Kawa na Liverpool Street

Małżeństwo Chińczyków w budce z kawą przy dworcu Liverpool Street wyglądem przypominało parę bohaterów serialu rysunkowego „Było sobie życie”. Mieli dziwnie zaokrąglone noski, małe oczka i urocze uśmieszki. Zamówiłem duży kubek ‚Americana Cafe’ i usiadłem na jednym z przydługich i niskich schodów, twarzą w ich stronę. Lubiłem to miejsce. Przewijało się tam zawsze mnóstwo ludzi. Był dworzec kolejowy, stacja metra i pętla dla kilku autobusów zmierzających w stronę centrum. Dochodziła szósta popołudniu i miałem za sobą dość ciekawy dzień.

Ponadto, wygrałem sporo na wyścigach konnych, także nie musiałem martwić się pieniędzmi, mimo iż nie pracowałem. Jakieś szczególne szczęście zaczęło mi dopisywać w momencie, gdy poznałem pewnego moskiewskiego informatyka. Nie chodziło o to, że dobrze typował. Wręcz przeciwnie. Nic mu nie wychodziło, obstawiał wciąż nie te konie. Obstawiałem więc zupełnie inne. Ciekawe czy przywlókł tu ze sobą jakąś żonę? Czy wiedziała o jego potwornym nałogu? Miał na sobie obrączkę, jego brzuszek był trochę odstający, więc wszystko by pasowało, prawda? Ciekawe, jak one to znoszą?
Po kilku łykach kawy wyciągnąłem tytoń i usiłowałem właśnie skręcić papierosa, gdy podeszła do mnie dziewczyna, dość masywna, ubrana w obcisłe i czarne spodnie z bawełny i w bluzkę tego samego typu.
– Masz może zapalniczkę? – zapytała. Była jakby trochę roztrzęsiona.
– Słucham?
– Zapalniczkę! – powtórzyła, tym razem donośniej.
– A tak, mam, proszę. Wyjąłem moją zapalniczkę z kwiatkiem w środku, którą dostałem kiedyś od Violetty, dałem jej i czekałem aż to zrobi i odejdzie.
– Dzięki. Jesteś może Włochem?
W Londynie takie pytanie wcale nie jest czymś nadzwyczajnym. W KFC pytano mnie, czy jestem Brazylijczykiem, w tureckim pubie pewien gość nie mógł uwierzyć, że nie jestem Australijczykiem. Tak już tu jest. Ludzie szukają się nawzajem, pragną porozmawiać od czasu do czasu w języku, którego uczyli się będąc jeszcze dziećmi.
– Nie bardzo – odpowiedziałem.
– Ok, przepraszam.
– Nie ma sprawy.

Muszę przyznać, że trochę się bałem tego, że się nie odczepi. Na szczęście, jestem tylko Polakiem.
Para Chińczyków uśmiechała się nadal w moją stronę, wykonując jednocześnie szybkie i zwinne ruchy rękoma przy maszynach do sporządzania kawy. To była jakaś nadnaturalna żywiołowość. Czułem, że nie nadążam. Jakby ktoś kazał mi oglądać film z włączoną funkcją przewijania na podglądzie. Dziewczyna od zapalniczki przemieszczała się, też w jakimś wyjątkowo zawrotnym tempie, od głównego wejścia do miejsca w którym zaczynała się ulica i z powrotem. Nagle, pojawił się jakiś chłopak, może w moim wieku. Był bardzo szczupły i to prawdopodobnie on właśnie, był spodziewanym Włochem. Podszedł do niej i objął ją z jakąś podejrzaną czułością. Usiedli tuż obok mnie.

Ona zaproponowała papierosa, on z dumą odmówił. Zaczęli rozmawiać. Właściwie był to monolog. Dziewczyna występowała tu w roli kogoś przytakującego, co rusz przeczesującego włosy, ewentualnie kogoś, kto starał się sprawiać wrażenie osoby wyrozumiałej, otwartej. „Podobasz mi się” – podkreślał nieugięcie, piąty i szósty raz, do znudzenia. Był bardzo zadbany, uważał też na to co mówi. Prawdopodobnie miał sraczkę zamiast mózgu. „Ludzie różnią się od siebie, to wcale nie musi oznaczać niczego złego” – ciągnął dalej.

Wsłuchiwałem się tak, podejrzewając, że przejdzie w końcu do rzeczy. Mniej więcej po pięciu minutach zaczął uderzać w inny ton. „Kiedy pierwszy raz cię zobaczyłem, to było naprawdę olśniewające, podobasz mi się, ale my różnimy się od siebie nie w taki sposób o którym mówiłem…” – byłem zszokowany tym, że chłopak postanowił i w końcu zdołał przedstawić całkiem spójną koncepcję bycia ze sobą, do której, rzecz jasna, nieszczęsna Włoszka, nie pasowała. Jak długie i logiczne zarazem, mogą być takie wywody?

Co z tego, skoro wszystkie prowadzą do jednego i tego samego? Czy te wszystkie zgryzy i dobre trafienia, zgody i odmowy pomiędzy mężczyzną i kobietą, pomiędzy ludźmi w ogóle, postanowiliśmy rozgrywać w oparciu o prawidła asertywności i sztuki argumentacji? W jednej chwili, przyszła mi na myśl sytuacja z tego samego dnia, kiedy to znudzony nieróbstwem i nałogami, zaszedłem na próbną sesję zdjęciową do firmy parającej się fotografią artystyczną. Jonathan stał przede mną dobre dziesięć minut tłumacząc:
-Masz znakomitą twarz, bardzo fotogeniczną, ciekawą, to na prawdę mi się podoba. Ale zrozum, pomiędzy obwodem klatki piersiowej a obwodem pasa powinna być odpowiednia różnica centymetrów. Spójrz na Charliego. Charlie! – zawołał murzyna, którego wcześniej publikowano w gazetce o ciekawym tytule ‚Virgin’ – Charlie, możesz zdjąć koszulkę?
– Jasne – odpowiedział z lekkim uśmiechem. Przyłożył mu miarkę do klatki, potem do pasa.
– Widzisz Greg? – tak zwracał się do mnie – Wszystko się zgadza.
Charlie zaskoczył nas obojgu całkiem pokaźną klatką i poziomym rzędem mięśni zamiast brzucha.
-Widzisz? – pytał dalej.
-Tak widzę, widzę , tak, wiem o co ci chodzi…- odpowiadałem jak z taśmy.
-Nie mówię, że zatrudnimy Charliego, ale chcę ci tylko pokazać jak powinna wyglądać sylwetka. Charlie, ile już chodzisz na siłownie?
-Będzie z 8 lat- odpowiedział jakby z lekkim rozczuleniem.
Wyszło na to, że różniłem się z Charliem, tak jak młody Włoch różnił się ze swoją sympatią. W Jonathanie doceniłem mimo wszystko pewną rzeczowość, być może i szczerość. Tego chyba brakowało chłopakowi, który rzucał – o cholera, on nadal ją rzucał – właśnie długowłosą Włoszkę. Chciałem już iść stamtąd, odetchnąć trochę. Zacząłem bać się, że zaraz zostawi ją zapłakaną, tu, na przydługim schodku blisko wejścia głównego. Mógłbym wtedy zacząć ją pocieszać, a z tego nigdy nie wynika nic dobrego. Na moje szczęście oddalili się, każde w swoją stronę.
W tym czasie byłem z Anną, długowłosą pięknością, której pasją były dzieci. Studiowała wychowanie przedszkolne, ja resocjalizację. Coś było w tej mowie o przeciwieństwach. Przebiegły kutas z tego Włocha – pomyślałem – nie tylko jej to wszystko skrzętnie wytłumaczył ale i mi namieszał w głowie. Może nie przypadkiem usiedli koło mnie? Zacząłem zastanawiać się nad moją znajomością z Anną.

Poznaliśmy się jakieś cztery miesiące wstecz, w knajpce ‚Szybki Jaś’, umiejscowionej niedaleko wrocławskiego rynku. Jej włosy były rozpuszczone, kręciły się naturalnie, szczególnie przy końcach. Siedziała przy stoliku z trzema koleżankami. Ja siedziałem kilka stolików dalej, wyjątkowo ze znajomym. Mówili na niego Stachu. Mówił mało, w towarzystwie kobiet prawie w ogóle. Za to był wiecznie napalony, wiecznie którejś pożądał. Nie pamiętam, kto wpadł na pomysł, żeby się przysiąść – ja czy on. W każdym razie na mnie spadł obowiązek zaaranżowania całej sytuacji. Ze Stachem był zawsze taki problem, że musiał dużo w siebie wlać, żeby się ośmielić, ale wtedy zwykle było już za późno. Kiedy siedzieliśmy już w piątkę, odezwał się może ze dwa razy. Ja mówiłem dość sporo, problem w tym, że w końcu dotarłem do sedna i zapytałem, czy nie mają jakichś pieniędzy. Zdaje się, że tym samym naświetliłem dziewczętom nieco bardziej nasze sylwetki. Tak, miałem wtedy wszystko głęboko w dupie. Nie wierzyłem w to, że mogę się z kimś związać, wydawało mi się to głupotą.

Siedziałem przy Annie, ale rozmawiałem z jej koleżanką, Marzeną. Może za dużo pijesz? – zapytała, choć nie brzmiało to jak pytanie. Z jej twarzy wyczytałem, że nie miała wątpliwości, podobnie zresztą jak i ja. Może ty za mało? – odbiłem piłeczkę. Wtedy Anna odwróciła się w moją stronę, podczesując lekko włosy prawą dłonią. Jej spojrzenie podążyło za ruchem ciała, ale jakby w nieco wolniejszym tempie. Nigdy nie byłem do końca pewien czy to oznaka upojenia, czy może była już zmęczona, ale to było wspaniałe. Właśnie wtedy coś strzeliło mi do głowy. Poczułem, że chcę dobrze wypaść. Że może mógłbym te spojrzenie zatrzymać przy sobie. Potem spotykaliśmy się na piwie, czasem na kawie, w okolicznych lokalach.

Pamiętam, że musiałem poświęcić dużo czasu na to, by utwierdzić ją w przekonaniu, że nie jestem skończonym draniem. Myślę, że nie obraziłbym się gdyby i dziś miała co do tego jakieś wątpliwości, sam mam dość duże. Teraz, nie widzieliśmy się od ponad miesiąca. Ja w Londynie, gdzie zamiast jakoś istotnie odmienić swoje życie, uczyniłem sobie kompletne wakacje, ona we Wrocławiu, gdzie brała zabiegi z powodu problemów z kręgosłupem. Czy to wszystko zmierzało we właściwym kierunku – zastanawiałem się? Czy po powrocie, może być tylko lepiej, czy może wręcz przeciwnie? Jak wiele jeszcze dla siebie znaczymy? Od czego to zależy?

Nagle wysoka dziewczyna w świetliście białym, obcisłym wdzianku przerwała mi myśl. Miała długie blond włosy i ciemnobrązowe okulary przeciwsłoneczne. Idealne kształty skryte pod tą bielą wytrąciły mnie z wszelkiej powagi, jaka zdążyła mi się udzielić, siedząc tu, przed wejściem głównym dworca Liverpool Street. Zmieniła się obsługa budki z kawą, nie było już Chińczyków. Włosi ulotnili się już chyba dość dawno temu, jedno z ulgą, drugie z płaczem. Dziewczyna zbliżała się w moją stronę, powoli. Kurwa, ale towar – pomyślałem. Wnet pojąłem na czym to wszystko się zasadza.

Grzegorz Kurowski

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *