Jutro będzie znacznie gorszy dzień

Z reguły nie zawracamy sobie uwagi naszą przyszłością. Żyjemy przecież tu i teraz, a to, co będzie potem nie jest przecież do końca naszym udziałem – bo wszystko to, co się wydarzy jest przecież albo dziełem przypadku albo przeznaczenia.

Jesteśmy więc skazani na bezwolne dryfowanie naprzód, posiadając zaledwie bardzo mizerne i niewyraźne drogowskazy – na przykład twórcze wizje przyszłości artystów różnej maści, którzy na przestrzeni historii szykowali nam już rozmaite, z reguły całkiem przerażające wizje. Były już Gwiezdne Wojny, była nawet totalna Wojna Światów, był potop i susza, w Ziemię kilkakrotnie już miał uderzyć meteoryt. Miały lądować ufoludki, były kapsuły czasu, gremliny wraz z innymi zielonymi ludzikami, hibernacja, teleportacja, świetlne miecze i latające psy.

Wciąż natomiast pozostaje nieodparte wrażenie, że twórców czasami troszeczkę ponosi wyobraźnia…

Kilka lat temu ogromną furorę robił „Matrix” braci Wachowskich. Film, który widział już chyba każdy i o którym każdy ma z pewnością swoje własne zdanie jest jednak niczym innym, jak absolutnym zerwaniem z realnością. Okazuje się bowiem, że oto „rzeczywistość to Matrix” i tak naprawdę to wcale nie istnieje: to tylko złudzenie, byt mentalny, konstruowany w świadomości każdego z nas. To by znaczyło, że nie ma dwóch takich samych wizji świata i wszyscy widzimy tak naprawdę co innego – wiwat relatywizm! To tylko woda na młyn dla wszelkiej maści postmodernistów, którzy wszędzie doszukują się wieloznaczności i niesprawdzalności. Rzeczywistość staje się więc nie do odróżnienia od snu i nikt już nie wie o co tutaj naprawdę chodzi…

Dzieło braci Wachowskich było bardzo szeroko komentowane na łamach mediów, dorobiło się nawet statusu filmu kultowego. Ja jednak ciągle twierdzę, że tezy w nim zawarte po pierwsze wcale nie są nowe, a po drugie są one zbyt śmiałe, jak na nasze czasy. Może za 50 lat… Póki co nie grozi nam hodowanie ludzi dla uzyskania większego potencjału energetycznego, ani wojna z robotami o panowanie nad światem.

Prawdziwie futurystycznym, i prawdziwie kultowym, jest z pewnością „Łowca androidów” Ridleya Scotta z 1982r. na podstawie powieści Phillipa K. Dicka. Tam pośród ludzi żyją replikanci maszyny do złudzenia przypominające człowieka, wyko-rzystywane do ciężkich prac i kolonizowania innych planet.

Film dotyka tak istotnej w dzisiejszym świecie kwestii granic człowieczeństwa i możliwości mechanicznej „repro-dukcji” człowieka dla celów wybitnie utylitarnych. Co więcej, tytułowe androidy są obdarzone przez twórców inteligencją tak ogromną, że dzięki przebywaniu pośród ludzi uczą się od nich odczuwania: miłości, cierpienia, bólu czy radości. literackie ebooki

Replikanci jednak walczą o swoje istnienie – pragną dotrzeć do swych konstruktorów, bo tylko oni potrafią przedłużyć ich życie choćby o kilka lat… „Smutny los istot stworzonych na podobieństwo człowieka, które skazane zostały na przedwczesną śmierć, zagubione w świecie, czekające na nieuchronny koniec ich istnienia. Krzątające się po omacku w poszukiwaniu sensu istnienia, zupełnie jak ludzie…” – czytamy na stronach Klubu Miłośników Filmu.

Po cóż więc nam bezmyślna mechanizacja świata, skoro może doprowadzić do tak przerażających skutków? Jakie jest uzasadnienie naszego dalszego istnienia, skoro jest duża szansa, że za kilka lat sami sobie stworzymy „lepsze modele” nas samych – dzięki klonowaniu, cybernetyce, mutacjom genetycznym, hybrydyzacji, sztucznej inteligencji. Dążymy do totalnej destrukcji. Autodestrukcji.

Już teraz możemy zresztą zaobserwować ujemne aspekty techno-świata i to nie tylko w warstwie naukowej, ale w tej najbardziej codziennej: telewizja, nasze ukochane okno na świat, niebezpiecznie skraca dystans pomiędzy nami, a rzeczywistością. Oczywiście tylko pozornie. Wrażenie jednak jest piorunujące: nic nam przecież nie umknie, bo śledzimy TVN 24, poznamy wszystkie wyniki sportowe dzięki stacji Eurosport, muzykę posłuchamy na Vivie… Cały świat został zredukowany do tej małej czarnej skrzynki, którą każdy z nas stawia sobie w domu na honorowym miejscu.

A jaki byłby świat bez telewizora? Nie wiedzielibyśmy o kolejnym huraganie w USA, nie obejrzelibyśmy Ligi Mistrzów, nawet wyniki wyborów podaje się najpierw w telewizji! A co z Rysiem z „Klanu”? Czy on także zniknąłby wraz ze swoją nieistniejącą taksówką?

Prawda jest taka, że bez mediów nic nie wiedzielibyśmy o świe-cie. Luis Borges napisał przed laty opowiadanie „Esse et percipi”, w którym bardzo intrygująco przedstawił problem realności kreowanej przez telewizję na przykładzie transmisji meczów piłkarskich: „Nie ma scorów ani ekip, ani meczów. Stadiony są już nieczynne i rozsypują się w gruzy. Dziś, wszystko dzieje się w telewizji i w radio. Czyżby fałszywe podnie-cenie spikerów nie kazało panu podejrzewać, że wszystko to jest lipa? Ostatni mecz piłki nożnej został rozegrany w tym mieście 24 lipca 1937 roku. (…) Ludzkość siedzi wygodnie w domach i jej uwagę pochłania ekran czy też spiker, jeśli nie popołudniówki”. Jaką mamy pewność, że ostatnie derby Londynu pomiędzy Arsenalem i Chelsea rzeczywiście się odbyły?

Taka nowa realność, której doświadczamy współcześnie być może ma nieco wspólnego z wizją braci Wachowskich, przedstawioną w Matrixie. Rzeczywistość oglądamy na ekranie telewizora i słuchamy w radio. Zawsze przetworzoną, zawsze z drugiej ręki. Rzeczywistość to Matrix, bo istnieje tylko wirtualnie i jest niesprawdzalna. Bo jakie mamy możliwości weryfikacji informacji o wybuchu wulkanu na Hawajach albo o tsunami na Sumatrze, nie mówiąc już o wojnach domowych w krajach trzeciego świata albo o dziurze ozonowej nad Antarktydą. To wszystko lepiej od nas wiedzą specjaliści występujący w telewizji, pytani o to precyzyjnie przez speców od konferansjerki typu Mariusz Szczygieł. literackie ebooki

Innego zagadnienia, związanego jednak z problemem nierzeczywistości, dotyka „Equilibrium” Kurta Wimmera, w którym przedstawiono wizję „idealnego społeczeństwa”. Opowieść, łudząco podobna do tej z „Roku 1984” Georga Orvella jest jednak, paradoksalnie, pochwałą teraźniejszości. „Zasady funkcjonowania systemu są proste. Jeżeli będziesz się cieszyć, trafisz do aresztu. Jeżeli będziesz płakać – przedstawiciela prawa wezmą się za ciebie, jeżeli przeczytasz książkę popełnisz wykroczenie. A jeśli zapomnisz zażyć leki – zginiesz” – czytamy na stronach Filmwebu. W Librii bowiem członkowie „idealnego społeczeństwa”, dzięki zażywaniu specjalnego leku – „Prosium”, nie odczuwają. Codziennie rano budzą się, aby służyć abstrakcyjnemu Ojcu, który jest tutaj oczywistą personifikacją Boga. Świat bez uczuć to jednocześnie świat bez wojen i konfliktów. Ceną za wyzbycie się agresji i nienawiści jest pozbycie się także szczęścia i miłości. Czy naprawdę warto płacić tak wysoką cenę?

Film można traktować jako wyraz lęku przed odrealnioną i odczłowieczoną przyszłością, pełną maszyn i humanoidalnych cyborgów. Bo czym byłoby życie, gdybyśmy nie mogli przeżywać emocji? Życie bez miłości, marzeń, pragnień, zachwytu, wstydu, a nawet bólu… Bez tego wszystkiego jesteśmy tylko antropomorficznymi stworzeniami, niezdolnymi do jakichkolwiek wyższych uczuć.

Dlaczego nic nie robimy, skoro mamy świadomość, że wszystko zmierza ku najgorszemu? Klasykiem straszenia ludzi przyszłością jest z całą pewnością David Cronenberg – autor głośnego „Videodromu” z 1983 roku. Przedstawiona tam jest wizja telewizji, która w pogoni za rosnącymi potrzebami społeczeństwa oferuje rozrywkę totalną w rodzaju słynnych „snuff movies”, w których można zobaczyć na przykład krojenie ofiary żywcem maczetą i inne tego typu atrakcje dla zwyrodnialców. Według Cronenberga istnieje realne niebezpieczeństwo, że telewizja przyszłości działać będzie w ten sposób… „Sądzę, że chodziło o pokazanie wpływu telewizji na psychikę, o to, ze czasami fikcja szklanego ekranu jest ważniejsza niż rzeczywistość, że czasami trudno odróżnić prawdę od omamów. Tu też wychodzi typowa dla Cronenberga nutka paranoiczna – czy człowieka można kontrolować za pomocą sygnału telewizyjnego? Czy można oddziaływać na ludzką psychikę? A jeśli można, to czy stacje telewizyjne już teraz tego nie robią?” – zastanawia się recenzent serwisu horror.com.pl. literackie ebooki

Filmowy „Videodrome” to prekursor interaktywnej rozrywki – rodzaj wirtualnej gry nadawcy z odbiorcą. Program ten miał jeszcze jedną, bardzo istotną właściwość: jego oglądanie uzależniało. W krótkim czasie następowało trwałe uszkodzenie mózgu i widzowie zamieniali się w podatne na sugestie autorów roboty z otworami na kasety wideo w brzuchach. Przestawali odróżniać świat fikcji od świata realnego – tak samo zresztą, jak w nie mniej słynnym hicie z 1992 roku: „Kosiarzu umysłów”.

Świat staje się obecnie areną takiego wielkiego, interaktywnego show. Przypomnijmy sobie atak na World Trade Center z 2001r. i sposób, w jaki media wykorzystały to wydarzenie do zwiększenia oglądalności swych stacji. Dramat tysięcy ludzi był zaledwie kolejnym newsem, na którym na dodatek można było całkiem nieźle dorobić. Ludzie mieli to, co chcieli – zobaczyli ofiary skaczące z okna na 60 piętrze i wbijający się w budynek samolot z kilkunastu różnych ujęć. Dograno do tego krzyki w stylu „Oh my God” i odpowiednio zmontowano. Kiedy to się stało, cały świat zamarł nie z powodu ogromu tragedii, ale przede wszystkim dlatego, że było to rozdmuchane poza granice dobrego smaku wydarzenie medialne.

Społeczeństwo nam się, używając terminologii amerykańskiego socjologa Georga Ritzera, zmacdonaldyzowało. Opieramy się na prostej zasadzie „chcesz to masz” nie zważając na prosty fakt, że to, co dostajemy w zamian to nie zawsze jest towar najwyższej jakości. Bo jakość nie ma już przecież żadnego znaczenia. Najważniejsze to gromadzić, posiadać, akumulować. To nasza własna wersja kapitalizmu budowana na towarach ze znaczkiem „Wyprodukowano dla Biedronka” albo „Wyprodukowano dla Tesco”.

Czasami to się nawet nie dziwię, że aż tylu twórców staje się katastrofistami. Zastanawiające jest jednak to, że praktycznie w ogóle nie kręci się w Polsce filmów science-fiction. Być może skonsumowaliśmy jeszcze za mało towarów za 99 groszy i nie uzbieraliśmy wystarczająco dużo kapitału, aby mieć za co skrytykować ten system…

Czy wszystko jednak faktycznie zmierza ku gorszemu, jak chcą filozofowie postmodernizmu i ponowoczesności? Tak jakoś dziwnie się ułożyło, że ten, kto tylko pomyśli o przyszłości naszego świata, z miejsca staje się katastrofistą. Postępująca przerażająco szybko technicyzacja świata sprawia, że abstrakcyjne wynalazki międzygwiezdnego kina George’a Lucasa, Stanleya Kubricka i innych wizjonerów stają się coraz bardziej realne i możliwe do wytworzenia. Czyż nie jest więc tak, że wszyscy jesteśmy entuzjastami nowych technologii tylko do momentu, w którym pozostają one w świecie idei?

Katastroficzne wizje przyszłości to jednak tylko jeden z kilku ważnych aspektów obecnych w dzisiejszej rzeczywistości telewizyjnej. Największym problemem wydaje się zjawisko, kreowanej w telewizji, hiperrzeczywistości. Świat niby dzieje się na naszych oczach, ale zaledwie za pośrednictwem 21 calowego ekranu. A to prowadzi może nie tyle do uzależnień (jak twierdził Cronenberg), ale przede wszystkim do odrealnienia świata. Przestaliśmy być bowiem naocznymi świadkami wydarzeń, a staliśmy się konsumentami przekazu telewizyjnego, który z definicji jest subiektywny i nieweryfikowalny. O świecie wiemy tyle, ile powiedzą nam o nim wszelakie media, które stały się jedynym środkiem do odczuwania i poznawania inności. Rzeczywistość podzielono na tematyczne kanały, wmawiając nam, że „każdy znajdzie coś dla siebie”. Jedno z największych dobrodziejstw XX wieku – telewizja, staje się jednym z największych niebezpieczeństw wieku XXI.

Naprawdę „rzeczywistość to Matrix”? A ja myślałem, że telewizja…

Przyszłość, teraźniejszość… Czy to naprawdę aż tak wielka różnica? Japończycy ostatnio wymyślili, że za kilka lat telefon komórkowy zastąpią dwa mikrochipy montowane w człowieku: jeden (słuchawka) w opuszku palca wskazującego, a drugi (mikrofon) – w zegarku. Tylko czekać, aż wszczepią nam radio w ucho środkowe, a z tyłu głowy zamontują antenę. I co dalej? Może kółeczka zamiast nóżek? Cudów nie ma – świat przyszłości mamy już dziś.

Michał Stankiewicz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *