Nie tacy Straszni

Na ten koncert czekałem rok. Poprzedni występ zespołu „Strachy na Lachy” w toruńskiej Od Nowie był naprawdę świetny. Nie chodzi tu o wyjątkowe efekty ani o jego długość. Zespół potrafił wytworzyć wspaniałą atmosferę, pomimo małej ilości miejsca i niedziałającej klimatyzacji. I właśnie za to kochają ich fani.

Tegoroczna wizyta kapeli w Grodzie Kopernika nie była jednak już tak niezwykła. Już na początku mieliśmy do czynienia ze zgrzytem ze strony organizatorów. Nie trzeba być wielkim znawcą, aby stwierdzić, że otworzyć klub należy nieco wcześniej niż 10 minut przed planowanym rozpoczęciem. W tym momencie osoby odpowiedzialne za organizację wykazały się co najmniej lekceważeniem lub totalnym brakiem wyobraźni. Zresztą i tak żadna z tych rzeczy ich nie usprawiedliwia. Drugim problemem – znanym zresztą bywalcom OdNowy – jest kwestia szatni. Jedno małe okienko nigdy nie spełni swej roli, gdy kilkaset osób próbuje jednocześnie oddać odzież. Widocznie trzech szatniarzy więcej zrujnowałoby klub… Możliwe też, że wspomniani organizatorzy gustują w masochistycznych zabawach i uważają, że ściskanie się przez kilkanaście minut w gorącym pomieszczeniu jest całkiem miłe… Ja tak nie uważam.

Po dotarciu na salę z radością stwierdziłem, że jeszcze koncert się nie zaczął. A była już 19:20. Narzekać nie powinienem, bo takie spóźnienie było mi jeszcze na rękę. Ale godzina czekania na „Strachy…” jawi się już nieco gorzej.

Ciekawostką było umieszczenie imprezy na dużej sali. Nie było takiego ścisku i akustyka była zdecydowanie lepsza. Niestety zespół nie miał już takiego kontaktu z publicznością. Nie ma zresztą się co dziwić – na małej scenie, rok temu, od muzyków dzieliło nas może z pół metra. Tutaj pięć – pod warunkiem, że stało się pod sceną.

Sam koncert można zaliczyć do udanych. Lecz nic ponad to. Zdziwiła nieco fryzura wokalisty Grabaża – w utlenionych włosach nie wyglądał najlepiej. Na szczęście reszta kapeli była ubrana tak, jak przystało na format zespołu – „z jajem”, lecz nie kiczowato. Zabrakło niestety luzu i słynnych już improwizowanych pogawędek pomiędzy członkami zespołu. Takie śmieszne, wymyślane na poczekaniu rozmowy, czy też dialogi z publicznością były ich znakiem rozpoznawczym. Czyżby chłopaki ze „Strachów…” aż tak się zestarzeli?

Grane utwory pochodziły zarówno z pierwszej jak i drugiej, najnowszej płyty. Muzycy raczej nie eksperymentowali i zafundowali nam solidną mieszankę największych hitów. Tak więc mieliśmy m.in. „Raissę”, „Strachy na Lachy”, „BTW”, „Co się stało z Magdą K.?” oraz singiel promujący najnowszy album – „Piła Tango”. Jedynie na koniec nieco się zawiodłem, gdyż jako ostatnią piosenkę na bis usłyszałem, absolutnie według mnie niestrawny, „Powrót Króla”. No ale cóż, są gusta i guściki.

Warty wspomnienia jest jeszcze jeden utwór. Wiele zespołów robi na koncertach niespodzianki w postaci grania ciekawych kompozycji innych autorów. „Strachy na Lachy” pokazały w tym momencie klasę. Piszę to z pełną odpowiedzialnością, ponieważ zagrano „Mury” Jacka Kaczmarskiego. W miłym dla ucha, softrockowym wydaniu. Biję pokłony.

Koncert skończył się około godziny 22. Nie będę już pisał o kolejnych przygodach w szatni, gdyż nie warto. Sam koncert oceniam na cztery z małym plusikiem – dlatego, że wiem na co zespół „Strachy na Lachy” stać. Liczę, że za rok będzie lepiej.

Rafał Natzke-Kruszyński

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *