wytłumaczone. I chociaż wywody Dawkinsa są raczej przekonujące, to wizja świata, jaką roztacza przed czytelnikiem jest w gruncie rzeczy niezwykle ponura. Ponura, bo racjonalna…

Ojcem racjonalistów jest z pewnością francuski XVII-wieczny filozof Rene Descartes – mówiąc bardziej pieszczotliwie: Kartezjusz. Jego dzieła jednak nie są w żadnym wypadku przesycone wynikami badań empirycznych, jak ma to miejsce u Dawkinsa. To przecież żadna sztuka, kiedy wyciąga się wnioski na podstawie naukowych badań i obserwacji. Sam Kartezjusz w żadnym wypadku nie filozofował racjonalnie. Zresztą – jak mógłby to robić, skoro w czasach jemu współczesnych nawet wielcy naukowcy spierali się o pochodzenie człowieka, o kosmos, a nawet o ludzką duszę… Dlaczego więc na Kartezjusza mówi się per „ojciec racjonalizmu”?

„Nigdy nie przywiązywałem wielkiej wagi do tego, co powstawało w moim umyśle” – pisze Kartezjusz w ostatnim rozdziale swego największego dzieła – „Rozprawie o metodzie”. Był skromny i nie szukał sławy wśród współczesnych sobie uczonych. Posiadał wiele różnorakich talentów – sprawdziłby się pewnie w wielu innych dziedzinach życia, nie tylko w naukach humanistycznych. Filozofia, którą sobie umiłował, nie była dla niego bynajmniej ani jedyną drogą, ani koniecznością. Jako dziecko wykazywał wielkie zdolności matematyczne, ukończył szkołę Jezuitów, był dobrym katolikiem i żołnierzem (tym ostatnim krótko – porzucił karierę wojskową by poświęcić się filozofii), człowiekiem uznanym i powszechnie szanowanym. Często gościł u najwyższych dostojników. Swego żywota dokonał na dworze szwedzkiej królowej Krystyny, która notabene prowadziła dość niecodzienny tryb życia – miała podobno codziennie o piątej rano budzić Kartezjusza, aby dyskutować z nim o filozofii.

„Rozprawa o metodzie”, napisana w 1637r., jest efektem długotrwałych rozmyślań autora prowadzonych przez kilkanaście lat. Bardzo lubił rozważać wszelkie problemy z perspektywy swojego łóżka, miał też niezwykłą lekkość pisania, co sprawia, że jego teksty czyta się jednym tchem. Nie miały one zachwycać innych uczonych, bo zostały napisane dla każdego człowieka, który chce posługiwać się swym rozumem i rozsądkiem. „Rozprawa o metodzie” jest szczerą opowieścią o rozczarowaniu dotychczasowym paradygmatem nauk humanistycznych i o chęci odkrycia własnej drogi – i tej naukowej i tej życiowej…

„Przyszedł Descartes. Jednym uderzeniem pięści zwalił cały ten spróchniały gmach autorytetu i sylogizmów i uczyniwszy tabula rasa, począł budować sam od nowa…”

Przyszło mu tworzyć w czasach, gdy rozwijające się dziedziny nauki były jeszcze bardzo silnie powiązane z filozofią i szukały dopiero swej autonomii. Dzięki tej korespondencji nauk, na łamach „Rozprawy…” możemy zapoznać się nie tylko z ową metodą, ale też i z idącymi za nią zasadami moralnymi, z poglądem autora na ówczesną naukę, na różnice między duszą zwierzęcia i człowieka, a nawet z wyjaśnieniem jak i dlaczego biją nasze serca. Jest to rozprawa o metodzie dobrego kierowania rozumem i poszukiwania prawdy w naukach. Krócej się chyba tego nie da ująć.

Światopogląd Kartezjusza był dość rewolucyjny, jak na ówczesne czasy. Descartes nie ograniczył się do samego tylko rzucenia hasła o nowym kierunku rozwoju filozofii. Podjął wysiłek stworzenia wykończonego systemu wiedzy, opartego o jego nowatorską metodę. Zmienił kierunek dociekań, punktem wyjścia uczynił rozum ludzki, a nie – jak bywało wcześniej – świat obserwowany dookoła.

Zakładał, że każdy człowiek – obojętnie czy to doktor, czy prostak – posiada takie samo narzędzie: rozsądek. Niezależnie od wykształcenia i hierarchii w społeczeństwie, każdy może i powinien starać się rozumieć świat tak, jak uważa. Nie może być bowiem tak, że coś podoba się nam, bo „tak mówią krytycy” albo idziemy tam, gdzie wszyscy. Każdy z nas powinien sam decydować o tym, co jest dla niego dobre i korzystne. W swych rozumowaniach poszedł jednak jeszcze dalej: stwierdził, że droga do prawdy jest krótsza w przypadku prostaka, ponieważ nie ma on, tak jak doktor, umysłu „ubrudzonego wiarą w wielkie autorytety”. Zdolność oddzielania prawdy od fałszu jest bowiem u wszystkich ludzi taka sama. Swoisty aprioryzm moralny, znany głównie z pism Kanta, był bardzo silnym punktem filozofii Kartezjusza.

Intrygował go także problem pewności czegokolwiek. Właściwie można śmiało powiedzieć, że głównym zainteresowaniem Kartezjusza było poszukiwanie takiej myśli, w którą nie można by zwątpić. Skąd wiemy, że w jakimś momencie nie śnimy; że wszystko, co nas otacza, jest realne? Według niego podstawą wiedzy jakiejkolwiek jest pewność swojego myślenia. „Wątpię, więc myślę. Myślę, więc jestem”. Descartes był gotów zwątpić we wszystko, nawet w swe własne fizyczne istnienie. Wszyscy istniejemy dzięki temu, że istnieje nasza dusza. Autor prezentuje szkic „prowizorycznej” moralności, która to ma obowiązywać w życiu, dopóki filozofia nie uczyni oczekiwanego postępu, wzywa do rozwagi i dobrowolnego stoicyzmu.

Kartezjusz często odwoływał się, lub raczej „posługiwał się” Bogiem. Bóg był mu potrzebny do wyjaśniania zjawisk, których w ówczesnych czasach po prostu nie rozumiano. Jest istotą doskonałą, Panem stworzenia, z definicji więc musi istnieć, bo czyż coś nieistniejącego może być doskonałe? Było to zjawisko dość powszechne w ówczesnych czasach. Tego typu odwołania można także spotkać w innych kulturach. Jeżeli czegoś nie rozumiemy, to znaczy, że jest to dzieło samego Boga. Bóg stworzył świat, podporządkowując go prawom fizycznym, które poznajemy rozumem.

Dusza ludzka, czyli „ta część nas samych różna od ciała”, jest tożsama z myśleniem. Co więcej, Kartezjusz uważa, iż może ona istnieć bez swej cielesnej powłoki – jest tworem całkowicie samodzielnym. Zwierzęta nie mają duszy, są więc zwykłymi maszynami. Nauka i jej zdobycze prowadzą do powstania użytecznej techniki, dzięki czemu możemy się uważać za „władców i posiadaczy przyrody”. Jeśli na naszej drodze stoi drzewo, to zawsze możemy je przecież ściąć… Nauczyliśmy się ujarzmiać dzikie, „bezrozumne” zwierzęta, a także wykorzystywać dobra przyrody dla naszych potrzeb. Descartes byłby zapewne zachwycony widząc dzisiejsze elektrownie wiatrowe czy wodne…

Kartezjusz bez wątpienia swym dziełem zainspirował całe pokolenia, stworzył całkiem nową filozofię, pomimo że pisał w czasach dość niesprzyjających dla wolnych umysłów; kilka lat przed napisaniem dzieła potępiony za swoje rewolucyjne odkrycia został Galileusz, a głoszenie heliocentryzmu zostało zakazane nawet w formie hipotezy. Sam filozof także miewał kłopoty z inkwizycją, jego dzieła wielokrotnie znajdowały się na indeksie ksiąg zakazanych. Bardzo podkreślał zdolność do indywidualnego, niezależnego myślenia, co jak na wychowanka jezuickiej szkoły, było zamysłem zgoła rewolucyjnym.

Etykietka „racjonalisty” przyklejona została do Kartezjusza już pod koniec XVII wieku. Pierre Poirtet zarzucał mu, że stara się wszystko oprzeć na rozumie. Ale czy tak naprawdę możemy się opierać na czymkolwiek innym? „Cogito, ergo sum” – te słowa określają nas samych. Bez umysłu nie moglibyśmy istnieć, a bez wątpienia w zastane status quo nie bylibyśmy w stanie dotrzeć do jakiejkolwiek prawdy, wyjść poza przyjęte kanony i szufladki.

„Pora w drogę, moja duszo”.

Descartes wierzył, że kiedyś, kiedy zabraknie jego cielesnej powłoki, nie będzie to koniec jego istnienia. 11 lutego 1650 roku ruszył w dalszą podróż… Jedno jest pewne – nadal jest obecny tutaj, na Ziemi. Czytamy jego dzieła, a jego droga myślowa zaowocowała dalszymi wspaniałymi odkryciami na gruncie filozofii i nauki. Bez Karezjusza nie byłoby przecież Kanta.

Mimo że jego ciało już od dawna leży dwa metry pod ziemią, jego duch wciąż krąży gdzieś pomiędzy ludźmi, daje im nadzieję, uczy ich myśleć i, co może najważniejsze, jest jak ożywczy wdech świeżego powietrza wśród tych wszystkich skostniałych i szablonowych prac filozoficznych XVII stulecia. Nie można zignorować tej chęci podzielenia się własną wiedzą, tak jak nie można było pozostać ślepym na nadzieje, jakie Descartes pokładał w przyszłych pokoleniach jako kontynuatorach jego pracy. Nie można zignorować tej wiedzy, gdyż umacnia nie tylko rozum, ale i ducha.

Racjonalizm opiera się na aksjomatach, czyli, mówiąc bardziej po ludzku, przesłankach, z których drogą dedukcji próbuje się dochodzić do prawdy. Gdybyśmy zdecydowali się jeszcze raz sięgnąć do Dawkinsa, to musielibyśmy stwierdzić, że w rzeczywistości robi on dokładnie to samo, co kilkaset lat temu robił Kartezjusz – dedukuje. Okazuje się więc, że to nie od sposobu myślenia zależy nasz światopogląd, ale od tego, jakie „dane” wprowadzimy do naszego „wewnętrznego komputera” Takie myślenie zdroworozsądkowe nie jest jednak w żadnym wypadku zależne od stanu naszej wiedzy, tylko od samej metody – tak przynajmniej chce Kartezjusz. Mądry, głupi, profesor, sprzątaczka… To nie ma żadnego znaczenia, bo najważniejsze jest przecież samo myślenie. Czy wszyscy jesteśmy w takim razie racjonalistami?

11 września 2005r.

Michał Stankiewicz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *