Bajka o królewnie – inspiracja malarstwem W. Wojtkiewicza

Dochodziła 22. Na dworze było jeszcze całkiem jasno. Niebo gdzieś daleko ponad rzędem rozświetlonych wieżowców było jeszcze ciepło fioletowe, gdzieś dalej, za lasem było zapewne różowo-pomarańczowe.

Tkliwie monotonny dźwięk pozytywki brzmiał razem z głośnym szumem wieczornej ulicy. Nakręcona brzmiała chwile i milkłam czekając na następne nakręcenie. Tak jakoś z wolna mijał czas i zapalało się coraz więcej świateł za oknem… Do the children ever sleep? At last the children cannot sleep, they can only dream… Grzmi. Gdzieś daleko skrzypiąc otwiera się brama… Nie dla mnie?… Cały czas siedzę w tym samym miejscu, czując na twarzy chłód zza niedomkniętego okna. Patrzę jak blask świecy odbija się w szybie…

***

Biała sukienka unosiła i opuszczała swoje falbanki w rytmie wiatru, coraz silniejszego wśród pustej łąki. Kolorowe kwiaty chyląc się posłusznie odsłaniały burą ziemię i najbardziej skrywane, niekształtne i pożółkłe liście. Mała dziewczynka z białą wstążeczką we włosach chowała twarz w falbankach sukni, przytrzymując by nie unosił jej wiatr.
– Podnieś oczy, popatrz… – rycerzyk poganiał swego konika na biegunach – Popatrz! Już jadę, zaraz będę przy Tobie!

Królewna siedziała nieruchomo. Nic ja nie obchodziło, że ktoś do niej biegnie. Skoro przybiegnie, to będzie musiał kiedyś się zatrzymać, a potem pobiec dalej. A to zawsze było najgorsze. Więc nie podnosiła głowy. Wiosenny podmuch wzmagał się na pustej łące, przywiewając odległy zapach skoszonej trawy i śpiew nakręcanego skowronka.

Rycerzyk poganiał swego kucyka o spętanych płozami nogach: szybciej, coraz szybciej!… Słońce grzało coraz mocniej, zapach traw był coraz duszniejszy, a świergot ptaka coraz wolniejszy, wreszcie ustał zupełnie. Kolorowe kwiaty jeszcze bardziej chyliły się do ziemi mimo ze wiatr ustawał
– Spójrz, Królewno, przybyłem – cicho powiedział Książę stojąc przy skulonej dziewczynce. – Przez łąki jechałem, przywiozłem dla Ciebie nawet pawie pióra. Królewna podniosła wzrok. Zamiast pawich piór z kapelusze wystawały mu polne dzwoneczki.
– Przez łąki? Stoisz przecież na łące.
Książę rozejrzał się dokoła. Burzowe chmury coraz czarniej rysowały się na spływającym żarem niebie. Konik próbował wspiąć się na tylne nogi, a oni patrzyli jak niezdarnie próbuje być wolny, kiwa się w przód i w tył, rozwiewając wełnianą grzywę. – On chce iść dalej. Chodź, Królewno!
Ona jednak nie patrzyła. Szła powolutku w przeciwną stronę, potykając się o zbyt długą suknię i nie zwracając uwagi na przybyłych.
– Odejdę sam – zawołał za nią Książę wbijając w rozpaloną ziemie drewniany mieczyk. Królewna szła dalej podciągnąwszy białe falbanki sukni. Odwróciła się by popatrzeć jak książę z dzwoneczkami u kapelusza dosiada swego konika na biegunach.
– Chciałabym żeby przyśniło mi się dziś to, co wczoraj… Wtedy wiedziałabym, co powiedzieć…
– Nie wiesz? Królewny wszystko wiedzą.
– Nic nie wiedzą. Nie męcz konika. Po co przeganiasz go po całym świecie?
– Idę szukać dalej. Konik jest już bardzo stary, sypią się z niego wióry. Wiesz, że on się boi strychów i piwnic? Dlatego wyprowadzam go na spacery po łąkach.
– A gdzie jest Twoje królestwo?
-Moje królestwo? – Książę spytał zdziwiony. – Ono jest… Nigdzie.
– Nigdzie? Z tego królestwa tata król przywoził mi zabawki… Zobacz, ładne, prawda? – pokazała mu lalkę o oczach tak samo szklistych jak oczy konika. Gdzieś w trawie odezwała się cykada.
– Wiec? Będziesz moją Królową?
Królewna popatrzyła na niego ze zrozumieniem.
– Ale ja jestem zbyt mała by być królową.
– Nie szkodzi. Ktoś musi być królową.
– A dorośli?
– Nie ma ich. Zobacz, ja jestem dorosły. Mam miecz z prawdziwego drewna -wskazał palcem na mieczyk wbity w ziemię.
– Położę na nim swój wianek z prawdziwych kwiatków, to będzie pamiątka naszego spotkania.
Konik niespokojnie drgnął. Książę rozejrzał się dookoła.
– Królewno, ta łąka płonie, uciekajmy! To pewni od burzy, od tych chmur na horyzoncie.
– Poczekaj, tylko zostawię wianek. Jeśli ty zostawiasz miecz, to ja zostawię wianek.
Zaczęła wyjmować wianek z włosów związanych białą wstążką.
– Nie! Szkoda kwiatków.
– Ale przecież cała łąka się pali, nie tylko moje kwiatki spłoną. Poczekaj! Jestem królewną i mowie poczekaj!
– Więc to twoje łąki się palą? Nie zostawiaj wianka, zabierz go ze sobą i ucieknijmy. Przecież mówiłaś, że kwiatki są prawdziwe. Szkoda ich. Spalą się, a drugich takich możesz już nie znaleźć.
– W Twoim królestwie nie ma takich?
– Nie ma. Ale jeśli chcesz to cały świat przejadę, a znajdę takie same dla Ciebie.
– Dobrze, pójdę z Tobą. Przyjdź po mnie jutro. Będę czekać w tym samym miejscu.
– A nie boisz się ognia?
– Boje się, ale muszę zostać razem z mieszkańcami mojego Królestwa.
– Ale gdzie oni są?
– Uciekli już dawno, ale ja o nich pamiętam, więc są.
– Konik się boi, muszę uciekać!
Książę pognał przed siebie w stronę burzowych chmur, przeskakując po spękanej ziemi. Bał się, aby konik nie wpadł w żaden dół, bo mógłby tego nie przeżyć. Upadki są ciężkie do przeżycia. Ale biec mógł za to bez ustanku. Pędził więc bez przerwy. W końcu dotarli do wielkiego pola, czarnego pod czarnymi chmurami. Gdzieniegdzie tlił się jeszcze ogień.
– Koniku, chyba dotarliśmy na koniec świata – powiedział wzruszony swym wyczynem Książę, głaszcząc wełnianego przyjaciela. – Królewna będzie ze mnie dumna! Tylko że… nie znaleźliśmy kwiatków.
Smutny dosiadł konika i powędrowali tam, skąd przyszli, ale kwiatków na wianek nigdzie nie było… „Może te kwiatki z jeziorka się nadadzą?” – pomyślał Książę i skierował się w stronę spokojnych wód jeziorka. „Głęboko tu, ale musze je zdobyć dla Królewny”… Jednak im głębiej wchodził w wodę, tym kwiaty stawały się mniejsze i brzydsze… „To nie są prawdziwe kwiaty… Prawdziwe nie mogą być chyba z daleka ładniejsze niż z bliska…”

Usiadł więc na brzegu i smutny patrzył w błękitną toń, która okazał się tak złudna. Konik pluskał się w wodzie. Tam bowiem mógł zapomnieć o swych płozach, mógł poczuć się wolny. Nie zauważył nawet jak zaczął gubić trociny z zaszytej dawno temu rany… Natychmiast zaroiło się dokoła od złotych rybek. Krążyły wokół konika, nadal tak szczęśliwego. I nieostrożnego… Krąg złotych rybek zacieśniał się wokół niego… Nie widział tego Książę zajęty rozmyślaniem: „W wodzie widziałem przed chwilą złotą rybkę. To pewnie ta jedyna. Jak w bajkach. Złapię ją i zawiozę królewnie w kapeluszu. Będzie spełniać jej życzenia. Nie było na całym świecie kwiatów wystarczająco pięknych, wiec może z rybki się ucieszy…? I zostanie moja Królową?”

Wszedł wiec do wody, bez trudu złapał jedną z nich do swego kapelusza i długo się jej przyglądał. Nie mógł nadziwić się jej kolorom, zmiennym, pomarańczowo różowo fioletowym.
– Mam więc prezent dla Królewny. Jedyny na świecie, piękny! – rozejrzał się dokoła by zawołać konika, nigdzie jednak nie mógł go dostrzec – Konikuuu, koniku, już czas wracać!
Konik nie wracał. Smutny i zły na przyjaciela Książę poszedł sam, myśląc, czemu to konik go opuścił. Czyżby był mu złym panem? Nie… Dlaczego więc? Szedł nie patrząc przed siebie, niosąc rybkę. W kapeluszu. I choć nie miał już sił szedł, aby jak najszybciej ujrzeć Królewnę. Nie zauważył nawet jak wszedł z powrotem na wypalone łąki, z których przecież niedawno wychodził… Z daleka ujrzał Królewnę. Siedziała tak jak wtedy, ze spuszczonymi oczami. Podszedł do niej cichutko, stanął tuż obok, lecz ona nadal go nie zauważała. Siedziała i nabijała motyle na kolce kaktusów. Odwróciła się do Księcia z uśmiechem.
– Zobacz, nowe kwiatki wyrosły
– Dlaczego to robisz? Dlaczego nabijasz motyle na kolce kaktusów? Zobacz, kwiatków nie znalazłem, ale za to mam dla Ciebie złotą rybkę! Królewna nawet nie spojrzała na prezent.
– Złote rybki? Szczęście jest bardzo złudne. Nie zauważyłeś? Nie chcę złudzeń. Dlatego dbam o te kwiaty – pokazała mu kaktusy przyozdobione kolorowymi motylimi skrzydłami. – Motyle też są złudne.
Książę przyglądał się jak zwinnie nawlekała motyle na kolce, ona zaś powiedziała:
– Złudzenia to coś innego niż nadzieja… Bez nadziei trudniej żyć, bez złudzeń łatwiej umrzeć. Nadzieja prowadzi, a złudzenia trzymają w miejscu.. Nie wszystko musisz powiedzieć, bym ja wszystko usłyszała. Nie musisz o nic pytać, bym ja wszystko wyjaśniła. Spójrz – kwiatki w Twoim kapeluszu zwiędły, choć były takie ładne. Moje kaktusy nie zwiędną. Twoje uschły mimo, że w kapeluszu jest woda, a w wodzie pływa rybka. Jeszcze. Złote rybki są złudne – z jednej strony dają, by z drugiej zabrać. Zauważyłeś to już, choć nie do końca o tym wiesz. To one zjadły konika, tam, w jeziorku. Czekały jak piranie na tego, kto szczęśliwy i nieostrożny wejdzie do wody, nie czując niebezpieczeństw… Kto będzie myślał, że skoro są takie ładne, to nie zrobią nikomu nic złego. Piękno kryje się głębiej niż tylko w połysku rybek i motylich pyłków.
Wstała, otrzepała sukienkę.
– Piękna nie można chcieć zdobyć na własność, ani dać na własność komuś. Nawet komuś ukochanemu. Piękno musi być wolne. Ono rośnie powoli, trzeba je oglądać i rozumieć razem. Ale nie można chcieć go złapać. Chodź, pokażę Ci coś. Książę poszedł za nią. Uklękła na spalonej ziemi, rączkami rozgrzebała popiół.
– Zobacz.
– Ale tu przecież nic nie ma – Książę powiedział zdziwiony.
– Czekaj… Wyrośnie. Będziemy tu siedzieć i patrzeć jak rośnie. Wiem, że wyrośnie. Musisz zrozumieć, że najpiękniejsze kwiaty wcale nie rosną na końcu świata. Że kogoś kochać to wcale nie znaczy dać mu najpiękniejsze kwiaty, nierealne i nieistniejące. Nie trzeba dawać mu rybek…Wystarczy to, co się ma i choć to wcale nie jest idealne, to jest prawdziwe. To, co nie zwiędnie ani nie okaże się złudzeniem tak jak te motyle.
Królewna delikatnie pogłaskała rosnący obok kaktus ustrojony skrzydłami motyli.
– Widzisz? Mnie te kolce nie kłują. Znam je dobrze i wiem, że nic mi nie zrobią. Jeśli chcesz, też możesz je pogłaskać. Usiądziemy i poczekamy na to, co tutaj wyrośnie… Nie będzie miało ostrych kolców. I będzie prawdziwe.

Usiedli razem na pogorzelisku wiedząc, że pod ziemią pnie się do góry roślinka, która niebawem przebije się przez pylistą ziemię i zacznie zmierzać ku górze, ku słońcu…


literackie darmowe ebookiOpowiadanie jest inspiracją malarstwem Witolda Wojtkiewicza, żyjącego na przełomie XIX i XX wieku. Malarstwo Wojtkiewicza, na poły symboliczne, trochę ekspresjonistyczne mają w sobie coś, co trudno zdefiniować.

Dziwny bajkowy nastrój smutku, przeszyty dekadenckim pesymizmem i wrażliwością malarza wiąże się nie tylko ze swoją epoką. Przez nią podziwiany, potem na długo zapomniany znów zaczyna pojawiać się wśród tych „o których się mówi”. I bardzo dobrze, bo to jeden z moich ulubionych malarzy. O ile nie najbardziej ulubiony 😉 Toteż jak tylko mogę staram się przyczynić do tego, by był on znany na równi z innymi malarzami modernizmu polskiego.

Mały ten mój wkład, jako niepozornej studentki historii sztuki, ale zawsze coś 😉 Od kiedy po raz pierwszy zobaczyłam jego obrazy, a był to bodajże „Cyrk” , za każdym razem czułam coś dziwnego. Melancholię, bajkowość, a zarazem dużo prawdy. Dla mnie te obrazy może i nie są ładne, zresztą nie znam nikogo, kto uznałby je za „lekkie ładne i przyjemne, tzw. Do powieszenia w jadalni”, ale są piękne. A to znaczy dużo więcej…

Marta Brodowska

One thought on “Bajka o królewnie – inspiracja malarstwem W. Wojtkiewicza

  1. Malarstwo Wojtkiewicza jest trudne do interpretacji im głębiej w nim siedzisz , tym otwiera się przed tobą co raz więcej jego znaczeń ,trzeba znać do niego klucz.Warto zauważyć że prawie wszystkie jego dzieła wiąże motyw starości czy też dorosłości i dzieciństwa co jest bardzo ważną i wręcz kluczową wskazówką , pisałem pracę magisterską o grotesce i obrzędach przejścia w jego sztuce , sam jestem artystą malarzem pzdr.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *