Marcin Marcińczyk

Wiersze

opowieści z psychiatryka I

ze wzrokiem w niebo wbitym
paznokciami w ścianę kończyliśmy
ostatnią połówkę papierosa
zabijaliśmy nudę Stachurą
przemyconym piwem i filozofią

lubię pewność ot takie słońce
wiem że ono nie zgaśnie
skąd wiesz – powiedziałem
a co Bóg zgasi – się zirytował
ty wiesz ile to byłoby smrodu
z takich przypalonych paluchów
on nie pozawala na taki brak estetyki
z miną tych co zawsze wiedzą
opuszkami zgładził naszego kipa
poszliśmy drażnić siostry

***

opowieści z psychiatryka II

palę w oknie księżyc prawie w pełni
obraz idealny psuje śmieszna grzywka
zaćmienie chwilowe chichot w dreszcz
wraca obraz dziwniejszy niż na niebie

mama przed wujkami chowała mnie do szafy

wszyscy pracują w polu dekolty kobiet
ja znudzony bo mały poszedłem na wzgórze
na środku pokoju trumna w niej szczur-pan
nadzy obcy dawali cukierki dotykali

po świetle latarki nie przejdzie się na drugą stronę

Edek znienacka kopnął mnie w dupę
ja mu co mówi ptaszek do ptaszka – blaszka
bezbłędnie wyturlaliśmy się na korytarz
poszliśmy brać na litość siostry

***

piąte

tik tak wahadło głowy w autobusie
rysuję uśmiechy w oddechu nic otuchy
mrok pokazuje co nastąpi lekko drżę
głowa domem jednego słowa Sprawiedliwość

palę szybko papierosa
smród paznokci
neon razi w oczy

lekki opór czaszki zlepek włosów woń uryny
nic więcej nie pamiętam acha chyba biegłem
dusza znika z moczem wina pod prysznicem
młotek palił w dłonie oddałem bezdomnym

sprzątam zapomniane groby
pocieszam nieznajome wdowy
cholerne me sumienie

***

szóste

temat całusów i łaskotek
deportowano na płaskowyż niedokończonych spraw
prysł jak tamta łza w autobusie

żadnych deklaracji
nawet najmniejszego jakiegokolwiek tak
przyszłość dopiero zapisywano w chmurach

podczas standardowych procedur pocieszających
niespodziewanie zaatakowała zdrada
wypełzła z tamtych ust w autobusie

w czerwonym wdzianku język super-bohater
przytula ścianę plecami
w panice mówi kocham

***

świadomość

lustro do tej pory świadek tylko nocnych igraszek
chłodne oko wzór obiektywności ukazało coś nowego
trójkąt o trzech krwawych wierzchołkach broda policzki
w centrum tylko krzyk wzorzec dla wszystkich rzeźni
szkło zaczyna rodzić pajęczynę ptaki opuszczają kraj skóra pęka
mdleję

mam w żołądku tysiąc diabłów zagubionych we mgle
zderzają się ze sobą ślepe losy rogami ranią świat
stres wywleka mnie na lewą stronę czyni idealnie trzeźwym
widzę całą prawdę ziarno po ziarnie wbija mi się w oczy
szpital

krepująca biel z cudami farmacji naginają mnie do ogółu
trwam stalą karku ból świadomości mym orężem
będę kolorowym jęzorem szarości nim nie zjedzą mnie wszy
śmiech

***

smutny piknik

umierająca mrówka na zapałce
puszcza sosnową igłę
milionowy oddech ciszy
jest coś jeszcze
druga łza
***

śmierć poety

struga się krzyż z brzozy
śnionej od dziesiątków lat
jestem staroświecki
jak niejedzenie mięsa w piątek
skończę wytrzeszczony na to wszystko
ze śladami moczu na spodniach w tle

picie burdy dziewczęta
poezja lubi to tak samo jak mnichów
mało czego nie trawi
może rozdygotanej starości
sprzedawania za grosze
a przede wszystkim wycierania sobą dupy

osiągnąłem stan idealnego wyprania
proszek z taką mocą w reklamach nie zaistnieje
zagubiłem się w świecie on we mnie
żem młodszy pierwszy powiedziałem pas

do nieba dochodzą tylko wytrwali
by nie było scysji są dwie grupy
wierzący
i ci o czystych sercach

***
łakomstwo

nie podskoczysz do gwiazd
nie zbudujesz wieży tak wysokiej
nie przebijesz tych błysków i falban
a rękami machasz pożądasz
więcej więcej kieszenie
jak marzenia porwane
oczy tłuszczem i krwią zaszły
chomicze policzki bruzdy zdobią
a łyżką wiosłujesz pragniesz
jeszcze jeszcze mówisz
o sobie Ja kolekcjoner

łżesz
nawet nie masz smaku
***

lenistwo

czmychnęły ulotności
były na wyciągnięcie rę…
szkoda tych niezwykłości
przynajmniej nie ruszyłem du…

mięśnie od kości skóra od mięśni
wszystko mi tak pięknie wi…
mówią rusz się życia szkoda
po co zaraz i tak to wszystko pier…

pogrzeb był pięknym przeżyciem
nie musiałem nic rob…
i wreszcie coś skończyłem
***

gniew

żarem rosnę do ciebie
tak samo gorącym a tak innym
kwiaty jabłoni zwiędły
zostały tylko bicze

chęcią rośniesz do mnie
tak samo płonącą a tak inną
lampki od szampana prysły
zostały tylko grymasy

wiedziałem że trafię na szubienicę
ale miałem dla ciebie nie przez

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *