Zwycięska DJ Dorota

Mnie to kompletnie zaskakuje, taki gryps usłyszeć od pozornie miłej dziewczyny, która jeszcze przez telefon okazywała się tak sympatyczna. Patrzę się na nią. Ona na to w ten sposób: bo wiesz. Nie chodzi mi konkretnie o ciebie, gdyż ty jesteś przyjemny, schludny, po prostu inteligentny. Bardziej mam na myśli te diskodupy, te diskowywłoki, które nienawidzę po prostu. Spójrz na swych znajomych. Same dziwki, palanty, łaknące się nawzajem. Wszystkie myślą o tym, by znaleźć męża. Jest to totalna żenada, proszenie się samemu o rozpłód. Brak antykoncepcji. Lecz ty jesteś inny, co od razu tu zauważyłam. Romantyczny, gdyż z miejsca rozpoznaję to w twej prawdziwej naturze. Romantyzm, czułość, spacery we dwoje, motory, rowery wodne. To, co lubię.
(D. Masłowska, „Wojna Polsko-Ruska pod flagą biało-czerwoną”)

Jak już wszyscy wiedzą: laureatką zacnej literackiej nagrody NIKE anno domini 2006 została Dorota Masłowska – pisarka wywołująca u czytelników raczej skrajne emocje. Ten cytat powyżej pochodzi z jej pierwszej książki, za którą wprawdzie nikt jej NIKE nie dał, ale która była pierwszym krokiem „Mc Doris” do wielkiej literackiej kariery.

Niektórzy zarzucają jej prostactwo, bezsensowne epatowanie chamstwem, a inni stawiają mój ulubiony zarzut: że sami by nie gorzej taką książkę jak „Wojna Polsko-Ruska…” napisali. Ale jakoś nikt się jeszcze do tego nie zabrał…

W zasadzie do dzisiaj jeszcze nie rozgryzłem adwersarzy Masłowskiej – może przeszkadzają im przekleństwa, a może pozornie łatwo przyswajalny sposób wypowiedzi. Może to literaccy masochiści, którzy lubią kiedy czytanie sprawia im ból. Nie wiem. Ja swojego zdania o Masłowskiej nie zmieniam od kilku lat: jest dla mnie absolutnym literackim odkryciem i to pod wpływem „Wojny Polsko-Ruskiej” właśnie postanowiłem zająć się pisaniem. Bo może i to nie jest literatura zacna i szlachetna, ale na pewno jest bardzo prawdziwa i dobitna. Jest odkrywcza przede wszystkim na etapie uświadamiania szarości i bezsensowności życia czytelnika. Otwiera oczy na trudne społeczne problemy, a przy okazji… daje świetną rozrywkę.

Gdyby uznać „Wojnę Polsko-Ruską” za powieść dresiarską, a „Pawia Królowej” za powieść hip-hopową, to rzeczywiście można stwierdzić, że to chłam, a nie literatura. Ale jestem przekonany, że autorów tego zabiegu stać na nieco więcej. Tylko im się nie chce, bo jak widzą w książce za 30zł „penis i pochwa” w co drugim akapicie to im się pewnie nawet myśleć odechciewa.

Wizerunek Masłowskiej jako buntowniczki i wychodzącego przed szereg „głosu pokolenia” uprawomocnił się jednak nie dzięki debiutanckiej książce, a bardziej za sprawą eseju Kuby Wandachowicza „Generacja Nic”, który ukazał się w Gazecie Wyborczej z dnia 5 września 2002r. Esej ten dał swoistą teoretyczną podkładkę do rozumienia pierwszej książki Mc Doris, tym bardziej, że sama autorka w reakcji na tekst Wandachowicza napisała kolejny – „Przyszkoleni do jedzenia”, który także ukazał się w GW, miesiąc po „Generacji Nic”.

Czasami zastanawiam się, na ile nauczyliśmy się żyć z telewizji. Jak należy chodzić, mówić, głaskać, czuć. Czasami boję się, że nie doceniamy skali zjawiska. Że nie kochamy, tylko recytujemy jakieś kwestie zasłyszane dawno w „Dynastii”, którymi odbijać będzie się nam już do końca. (…) Tak to trochę widzę, że jesteśmy pierwszym pokoleniem, któremu wykupiono kolonie w raju. Nie dostaliśmy w użytkowanie świata, dostaliśmy wielką, powszechną jadłodajnię. Szkolono nas i przystosowywano do sięgania, brania, jedzenia, klepania się po brzuchu. Żadnych naturalnych wrogów, żadnych dzikich zwierząt, nic, co stawiałoby nam opór. Wojna, Holocaust i śmierć to tytuły gier komputerowych, napisy na koszulkach, obcojęzyczne fanaberie spikerów telewizyjnych.
(D. Masłowska, „Przyszkoleni do jedzenia” Gazeta Wyborcza z dnia 5-6 października 2002r.)

Oto prawdziwy anty-postmodernistyczny manifest: tęsknota za normalnością, a nie za ciągłym pożyczaniem idei. Pragnienie wymyślenia czegoś nowego, stworzenia nowej jakości, a nie na ciągłym kręceniu się w kółko. Silny – główny bohater „Wojny…” wyrósł na buncie: nie tylko do starszych, ale przede wszystkim do samych owoców kapitalizmu. „To, co mnie żywi także mnie niszczy” – z współczesnym światem jest tak jak w tym starym łacińskim przysłowiu.

Nie oszukujmy się: rzeczywistość nie jest tak fajna, jak to sobie wymarzyliśmy. Wielu ludzi żyje od piątku do piątku – od imprezy do imprezy. To, co jest pomiędzy nimi zrzuca się na drugi plan. To na imprezę czeka się cały tydzień, szczególnie jak się jest za granicą i pracuje przez pięć dni w tygodniu po 10 godzin. Wielką wyrwę po niespełnionych marzeniach zalewamy wódką i zasypujemy narkotykami albo, w najlepszym przypadku, żarciem z Mc’ Donalda.

I taka jest właśnie wizja świata według Masłowskiej. Może trochę przesadzona, ale dzięki temu pozwala na nowo rozłożyć akcenty w tym dziwnym świecie. Metoda prostowania kija poprzez odginanie go w drugą stroną sprawdza się znakomicie.

„Paw królowej” to już jednak zupełnie inny etap w twórczości Mc Doris. Bardziej dojrzały, spójny, ale ciągle w opozycji, wciąż „na nie”. Tym razem dostaje się partykularnej rzeczywistości Warszafki, w której Masłowskiej przyszło funkcjonować po sukcesie pierwszej książki. Oczywiście w tej najbardziej podstawowej warstwie, bo kiedy się w to głębiej wgryźć, to łatwo odkryć, że wszyscy dostajemy od autorki mocnego klapsa…

Rzecz generalnie jest o pogoni za sukcesem: wyścigu szczurów młodych, utalentowanych ludzi, którzy zrobią wszystko, żeby się załapać do telewizji albo do jakiejś głupiej reklamy. „Warszafka” to nie tyle synonim kreacji nowych gwiazd, co raczej brutalnej selekcji i władzy speców od wizerunku: dzisiaj będę gejem, a jutro złodziejem. I tak dalej. Grunt żeby ludziom się podobało. Tożsamość nie jest ważna.

Hej ludzie, posłuchajcie tej historii, zróbcie ją sobie głośniej, bo to historia o miłości, jak krew ją do was w zaciśniętej pięści niosę, to nie jest piosenka o lejącej się wodzie, wycinaj kupony, zbieraj bony, wysyłaj nagrody; bo „kto gra ten wygra” – jak mawiał Platon, „szedł Grześ przez wieś” – jak twierdził Sokrates, mam dziewiętnaście lat i niepotrzebna mi osobowość, ponieważ mam charakter. Miłość? Robię to już od czterech lat i nie musisz mnie pytać, robiłam to we wszystko, w usta, w pachę, w ucho, oko, w cipę. Jak mawiał Heidegger „rosł grzyb pod lipą”, jak powiedział Deleuze „idziemy stamtąd donikąd.
(D. Masłowska, „Paw królowej”)

Bardzo to prawdziwa wizja, chociaż zdaję sobie sprawę, że wielu młodych ludzi się z nią nie utożsamia. Wielu też nie widzi żadnego sensu w czytaniu książki nie dość że rymowanej to jeszcze z bluzgami. Bo ona po prostu nie może być dobra. Ostatnio na zajęciach mieliśmy dyskusję o nagrodzie NIKE właśnie i wszyscy niemalże wyrazili głęboki żal, że taka jakaś Masłowska tą nagrodę dostała. Potem wykładowca poprosił, żeby podnieśli ręce ci, którzy „Pawia królowej” przeczytali. Podniosłem rękę ja i moja koleżanka z ławki…

Zadziwiające, że na samym początku to właśnie młodzież odrzuca literaturę naszpikowaną „młodzieżowymi” tekstami. Dorośli silą się jeszcze czasami na jakieś interpretacje. Ale moi rówieśnicy (studenci kulturoznawstwa, na Boga!) jakoś nie bardzo. Może im się nie chce. A może po prostu boją się prawdy o sobie.

„Paw królowej” został okrzyknięty powieścią raperską i tym samym zaszufladkowany jako książka dla ziomali spod bloków. Jednak przecież to nie ma nic wspólnego z prawdą! Może i rym kojarzy się w prostej linii z hip-hopem, ale przecież to nie jedyna możliwa interpretacja: rymy są obecne w polskiej literaturze od bardzo dawna i to nie tylko jako ozdobniki, ale też jako całe formy wypowiedzi. „Paw…” ma formułę raczej gawędziarsko opowiadanej historii – przypowieści o niedoszłych bohaterach polskiej kultury, o „skurwielstwie” mediów i decydentów. Forma rymowana sprawdza się znakomicie, szczególnie jeśli do znaczenia przypowieści dodamy znaczenie prawdy wypowiadanej bez ogródek prosto w oczy – znane z hip-hopu właśnie.

Wymowa edukacyjna „Pawia królowej” jest niezwykła. Krótka, dająca się przeczytać w kilka godzin książeczka stawia nam pytania, na które w prosty sposób odpowiedzieć jest bardzo trudno. Tak jak „Wojna…”, druga książka Masłowskiej nie jest tylko dla i o konkretnej grupie społecznej – jest o nas i dla nas wszystkich. Jest o Polsce, o transformacji, o otaczającym nas świecie, o miłości i zaufaniu. Są tam rzeczy naprawdę mądre i wartościowe, ale aby mieć do nich dostęp, najpierw trzeba przebić się przez, dla niektórych zabójczą, specyficzną literacką formę. Moim zdaniem warto.

Stawianie Masłowskiej w jednym szeregu z Różewiczem i Miłoszem – poprzednimi laureatami NIKE – jest moim zdaniem z gruntu bezsensowne. Bo to trochę tak, jakby porównywać do sobie „Tramwaj zwany pożądaniem”„Matrixa”. Można. Wszystko można, tylko po co? Mówienie, że Masłowska na NIKE nie zasłużyła, bo ma tylko 23 lata jest już kompletnym absurdem. Nagroda przyznawana jest za konkretną książkę, a nie za całokształt twórczości!

Może jednak pocieszę przeciwników twórczości Mc Doris: na Nobla dla niej się nie zanosi. Przynajmniej na razie…

Michał Stankiewicz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *