Carpe diem dla dorosłych

czyli burzliwe losy pewnego idola.

Podobno sensem istnienia człowieka jest nieustanny postęp. Wciąż więc za wszelką cenę dążymy do samodoskonalenia: po to czytamy książki, oglądamy filmy, uczymy się, pracujemy… Wszelkie nasze działania na ten właśnie progres są skierowane i z niego wychodzą.

Wiara w jakiekolwiek ideały z definicji zawiera w sobie tęsknotę za czymś niemal nieosiągalnym: pragnienia stawania się kimś innym, robienia innych niż dotychczas rzeczy, inne zachowania… O tą właśnie Inność, pierwiastek całkowicie wobec nas zewnętrzny, chodzi w dążeniu do bardzo subiektywnie rozumianej doskonałości. Inność – doskonałość, z racji tego, że zawsze znajduje się w opozycji, jest więc całkowicie nieosiągalna. Na tym też polega tragiczność ludzkiego losu…

Jednak o owym „stawaniu się” pewnie nawet byśmy nie pomyśleli, gdyby nie droga wytyczona przez ojców założycieli. Oczywiste jest bowiem, że za jakąkolwiek koncepcją filozoficzną, prądem artystycznym czy po prostu sposobem życia stoi konkretna osoba. Dla jednych jest nią Gandhi, dla innych Nietzsche albo Michael Jordan. Każdy z nas ma w głowie co najmniej kilka ważnych osobistości, którzy zrobili albo powiedzieli coś, co wpłynęło na nasze życie.

Z jakimi paradoksalnymi wypadkami mamy do czynienia: za całkowicie bezosobowymi ideałami stoją ludzie z krwi i kości po to tylko, aby potem ktoś inny mógł wcielić je w życie… W tym trzyetapowym procesie wszystko zaczyna i kończy się na człowieku.

Słowo „idol” brzmi jednak współcześnie dość mało przekonująco. Od „ideału” wymagamy bowiem, aby był krystalicznie czysty, ponadczasowy, piękny, mądry i dobry. Idol jest cielesną, ludzką materializacją wartości idealnych – oczywiście wraz ze wszystkimi „rysami” na nieskazitelnej płaszczyźnie.

Chyba już dawno zmieniliśmy nasze postrzeganie idoli. Wystarczy wziąć do ręki jakąkolwiek gazetę, aby przekonać się, że idolem może być zarówno Jan Paweł II i wspomniany Gandhi, ale też Michał Wiśniewski (założył Ich Troje), Doda (śpiewa), Brad Pitt (fajnie wygląda), Paris Hilton (nikt nie wie, co takiego zrobiła) i ojciec Rydzyk (wiadomo co założył) i inne naprędce wyhodowane gwiazdki show-biznesu. Nikt się idolem nie urodził – każdy z nich musiał się nim stać, a raczej został nim obwołany. Charakterystyczne jest bowiem, że to społeczny wydźwięk konstytuuje istnienie idoli. Bardziej istotne jest więc to, jak ktoś jest postrzegany, a nie to jaki jest naprawdę.

Chciałbym jednak, abyśmy na chwilę zapomnieli o wszystkich znanych nam idolach i pochylili się nad jednym tylko, moim zdaniem zupełnie klasycznym filmowym przypadkiem. Wbrew pozorom nie będziemy go szukać w „klasyce” kina, chociaż oczywiście warto wspomnieć o „Buntowniku bez powodu” z 1955r. z kultowym Jamesem Deanem w roli głównej. Nie będzie to też opowieść o „Matrixie”, Clincie Eastwoodzie, Chucku Norrisie i innych wielkich tego świata. Panie i panowie, przedstawiam Wam bohatera z krwi i kości:

Mark Hunter. Nastoletni „głos pokolenia” bliżej nieokreślonego miasteczka w stanie Arizona. Tak jak wszyscy chodzi do liceum – które zresztą cieszy się dość dużą renomą; jak się później okaże – niesłusznie. Życie młodych ludzi jest na pozór proste – sprowadza się do nauki w szkole, odrabiania lekcji, imprezowania i nieśmiałego myślenia o przyszłości. To tykające bomby, którym brakuje tylko iskry, aby wybuchnąć. Bardzo szybko okaże się bowiem, że rzeczywistość nie jest aż tak sielankowa.

Mark wybucha nietypowo: poprzez założenie amatorskiego, nielegalnego radia. Początkowo chyba nawet nie chodzi mu o to, aby ktoś go słuchał: grunt, że można mówić. To tylko jeden z możliwych środków wyrazu.

„Zamieszkałem na tym głupim przedmieściu. Nie mam przyjaciół, pieniędzy, samochodu, ani prawa jazdy. A nawet gdybym miał, to co miałbym zrobić? Pojechać gdzieś? Pograć w komputerowe gry? Zapalić trawkę i durnieć? Nie ma już nic do zrobienia; wszystkie przyzwoite rzeczy już dawno zrobiono. Wielkie idee zużyły się i są muzealnymi eksponatami. Nie widzę nic zabawnego w życiu w tej jałowej dekadzie, gdzie nie ma nadziei ani autorytetów.”

Swoją popularność zdobywa zupełnie nieświadomie, poprzez bycie w opozycji. Do rodziców i szkoły – dwóch „mrocznych” miejsc na mapie życia. A nic tak nie jednoczy, jak posiadanie wspólnego wroga. W krótkim czasie Mark stanie się swoistym mesjaszem swojego pokolenia, który poprzez radio rozsiewa po okolicy swoje słowa. Wkrótce wybucha więc potężny konflikt: młodzi, niesprawiedliwie szykanowani w szkole za wygląd, zachowanie, oceny i poglądy, za sprawą „Marka-wzwodu szczęśliwego Harry’ego” (taki przyjmuje przydomek w eterze) głośno buntują się przeciw takiemu traktowaniu.

„Złymi” są w tej całej opowieści wszyscy dorośli: od rodziców Marka, poprzez dyrektorkę, kuratorów i wychowawców, po policję i służby federalne. Przy tak potężnym obozie najeźdźców, Mark wydaje się być bezradny, a jego radio stanie się tylko efemerycznym wybrykiem, który szybko zostanie zapomniany. Nic jednak bardziej mylnego: nasz bohater nie chce bowiem dla siebie żadnych zasług i nie zamierza z nikim iść na ugodę. Kiedy po piętach zaczną mu deptać służby federalne i policja, Mark wsiądzie do jeepa z zainstalowanym przenośnym sprzętem do nadawania sygnału radiowego i puści się w ostatnią, samobójczą wręcz podróż po swym miasteczku. „Nie można krzyknąć >pożar!< i uciec” – mówi jego wielbicielka.

Katastrofa jest więc nieunikniona – sygnał radiowy jest namierzany przez odpowiednie służby i tylko kwestią czasu jest schwytanie rebelianta. Ale to nie jest aż tak istotne. Liczy się to, co Mark ma do przekazania:

„Jest nam źle, bo mamy oczy i uszy, ale pamiętajmy o jednym: gorzej być nie może. Będzie lepiej! Szkoła to dno, fatalnie być w naszym wieku, ale trzeba przez to przejść. Rezygnując nie stajecie się silniejsi. Wytrzymajcie! (…) Wszystko zależy od was. Mówcie – nie mogą was powstrzymać! Mówcie własnym głosem. Nazwijcie się jak chcecie i do przodu. To wasze życie – kierujcie nim. Róbcie co chcecie i jak chcecie!”

Wydaje się, że nie chodzi tutaj też o samą treść przekazu, ale raczej o sam fakt jego wypowiadania. Bardzo często przecież po prostu baliśmy się (albo dalej się boimy) mówić to, co myślimy. Idea „talk hard”, którą propaguje Mark, staje się nam coraz bardziej obca. Szczerość i bezpośredniość zastępujemy grzecznymi słówkami, które chcą usłyszeć starsi. Zaspokajamy ich próżność poprzez podporządkowanie się nakazom. Jako nastolatki rzadko robiliśmy użytek z powiedzenia „Be yourself”, bo najpierw się baliśmy, a potem… zapomnieliśmy co to tak naprawdę znaczy. W procesie socjalizacji najpierw rezygnujemy ze swoich marzeń, a potem… z własnej tożsamości. Zostaliśmy brutalnie „Przyszkoleni do jedzenia”, o czym porywająco pisała kilka lat temu Dorota Masłowska.

„Więcej czadu” Allana Moyle’a z 1990 roku z kapitalną rolą Christiana Slatera to jeden z tych filmów, do których z przyjemnością wraca się po latach. Ponadczasowość przekazu odwraca uwagę od wielu niedociągnięć i nieścisłości. To nie jest z całą pewnością film wybitny. Jest w nim jednak coś, co nie pozwala przejść obok niego obojętnie. Film adresowany do młodzieży, który malowniczą pokusą mówienia tego, co się naprawdę myśli uwodzi także dorosłych.

Przywilejem młodości jest żyć pełnią życia i popełniać błędy. Oto gwarancja szczęścia. A co się z nami stanie za 10-20 lat? Czy koniecznie będziemy musieli stanąć wtedy po drugiej stronie barykady?

Płynąc pod prąd, Mark Hunter staje się ucieleśnieniem ideałów wyznawanych przez młodych ludzi. Za swoją odwagę płaci wysoką cenę: w końcu zostaje ujęty przez policję i prawdopodobnie skazany za kradzież częstotliwości radiowej. Jest to jednak cena, którą zapłacić warto w imię wyższych idei – cena, którą za popularność i materializowanie, podobnych w sumie, ideałów zapłacili też inni, już zupełnie realni bohaterowie naszej kultury: Jimi Hendrix, Kurt Cobain czy James Dean. Im wszystkim należy się za to hołd, bo pewnie nie bylibyśmy dziś w tym samym miejscu, gdyby nie oni. To współcześni męczennicy, których myśli płyną szerokim potokiem niszcząc po drodze wszystko, co spotka na swojej drodze, a w końcu – doprowadzi do samounicestwienia.

Idol nie jest w żadnym wypadku gotowym wzorem do naśladowania – to raczej przerysowana wizja ucieleśniania w życiu codziennym pewnych ideałów. Historia pokazuje, że idole z reguły kończą tragicznie, z rzadka tylko dożywając wieku starczego. Dla nas jest to także pewna przestroga: aby mądrze korzystać z dorobku tych, których podziwiamy i których uważamy za naszych przewodników. Musimy w tym przypadku uczyć się na cudzych błędach uważając, aby, podobnie jak oni, nie zapłacić zbyt wysokiej ceny. I jak to było w piosence:

„Jak będę śpiewał co masz robić i pić
Pamiętaj o jednym bo tak łatwiej żyć
Pierdol to co mówią ci co biorą szmal
Łatwo być buntownikiem kiedy wszystko masz
Twoje życie, Twoja droga, decyduj gdzie iść
Nie daj sobą kierować ani wciągać w gry
Bo idole zdychają, a świat dalej trwa
Bo idole zdychają, Ty zostajesz sam”
(Analogs – Idole)

Na tym właśnie polega niebezpieczeństwo posiadania idola: silna pokusa naśladownictwa osoby, która ma w życiu kompletnie przechlapane…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *