Sztuka skundlona

 

 

Nie jest łatwo żyć w dobie postmodernizmu. Tym bardziej, że pojęcie to stało się dziś już tak nieostre, że powiedzenie czegokolwiek o tym filozoficznym kierunku jest po prostu ryzykowne. Ostatnio jednak odnoszę wrażenie, że rozmaici filmowi artyści i „specjaliści” z „branży” lubią sobie tym jednym przydługawym słówkiem otwierać drzwi do wielkiej kariery, a tak naprawdę wszelkie ochy i achy sprowadzają się jedynie do konstatacji, że widz nie zrozumiał tematu zadanego mu przez reżysera. Zapraszam więc na opowieść o jednej z największych bujd przełomu wieków: o kinie postmodernistycznym.

Nie chcę już przypominać, że samo słowo „postmodernizm” (wymyślone zresztą jakieś sto lat temu) do obiegu filozoficznego wprowadził Jean Francis Lyotard w 1979r. w swojej epokowej rozprawie „Kondycja ponowoczesna”. I tekst ten zmienił pojmowanie świata całkiem sporej części filozofów. Według autora, postmodernizm charakteryzuje się relatywizmem, skrajną ironią, odrzuceniem autorytetów i wiary w wartości absolutne; wszystko stało się płynne – postmodernistyczną papką, o której tak naprawdę ciężko powiedzieć cokolwiek pewnego.

Nie będę ukrywał, że kiedyś i ja byłem wielkim entuzjastą postmoderny. Wydawało mi się, że to przyjemne żyć w takim „upłynnionym” świecie, w którym nie możemy być pewni niczego, a wszelkie nasze sądy to jedynie „metanarracje” – każdy ma rację, każdy się myli… Jednak dziś już wiem, że jest to pewna intelektualna pułapka, w którą co rusz wpadają kolejni filmowi twórcy. Dlaczego tak twierdzę? Postaram się to wyjaśnić na przykładzie:

Oto Kondrad Niewolski – osobnik młody, choć już całkiem dla polskiego kina zasłużony (kilka lat temu nakręcił świetną „Symetrię”), postanowił w swoim nowym dziele zmierzyć się z kinem stricte postmodernistycznym. „Palimpsest”, bo o nim mowa, to zarazem film psychologiczny, kryminał, thriller, dramat, studium szaleństwa i naprawdę jeden Bóg wie czego jeszcze.

Jeśli dodamy do tego płynne przemieszczanie się twórców po płaszczyźnie konwencji i znaczeń, to już naprawdę stracimy jakikolwiek grunt pod nogami. I oto chyba w tym wszystkim chodzi – aby za plątaniną konwencji ukryć nie tylko przesłanie filmu, ale wręcz jego fabułę!

Każdy film postmodernistyczny musi zawierać jak najwięcej cytatów i zapożyczeń, które w zamierzeniu mają nas krok po kroku prowadzić „na przykładach” nie tylko do rozwiązania łamigłówki, ale też powiększać możliwy krąg interpretacyjny. A ja z dość dużą dozą pewności twierdzę, że te wszystkie cytaty w istocie ukrywają niemoc scenarzysty i reżysera, W „Palimpsescie” (nie wiem czy dobrze odmieniam, więc nie miejcie mi tego za złe – ja po prostu nigdy w życiu nie słyszałem tego dziwnego słowa) niczym w lustrze odbija się tyle rozmaitych filmów, że aż strach je wymieniać, aby nie pominąć czegoś ważnego.

Film postmodernistyczny niesie też jednak ze sobą jakieś zaskoczenie – coś, co wbija widza w fotel i nie pozwala się nawet rozejrzeć na boki po kinowej sali w obawie przed utratą jakiegoś ważnego elementu układanki. Pamiętacie „Mechanika” z kapitalnym zwrotem akcji na końcu? Tutaj zakończenie budzi jedynie uśmiech politowania i w żadnym wypadku nie zaskakuje, chociaż i tak jest bodaj najlepszą rzeczą, jaka się temu filmowi przytrafiła.

W swej wędrówce po labiryncie własnych urojeń, bohater, grany niestety przez Andrzeja Chyrę, porusza się po koniecznie ciemnych lokacjach. To warunek. Ma być mrocznie i ponuro – czyli ciemno. Jakże to odkrywcze i zaskakujące. A pamiętacie „Lśnienie” Kubricka? Tam niby też było mrocznie, chociaż „ciemnych” scen było jak na lekarstwo (o ile w ogóle były). Być może Niewolski chciał zrobić bardziej psychologiczną wersję „Silent Hill”, bo tam było już tak „mrocznie”, że nawet nie wiem jak wyglądali aktorzy… Naprawdę nie mogę pojąć, dlaczego realizatorzy tak bardzo chcą, aby w filmie było ciemno. Czy nikt im nie powiedział, że od czerni na ekranie po prostu bolą widza oczy? Piotr Wereśniak napisał kiedyś dla „Filmu” genialną broszurkę pod tytułem „Alchemia scenariusza filmowego, czyli nieznośny ból d…”. – i tam jedną z najważniejszych cech złego filmu jest tytułowy ból tylnej części ciała, która w najgorszym wypadku może boleć tylko scenarzystę. Jeśli taka przypadłość pojawia się u widzów to znaczy, każdego tytułu z zakresu postmoderny: te filmy sprawiają wrażenie wtórnych, bo takie właśnie są: poprzez ciąg zapożyczeń i odniesień stwierdzamy, że postmodernizm nie oferuje nam niczego oryginalnego: poprzez ciągłe de- i rekonstrukcje nie tworzy się nowej jakości, tylko odgrzewa niezbyt już świeże dania i podaje w nowym przybraniu, wmawiając nam jednocześnie że mamy przed sobą absolutną nowość.

Teza, że świat jest tylko Wielką Opowieścią i że nie istnieje obiektywnie rozumiana prawda jest bardzo niebezpieczna. Już Picasso grzmiał niegdyś: „spycha nas do kresu przyzwolenie absolutne”. W sztuce współczesnej bowiem nastąpiło zadziwiające odwrócenie kanonów piękna: nadrzędną konwencją stał się pastisz i ogólna szydera ze wszystkiego – chwałę twórcy może przynieść tylko coś w rodzaju konceptualnego bajzlu: totalny mix stylów i konwencji: tu antyk, tam modernizm, a w środku coś z baroku i średniowiecza. Nowoczesność łączy się z przeszłością (bo przecież z czymś połączyć ją trzeba!), tworząc coś na kształt kundla: niezbyt okazałego nie-psa…

„Zhuangzi śnił o tym, że jest motylem. Latał z kwiatka na kwiatem, był lekki, wolny i szczęśliwy. Obudził się. Czy to Zhuangzi śnił, że był motylem, czy to motyl śni, że jest Zhuangzi?”. Od tego starego cytatu, zapożyczonego z klasyki taoizmu, wychodzi chyba większość postmodernistycznych twórców. Tajemniczość snu pociąga scenarzystów – podobnie, jak kilkadziesiąt lat temu pociągał ich kosmos. Pozostaje tylko mieć nadzieję, że era „snu wariata” w końcu się w kinie skończy, a autorzy otrząsną się z letargu…

Pluralizm może i jest w świecie współczesnym pożądany, ale w kwestii sztuki trzeba zachować szczególny umiar w jego wprowadzaniu. Problemy z oceną dzieła sztuki czy z zakwalifikowaniem konkretnego dzieła do konkretnego stylu mamy już od co najmniej 80 lat. Wolfgang Welsch nazywał takie działanie „wesołymi scenariuszami dowolności”: ówcześni mentorzy zamienili się w równorzędnych partnerów do dyskusji, a fakty zastąpiły opinie. Rzeczowa dyskusja nie jest możliwa, bo z reguły albo owa „rzecz” w ogóle nie istnieje albo my nie mamy prawa wypowiadać o niej swoich sądów.

Oczekuję od filmu, że będzie nie tylko dawał mi rozrywkę przez 100 minut, ale w jakiś sposób zmieni moje życie: zostanie zasymilowany przez mój mózg, dodając kolejny fragment układanki Wiedzy o Życiu. Niestety coraz mniej jest takich tytułów. Zostały zastąpione przez efektowne filmidła bez fabuły i treści, z nielinearną fabułą, w której (skoro nie ma treści) połapać się nie sposób. Coraz trudniej jest wyłapać filmy mądre i wzbogacające: znacznie łatwiej znaleźć te, które dają nam tanią i szybką rozrywkę – podobnie, jak Mc Donalds oferuje tanie i szybkie jedzenie.

Ale jeśli się przyjrzeć bliżej, to odkryjemy z łatwością, że to jedzenie ani nie daje nam poczucia sytości, ani nie jest tanie, ani nawet nie ma smaku…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *