Przełamać obiektywność

… czyli o tych, którzy odważyli się wystąpić przeciw rzeczywistości.

Wyjaśnianie niektórych kategorii naszego świata przychodzi nam niezwykle ciężko. Istnieją bowiem takie pojęcia, których sens przyjmujemy po prostu na wiarę, bezrefleksyjnie, bowiem nie jesteśmy w stanie sami powiedzieć o nich czegokolwiek interesującego.

Jedną z takich kategorii jest „rzeczywistość” – coś, czego wszyscy doświadczamy codziennie, ale nie potrafimy powiedzieć dokładnie, czym ona jest. Być może jest to charakterystyczne dla czasów późnonowoczesnych – niemożność klasyfikowania pewnych pojęć lub, co bardziej prawdopodobne, sam fakt zadawania tego typu pytań. W niniejszym tekście zamierzam bowiem otwarcie zapytać: czym jest rzeczywistość i jak się do niej ma nasza tożsamość?

O „rynku tożsamości”, z którym mamy do czynienia obecnie, pisano już naprawdę wiele razy. Podobno mamy współcześnie przeogromne możliwości wyboru własnego „ja” i możemy być tym, kim sobie w danej chwili zapragniemy być. Oczywiście wszystko w granicach społecznych norm, wszelakich ograniczeń, zastrzeżeń i jeden Bóg wie, czego jeszcze.

A gdyby pojawił się współcześnie biedny kaznodzieja znikąd, który wyglądałby jak ostatni obszarpaniec i mówiłby, że jest synem bożym, naszym zbawicielem i odkupicielem? Nie musi się nawet nazywać Jezusem, żebyśmy wsadzili go do placówki odosobnienia w celu poddania psychoterapii. Jezus jest niemożliwy w dzisiejszych czasach, bo nie spełnia podstawowego kryterium wyboru tożsamości – kryterium adekwatności.


Plakaty z filmu Don Juan de Marco. W zależności od kraju dystrybucji, przygotowano jego różne wersje (podobno było ich aż 14!)

Z tą zasadą polemizuje jednak Jeremy Leven – autor głośnego filmu „Don Juan de Marco” z Johnnym Deppem w roli tytułowej i Marlonem Brando jako psychoterapeutą. Pewnego dnia policja dostaje rutynowe wezwanie – jakiś szaleniec zamierza skoczyć z dachu. Nikt się tym specjalnie nie przejmuje, bo przecież to dość normalny obrazek wielkiego miasta. Zdziwienie policji wywołuje jednak nietypowy ubiór niedoszłego samobójcy – ma na sobie pelerynę, na twarzy maskę, a na głowie ogromny czarny kapelusz. Delikwent twierdzi, że musi się zabić, ponieważ zdradził swoją ukochaną. Na ziemię sprowadza go jednak ceniony policyjny psycholog. „Don Juan” zostaje osadzony w ośrodku zdrowia psychicznego i jest poddawany psychoterapii (czy raczej freudowskiej psychoanalizie). Podczas leczenia dochodzi do sytuacji niezwykłej – okazuje się, że to nie don Juan przejmuje zdrowy sposób patrzenia na świat, a właśnie psycholog przechodzi na „nienormalne” postrzeganie rzeczywistości…

I w tym miejscu pojawia się kłopot: czy rzeczywiste jest to, co widzi większość ludzi? Powiedzcie to świadkom cudu w Fatimie, który niezwykle barwnie opisuje Richard Dawkins w swoim „Rozplataniu tęczy”: „Z jednej strony mielibyśmy uwierzyć w masową halucynację, jakąś sztuczkę świetlną lub zbiorowe kłamstwo 70 tysięcy ludzi. Trzeba przyznać, że brzmi to nieprawdopodobnie. Jest jednak mniej nieprawdopodobne niż wytłumaczenie alternatywne, że Słońce rzeczywiście zmieniło tor swej wędrówki. Słońce nad Fatimą nie było wszak niczyim prywatnym słońcem; ta sama gwiazda ogrzewała wówczas pozostałą wielomilionową rzeszę ludzi po oświetlonej stronie Ziemi. Jeżeli zatem założymy, że rzeczywiście zmieniła ona na moment swą trasę, ale było to widoczne wyłącznie na Cova da Iria, musielibyśmy uznać zaistnienie jeszcze większego cudu: złudzenia niewystąpienia zmiany toru naszej gwiazdy, którego doświadczyły miliony osób nieobecnych w Fatimie. Nie wspominając już nawet o tym, że gdyby Słońce naprawdę ruszyło z tak wielką prędkością, Układ Słoneczny po prostu by się rozpadł. Cóż, nie mamy wyjścia. Musimy zgodzić się z Hume’em i wybrać z dwóch możliwości mniej cudowną – uznać, że wbrew oficjalnej nauce Watykanu żadnego cudu w Fatimie nie było. Co więcej, wcale nie jest oczywiste, iż to na nas spoczywa ciężar wyjaśnienia, co sprawiło, że 70 tysięcy osób zostało wprowadzonych w błąd”.

W związku z tym w przypadku don Juana powinniśmy zgodzić się za Davidem Humem, że człowiek, który został przyłapany na próbie samobójczej nie jest tym, za kogo się podaje, bo nikt nie jest w stanie obiektywnie uprawomocnić jego opowieści. Wprawdzie pojawia się w filmie jedna z wielu jego kochanek, don Juan obiecuje nawet psychologowi podróż do Meksyku, ale nie zmienia to faktu, że w świadomości społecznej jego opowieści są kompletną bzdurą, a on sam – wariatem. Jakże smutny i racjonalny jest ten nasz żywot…

Analogiczne problemy z uprawomocnianiem swojej tożsamości w świecie ma prot (co pisze się podobno małymi literami) z planety K-PAX (film o tym samym tytule w reżyserii Iana Softleya). Fabuła jest niemalże analogiczna do „Don Juana de Marco”: obiekt zainteresowania psychologów zostaje znaleziony na dworcu kolejowym i osadzony w szpitalu psychiatrycznym. Prot utrzymuje, że jest kosmitą i przybył na naszą planetę jako obserwator, łamiąc tym samym wszelkie prawa dynamiki – przemieszcza się bowiem o wiele szybciej niż światło. Kłopot jednak w tym, że to, co mówi prot jest najzwyczajniej w świecie prawdopodobne – posiada niezwykłą wiedzę na tematy astrofizyczne, potrafi dokładnie wskazać na mapie nieba swoją rodzinną planetę, układ słoneczny, nazwać największą z gwiazd. Zastanawiające jest także zniknięcie prota na samym końcu filmu i tajemnicza nieobecność jednego z mieszkańców ośrodka psychiatrycznego (prot wcześniej obiecywał, że może zabrać na swoją planetę tylko jedną osobę).

Krótko mówiąc – gdybyśmy nie mieli przed oczami stereotypowego obrazu ufoludka (takiego zielonego z dużymi oczami), to prot z miejsca zostałby uznany właśnie jako taki okaz z innego świata. Myślenie stereotypowe to jednak coś, czego wciąż nie potrafimy się za nic w świecie pozbyć – z jednej strony ułatwia nam to przyjmowanie rzeczywistości tak, jak ją widzi ogół społeczeństwa, ale z drugiej – czy przez to samoograniczanie nie pomijamy w naszej egzystencji czegoś istotnego? Jakże mało ekscytujące wydaje się życie człowieka w całkowicie zracjonalizowanym świecie, w którym nie istnieje Jezus, don Juan, prot…

Miguel de Cervantes stworzył kiedyś postać Don Kichota, który miał dokładnie te same problemy, co wyżej opisani bohaterowie. Literackie dziecko Cervantesa żyło projekcjami własnej wyobraźni stymulowanej rozmaitymi książkami o średniowiecznych rycerzach. I mimo, że don Kichot był już człowiekiem raczej dojrzałym – miał około 40 lat – jakaś wewnętrzna siła kazała mu zostać rycerzem, walczącym o dobre imię swej ukochanej i swojego miasta. I nie ma tu znaczenia, że don Kichot walczył z wiatrakami, bo myślał, że to niebezpieczne olbrzymy. Jak pisała prof. Maria Szyszkowska: „Warto iść śladem Don Kichota, to jest nie schodzić z obranej drogi dlatego tylko, że wokół pełno Sancho Pansów. Trzeba mieć odwagę urzeczywistniania słusznej sprawy, choćby się o nią walczyło w osamotnieniu.”

Czy nie jest współcześnie tak, że coraz częściej wyzbywamy się własnych pragnień, zapominamy o dziecięcych marzeniach tylko dlatego, że żaden z naszych najbliższych nie uprawomocnia naszych dążeń? Coraz trudniej jest iść pod prąd, bo coraz więcej ludzi wybiera łatwą drogę z nurtem. Przesłanie zarówno „Don Juana de Marco”, „K-PAXA” i „Don Kichota” jest jedno: idź swoją drogą, nie zważając na tłumy bezmyślnych giermków, którzy wolą pozostać anonimowymi i przyklasnąć tym silniejszym, niż żyć w zgodzie z własnym sumieniem.

I dlatego właśnie Sancho Pansa był tylko giermkiem, a Don Kichot aż rycerzem. Dlatego Dun Juan de Marco powrócił do swojej ukochanej w Meksyku, a prot na K-PAXA. Oni wszyscy pokazali nam, że wierzyć w coś, to znaczy być w stanie to wykonać.

Jakże niezwykłą lekcję życia można odbyć przed kinowym ekranem…

Michał Stankiewicz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *