Krótka opowieść o spokoju studenckiego życia

Mówi się, ze studia to najpiękniejszy okres w życiu. Niby dorośli, choć jeszcze nie do końca, uczymy się oddychać pełnia życia na własny rachunek, swobodą ostatnich lat wolności i pozornej beztroski. Nie zawsze się to jednak udaje, i wszystkie te stwierdzenia wydają się być nieco na wyrost.

Bo niby wolność i samodzielność, załóżmy że dorosłego i w miarę inteligentnego człowieka, a tu nagle okazuje się że nie całkiem. Zdawało się, że kontrola odgórna pozostała gdzieś tam w domu rodzinnym, i że nikt wpływu na życie biednego studenta nie będzie miał większego niż on sam. No właśnie – biednego studenta. Można być przecież gołym i wesołym, jak się mówi. Bo nie chodzi w życiu o kasę, żeby nie było ze to priorytet. Ale, jak się okazało, jest to rzecz bardziej istotna niż sądziłam.

Po kolei. Pewnego dnia po całym dniu zajęć przyszłam w końcu zmęczona do swojego sympatycznego kąta w DeeSie (dygresja: nazywanego przeze mnie moją jedną trzecią czterech ścian), włączam laptopa, a tu internet nie działa. Bywa. Maszyna zawodną jest. Podobnie jak kabel. Dwie hipotetycznie zawodne rzeczy to hipotetyczne nieszczęście do kwadratu. Albo, jak kto woli – nieszczęścia chodzą parami: na monitorze pojawia się komunikat o groźnie brzmiącej treści, że od dziś trzeba się imiennie, a co gorsza po numerze indeksu logować do serwera akademickiego. Program temu służący zajmuje ileś tam na dysku, pal to licho, jak i to zresztą, że mnie będą po indeksie sprawdzać co ja tam w tym internecie robię. Rozszyfrowanie niejasnej instrukcji obsługi oraz problem z połączeniem pochłonęły mi dobrą godzinę.

Ale i tak nie narzekam, bo sąsiadom i z mojego piętra zajmowało to pół dnia. Przecież to nic, że teraz będą nas sprawdzać i ograniczać ( tak mi się to kojarzy z prewencyjną kontrolą połączeń telefonicznych i poczty mailowej w USA po zamachach terrorystycznych ).Ja tam nic do ukrycia nie mam, odwiedzam strony o kulturze, sztuce, poezji, czytam wiadomości i używam maila, no i pisze mnóstwo prac. O sam fakt więc chodzi, po kiego diabła te wszystkie rytuały włącz, odczekaj, zaloguj , rób swoje korzystając z internetu, a tu nagle serwer będzie „overloaded” i już nie ma neta.

Jak już chcieli koniecznie wprowadzić te metodę z logowaniem do serwera, to mogli by chociaż na tyle się postarać, żeby nie wywalało. Ale nie wymagajmy zbyt wiele…i cieszmy się ze w ogóle mamy internet, o którego upowszechnieniu tyle się mówi. A jako że „nieszczęścia” chodzą parami, kilka dni później następna niespodzianka ze strony Uniwersytetu. W końcu długo i na głodzie wyczekiwane wyniki rozdań stypendiów. Biała księga – kilka zbindowanych kartek ksero których treść miała zadecydować o całym roku i tym jak, za ile będziemy studentować.

Podchodzę, patrzę i oczom nie wierzę. Po raz kolejny nie tylko ja. O połowę mniej niż w zeszłym roku, i – co zdziwiło i wkurzyło nie tylko mnie ale i całą resztę ludzi – bez żadnego wyjaśnienia. Cóż, trzeba się będzie nauczyć żyć bezstresowo za 200 zł ( wliczając akademiki czy gdzie tam kto mieszka) Nie w tym też problem. Czy się dostało dopłatę do DSu, nikt nie wie, zależnie od tego gdzie się podejdzie – każdy mówi coś innego. Jedna pani to, druga zaprzecza, i bądź tu mądry. Ale pamiętając o tym, że nie o kasę w życiu chodzi. Tylko jak tu mieć cele wyższe, dajmy na to naukowe, bez kasy. Maslow się kłania. No ale nic, cuda się zdarzają, więc może się uda utrzymać za tę kwotę (niektórym wypadło złotówka dziennie).

Przynajmniej się ascetyzm rozwinie, może i jakaś przemiana duchowa za tym pójdzie, kto wie? Ktoś zarzucił hasło „strajk głodowy”, i jego hasło „na to jeszcze nas stać”. Nie spotkałam jeszcze osoby, która by się cieszyła z tegorocznego stypendium, komisja rozkłada ręce, że niby nic zrobić nie może, a my wkurzeni i rozczarowani mielibyśmy w skupieniu zająć się owocna nauką. I chcij się człowieku uniezależnić odciążyć rodzinę, żyć na własny rachunek a nie na garnuszku u rodziców, tyle, że w innym mieście. Chcesz czy nie chcesz, inna sprawa – czy możesz. Jakoś osobiście nie mogę pogodzić studiowania dwóch kierunków i pracy..

Ostatnio przeczytałam w internecie artykuł „student nie kaktus – pić musi”, i w tym miejscu pozwolę sobie na małą trawestację w kontekście sprawy naszych stypendiów: „student nie pająk-jeść musi”. Odwołując się do podstaw wiedzy przyrodniczo – obserwacyjnej przykład pająka miał służyć zobrazowaniu tego, iż wspomniany pająk może przez pół roku tkwić w bezruchu czekając na zbłąkaną muchę. Można też zapaść w sen zimowy, oby tylko sesji nie przespać.

Ale wracając. Użalać się i narzekać nie lubię, chyba, że mnie ktoś zmusi do tego. Ponarzekajmy, bo to najczęściej można było słyszeć ostatnimi dniami. Narzekający tłum studentów.

No właśnie: tłum. Tłum wyległ na ulice parę dni później, a ja , jak zwykle zakręcona i zabiegana między wydziałem a wydziałem, nie wiedziałam o co chodzi. Kumpela, którą spotkałam w tym tłumie zdążyła mi tylko powiedzieć, że nie ma zajęć. No więc dzień wolny, stwierdzam, że idę do domu. A ona mówi, że do akademika też nie wejdę. Ktoś zadzwonił, ze jest bomba. No to bomba. Idę mimo to pod DS. A tam mnóstwo sąsiadów, w strojach domowych, ręcznikach na głowie, ubrani ledwie co, a na dworze kostnica.

O co chodzi, próbuję się dopytać, ale standardowo nikt nic nie wie. Uprosiłam pozwolenie na wejście na chwilkę do pokoju, celem ubrania się grubiej, i zabrania przy okazji kilku ważniejszych rzeczy. Bo przecież wiadomo, że u nas nie wiadomo, kiedy się to może skończyć. Zresztą, włączając stoicki spokój, co ma być, to będzie, jak ma wybuchnąć to niech przynajmniej zimno nie będzie, a jak się okaże, że bomby żadnej nie ma (co było prawdopodobne bardzo albo i bardziej) to po co mam marznąć. Zabrałam więc zabawki i poszłam do koleżanki, która zgodziła się mnie tymczasowo bezdomną przezimować. A jak ktoś jest zły i skostniały to taka propozycja jest dla niego niemalże zbawienna.

Nie ma co, akcja niezła. Niezły ubaw musiał tez mieć ten, kto zadzwonił. Ja bym go , po złapaniu oczywiście, postawiła przed cała rzeszą zmarzniętych i wkurzonych, wygonionych z łóżka lub spod prysznica na dwór ludzi , którzy stali tam ładnych parę godzin. Albo weźmy na przykład tych, co mieszkają w akademiku rodzinnym – zabieraj dzieci i stój z nimi na dworze, bo się komuś nudziło. Bez przesady, jak ktoś ma problem, jest idiotą, głupkiem itp. Itd., to niech innym życia nie utrudnia, są pewnie jakieś inne sposoby zwrócenia na siebie uwagi ludzi. Ręce opadają na takie przejawy kretynizmu…

Spokojne życie studenckie, rozrywkowe, kolorowe i wybuchowe, beztroskie i radosne, bez dwóch zdań, można się zaszyć w ciszy pokoju i czytać albo co. I to jeszcze koniecznie efektywnie.

Podobno z dystansu wszystko lepiej wygląda, więc kto wie, pewnie się będziemy za parę lat śmiać z tego wszystkiego. Teraz nie ma z czego. Przez widmo sesji i dłuuugiej zimnej zimy.

Toruń, listopad 2005

Marta Brodowska

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *