Jacek Bryndal (Kobranocka, Atrakcyjny Kazimierz)

Jacek Bryndal urodził się w 1965 roku. Bardziej znany jako Atrakcyjny Kazimierz. Mieszka w Toruniu. Członek Kobranocki oraz lider zespołu Atrakcyjny Kazimierz. Prowadzi znany toruński lokal „U Atrakcyjnego Kazimierza”. Ma również dwóch znanym braci: Rafała i Michała.

literackie darmowe ebookiJuż jakiś czas prowadzisz swój lokal U Atrakcyjnego Kazimierza. Jak się czujesz poza sferą muzyczną?

Już się do tego przyzwyczaiłem. Wspólnie z moim przyjacielem Piotrem Wysockim, który jest również perkusistą zespołu Kobranocka i Atrakcyjnego Kazimierza, już sześć lat prowadzimy ten lokal – a znamy się od wielu lat. Początki były bardzo trudne. W moim życiu było to coś zupełnie nowego, ale już po kilku miesiącach człowiek się nauczył o co chodzi w tym biznesie. Teraz jest to dla mnie coś zupełnie normalnego i nie wyobrażam sobie bez tego życia. Nie jest łatwo, ale jest to w dużym stopniu sposób na życie – zwłaszcza kiedy jest mniej koncertów i mniej się dzieje w naszych zespołach.

Twój lokal znajduje się na ulicy Świętego Ducha – miejscu, gdzie powstał zespół Czaqu, obok Wozowni, niedaleko upodobanego sobie przez aktorów Zezowatego szczęścia. Czy jest to lokalizacja przypadkowa, czy też miejsce to jest w pewien sposób naznaczone?

Być może. Wiem, że właścicielka Zezowatego szczęścia już od wielu lat przyjaźni się z aktorami teatru im. Wilama Horzycy i Baja Pomorskiego. My na ten lokal wpadliśmy zupełnie przypadkowo. Przeczytaliśmy w gazecie, że jest przetarg, stanęliśmy do tego przetargu i wygraliśmy. A ponieważ jesteśmy muzykami, to wielu muzyków odwiedza nasz lokal. Utarł się już taki zwyczaj, że w momencie, kiedy w Toruniu jest koncert jakiejś kapeli, czy to Hey, czy Kult, czy T.Love, czy Lady Pank, to po koncercie zapraszamy tutaj muzyków i najczęściej jest tak, że koncert na przykład w Od Nowie, a impreza jest tutaj, u nas. Już 20 lat jesteśmy na rynku muzycznym i trochę tych zespołów znamy, z racji tego, że graliśmy na wielu scenach i zespoły bardzo chętnie przyjmują od nas zaproszenie. Jak tylko jest taka możliwość, to nas odwiedzają. Ponadto obok jest jeszcze Jazz Got, który promuje muzykę jazzową. Niektórzy mówią, że jak jest dużo pubów w jednym miejscu to jest niedobrze, bo duża konkurencja i tak dalej. Ja uważam, że tak nie jest. Jak na jednej ulicy jest dużo klubów, to tutaj zawsze jest ruch – i to jest dużo lepsza sytuacja niż jeśli mielibyśmy być tylko my. Wtedy ta ulica mogłaby być trochę zapomniana, a tak zawsze coś się dzieje.

Twój brat i autor wielu tekstów, Rafał, zdobył wielką popularność prowadząc wraz z Edytą Jungowską „Rozmowy rolowane” w Radiu Zet oraz program „Załóż się” w TVP2. Jak odbiło się to na Waszej współpracy, życiu?

Popularność nie ma większego znaczenia w naszych relacjach braterskich. Natomiast teraz Rafał jest człowiekiem dużo bardziej zapracowanym niż kiedyś i to niestety się odbiło trochę negatywnie, bo po prostu mniej tekstów mi dostarcza – w końcu zespół Atrakcyjny Kazimierz to są teksty Rafała. Nie widzę możliwości, żebyśmy mogli istnieć bez jego tekstów, więc jestem uzależniony trochę od Rafała. Z powodu, że jest teraz strasznie zagoniony, to teraz przysyła mi tych tekstów coraz mniej. Są miesiące, że w ogóle nic nie jest w stanie dla mnie zrobić i nad tym rzeczywiście ubolewam. Nie wiem, czy to się zmieni w najbliższym czasie, zważywszy na to, że Rafał pracy i różnych zajęć w Warszawie ma coraz więcej. To, że się pokazuje w mediach to jest jedna sprawa – on ma też dużo zajęć typu tworzenie scenariusza do sitcomów czy imprez na żywo. Często osoby prowadzące audycje w radiu czy takie imprezy proszą Rafała o napisanie scenariusza czy też jakiś gagów. Tak więc media to jedno, a pisanie to drugie. Dlatego też ostatnio bardzo trudno mi zmusić Rafała, żeby pomyślał też o mnie. A nawet jak coś już napisze, to czasami brak w tym świeżości.

Nie jesteś trochę zazdrosny o karierę brata?

Nie. Ja jestem bardziej zazdrosny – chociaż z tym już się pogodziłem – o to, że ktoś zabiera Rafałowi ten czas, który zawsze miał poświęcony tylko i wyłącznie dla mnie. No ale takie jest życie i mówi się trudno. Będę cierpliwie czekał. Na razie jesteśmy na etapie takim, że w zeszłym roku wyszła płyta Atrakcyjnego Kazimierza, teraz jest główny nacisk na nową płytę Kobranocki. Także Atrakcyjny Kazimierz ma te kilka miesięcy, żeby zacząć robić nowy materiał i czekam cierpliwie na teksty.

literackie darmowe ebookiZa to Twój młodszy brat Michał gra w zespole Sofa i Stuff. Jest to początkujący zespół – wróżysz im karierę?

W Sofie Michał już nie gra. Aktualnie gra w jazzowym zespole Stuff. Panowie radzą sobie bardzo fajnie. Mają już na swoim koncie pierwsze sukcesy na festiwalach. Zdobyli I miejsce na Festiwalu Młodych Zespołów Jazzowych w Gdyni, Michał dostał też dodatkowo wyróżnienie dla najlepszego instrumentalisty. Teraz grają w wielu fajnych klubach, mieli Jam Session z Januszem Muniakiem. Oprócz tego Michał gra również w zespole Gribojedow, który jest mieszanką jazzu, folku i kilku innych, bardzo specyficznych rzeczy. Natomiast z Sofy Michał się wycofał, ponieważ latem Sofa podpisywała umowę i kontrakt na płytę z firmą Kayax, no a Michał akurat w tym roku zaczął studiować drugi fakultet – perkusję w Katowicach, w Wyższej Szkole Jazzowej. Bał się, że nie będzie mógł pogodzić studiów w Toruniu na ASP, w Katowicach i grania z Sofą. A wiadomo, że jak już jest umowa, to są stawiane pewne wymagania. Po drugie Michał jest totalnym jazz fanem i muzyka, którą uprawia Sofa nie do końca jest jego. Natomiast sam zespół jest u progu, może nie wielkiej kariery, ale kariery konkretnej. Mają bardzo świeże spojrzenie. Dla mnie jest to trochę inna wersja zespołu Sistars, a taka muzyka ma aktualnie duże wzięcie w Polsce. Myślę, że w związku z tym, iż podpisali umowę z firmą Kayax, Sofa jeszcze namiesza na naszym rynku. Oczywiście mój brat udziela się też w niezliczonej ilości zespołów w Katowicach na studiach jazzowych.

Czy cała Wasza rodzina jest muzykalna?

literackie darmowe ebookiMyślę, że tak. Moja mama grała na fortepianie – pamiętam z dzieciństwa jak w domu stało pianino i bardzo często rozbrzmiewała muzyka, jakieś tanga czy walce. Mój ojciec również ma zdolności muzyczne, chociaż jest lekarzem. Wszystkie imprezy typu Wigilia czy urodziny to jest muzykowanie. Ktoś bierze gitarę, ktoś siada przy pianinie, ktoś bierze tamburyn, ktoś harmonijkę i jest zawsze rodzinny śpiew. Mój dziadek był kapelmistrzem w Tarnowie, jeszcze ktoś tam z rodziny też był muzykiem – gdzieś w genach chyba jest to zapisane.

Jesteś rozpoznawalny między innymi dzięki piosence „Jako mąż i nie mąż”. Czy czujesz się jako „artysta jednego hitu”?

Wiesz, jeżeli gramy koncert, który jest tylko nasz to sytuacja jest inna niż na imprezach plenerowych, gdzie gra kilka zespołów i w większości publiczność jest przypadkowa. Wtedy rzeczywiście bywa tak, że z mojego repertuaru znana jest tylko piosenka „Jako mąż i nie mąż”. Za to, kiedy gramy swój autorski program – tak jak na przykład teraz jesienią w sopockim SPATiFie – to przychodzą ludzie, którzy chcą słuchać właśnie nas, a nie żaden inny zespół. literackie darmowe ebookiTa publiczność zna zdecydowanie więcej utworów niż tylko ten jeden. Także nigdy nie pomyślałem o tym tak, że jesteśmy kapelą jednego hitu. Po drugie, czy to na próbach, czy to przy pisaniu tekstów, nigdy nie myślimy „no to teraz robimy hita, a teraz hita numer dwa, trzy” i tak dalej. Po prostu mamy cholerną potrzebę zrobienia jakiejś piosenki. A czy to później będzie hit to życie pokazuje. Kiedyś było tak, że wystarczyło coś fajnego nagrać, dać do Programu Trzeciego [Polskiego Radia – przyp. red.] i jak Markowi Niedźwiedzkiemu się spodobało to wrzucał to na playlistę i potem robił się z tego przebój. Teraz właściwie 90% zależy od dobrej promocji. 10% to rzeczywiście musi być dobra piosenka. No a wiadomo, żeby była dobra formacja muszą być pieniądze – a to właśnie z tym jest najczęściej problem. Jeżeli wydaje cię firma, która dysponuje budżetem na to żeby zapłacić szefowi muzycznemu z jakiejś dużej rozgłośni radiowej pieniądze, to wtedy ta piosenka jest puszczana. A każda piosenka, która jest puszczana z czasem wpada w ucho i staje się hitem.

Znałeś Grzegorza Ciechowskiego – m.in. promował Twoją pierwszą płytę. Jak go wspominasz z perspektywy czasu? Czy widzisz cząstkę Grzegorza w swoim sukcesie?

literackie darmowe ebookiTo było tak, że ja nagrałem piosenki z mojej pierwszej płyty „Prawdziwa miłość” w Warszawie. Z własnych pieniędzy wynająłem studio i był taki pomysł, żeby to zrobić akustycznie – kontrabas, akustyczne gitary itd. Grzegorza zupełnie przypadkowo zaprosiłem kiedyś do współpracy – poprosiłem, żeby zagrał jakąś partie na flecie, a Małgosię Potocką, z którą wtedy był, żeby w jednej piosence trochę aktorsko refren zaśpiewała. Oni się zgodzili, a po nagraniu partii była balanga i Grzegorz powiedział „Wiesz co, może Małgosi uda się znaleźć jakiegoś sponsora i zrobimy to jeszcze raz, elektrycznie”. Przekonał mnie do tego i chwała mu za to. Siedzieliśmy u niego w domu z saksofonistą Jackiem Rodziewiczem przez trzy miesiące i aranżowaliśmy te piosenki przy komputerze – dało mi to takiego kopa, że uwierzyłem, że z tych piosenek można zrobić coś takiego, żeby to poszło w Polskę. Mnie na początku granie i śpiewanie tych piosenek sprawiało cholerną przyjemność i myślałem sobie, że jak nagram to akustycznie to będzie ok. Tak więc Grzegorzowi bardzo dużo zawdzięczam i wspominam tą współpracę przeważnie dobrze.

Dużo koncertowałeś zagranicą (USA, Wielka Brytania, Niemcy). Czym zasadniczym różnią się te koncerty od tych w kraju?

literackie darmowe ebookiWiadomo, koncerty zagranicą są to przeważnie występy dla polonii. Lecz oprócz polonii przychodzą również Niemcy, Anglicy czy Amerykanie, którzy nie mają pojęcia o języku polskim, a jeżeli już to tak mgliste, że nie wyczuwają tych gierek słownych, które są w moich tekstach. Różni się to więc tym, że nie można ani na moment odpuszczać tej materii muzycznej – część z tych ludzi ma z takiego koncertu tylko muzykę, więc trzeba ich jakoś tam zadowolić. Występy te są fajne dlatego, że dostawali od rodziny z Polski płyty i nagle mają tego artystę u siebie. Przychodzą się bawić i atmosfera jest z reguły znakomita. Miejsca są czasami dziwne. W Anglii graliśmy jeden z koncertów w kościele – nomen omen pod wezwaniem Świętego Kazimierza. Granie w kościele piosenek, które nie są pastorałkami jest bardzo dziwne. Tak więc na pewno jest ciekawie. Oprócz tego zespół się zżywa, bo jesteśmy zdani tylko na siebie, na własną przyjaźń. Trochę to jest tak, że ludzie się poznają na morzu, a muzycy na wyjazdach zagranicznych.

Dlaczego Atrakcyjny Kazimierz wybrał drogę humoru i pastiszu? Przystoi tak muzykowi rockowemu?

Taki nurt wymuszają głównie teksty Rafała, które są takim pastiszowym spojrzeniem na relacje damsko-męskie. Po drugie, po to obok Kobranocki zrobiłem drugi zespół, gdyż ja jestem bardzo otwarty muzycznie. Jednocześnie wiem, że w Kobranocce te teksty nie miałyby szans, bo to inny klimat, inny charakter. Marzyło mi się, żeby zrobić coś jeszcze innego i stąd to całe przedsięwzięcie Atrakcyjny Kazimierz – daje mi ono bardzo duże pole do manewru. Głównie chciałem pójść w stronę takiego kabaretu, kiczu estradowego – może coś z Jamesem Brownem związanego. Żeby dotknąć takich gatunków, które nie miałyby racji bytu w Kobranocce. Taka chęć zaeksperymentowania, sprawdzenia się.

Reprezentujesz dwie toruńskie kapele, które osiągnęły ogólnokrajową popularność. Jak myślisz od czego zależy sukces? Dlaczego jedni mogą być popularni działając w dwustutysięcznym mieście, a inni bezskuteczne pukają do drzwi sławy?

Tu trzeba mieć łut szczęścia i konsekwencję. Przez to, że Kobranocka istnieje już dość długo, to mieliśmy okazję poznać wielu ludzi w Warszawie – np. aktywnych redaktorów muzycznych albo ludzi z firm wydawniczych. I właśnie ta duża grupa ludzi pomogła nam zaistnieć. Mnie się wydaje, że jednak przede wszystkim trzeba mieć trochę szczęścia i takiego „ciągu na bramkę” – lecz nie za wszelką cenę. Zasada, że jak cię wywalą drzwiami to wejdź oknem, według mnie wcale nie działa w tym biznesie. Trzeba mieć trochę pokory i wyczucia. Splot wielu wydarzeń decyduje o tym, że cię grają i rozpoznają.

Jak wspominasz produkcję filmu zrealizowanego w 1993 roku przez Małgorzatę Potocką pt „Wesele Atrakcyjnego Kazimierza”?

To była bardzo śmieszna rzecz. Większość scen tego filmu było kręconych w miasteczku Nowe, 30 km od Warszawy. Ekipa filmowa była nieduża – dwie kamery, czterech oświetleniowców, dwie osoby odpowiedzialne za dźwięk, trochę statystów, ponadto ja, Kayah, jakiś chórek. Co ważne, nie mieliśmy absolutnie żadnej ochrony. Na całe miasteczko było chyba tylko dwóch policjantów. Pamiętam ostatni dzień zdjęciowy, kiedy kręciliśmy zdjęcia w centralnym punkcie tego miasteczka, na takim małym ryneczku. Ja byłem przebrany w strój policjanta i tańczyłem jakiś śmieszny taniec do piosenki „Coś się dzieje. Gwałcą w naszym mieście” [tytuł oryginalny „Gwałcą” – przyp. red.]. To się bardzo nie spodobało facetom, którzy siedzieli w knajpie, która była przy tym rynku. Pod koniec dnia zdjęciowego panowie nie wytrzymali i wyszli, już nieźle napici, do nas i zaczęli nam dosyć poważnie grozić. My zaczęliśmy stamtąd uciekać – i to dosłownie z piskiem opon. Baliśmy się o sprzęt, o kamery – nie mieliśmy przecież w ogóle żadnej ochrony. Przy tym filmie bardzo wesoło się współpracowało też z Cyganami, którzy byli ścągnięci z Tarnowa – bardzo barwne postacie. Sami o sobie mówili, że nie są Cyganami, tylko Romami. Ich akordeonista był prezesem Polskiego Towarzystwa Romskiego i dbał o to, żeby traktować ich z odpowiednim szacunkiem. Były to bardzo wesołe osoby, natomiast jednocześnie bardzo nierzetelne. Umawialiśmy się na dłuższą współpracę, ale Romowie jak to Romowie, w którymś momencie po prostu poszli i ślad za nimi zaginął.
literackie darmowe ebooki

rozmawiał Rafał Natzke-Kruszyński

fot. Krzysztof Izdebski

okładki CD ze strony www.atrakcyjnykazimierz.pl

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *