Widzów zastraszanie, pozytywów niedostrzeganie…

Kino społeczne ma w Polsce dość długą tradycję i trudno się w zasadzie dziwić, że także współcześnie jest to tak nośny temat. Jednak czy nie jest „nośny” ponad miarę”? Światowy trend, czyli film czysto rozrywkowy, został u nas w pewnym stopniu wyparty przez filmową socjologię, którą z taką lubością uprawiają w ostatnich latach rodzimi reżyserzy.

Czy kino przejaskrawia rzeczywistość? Oczywiście, że tak! To nie jest aż tak wielki problem. Tak samo czyni zresztą literatura albo teatr. Ta właśnie sfera twórczej imaginacji pozwala odróżnić sztukę filmową od, powiedzmy, filmu dokumentalnego; tak samo, jak bez trudu odróżnimy powieść „zaangażowaną społecznie” od gazetowego reportażu. Twórcy używają tej hiperrzeczywistości dokładnie tak, jak lekarze używają młotka – w celu sprawdzenia poprawności odruchów.

Pozostaje jednak otwarte pytanie, co tak naprawdę pokazują nam twórcy filmowi i o jakie tu odruchy chodzi? Bo skoro nie jest to rzeczywistość i nie ma to funkcji rozrywkowej, to… powstaje poważny problem z dekodowaniem takiego „artystycznego” zabiegu i w ogóle sensu podejmowania tematu. Z dużą dozą pewności twierdzę, że w polskim kinie nie potrafimy wyjść poza opis socjologiczny.

Przykład. Weźmy głośnego „Komornika” Feliksa Falka i przeanalizujmy jego strukturę. Film składa się z dwóch części (co przeczy rządzącej światowym kinem trzyaktowej konstrukcji filmu, ale mniejsza o to) – w pierwszej mamy niemal antropologiczny zapis pracy komornika, wraz ze wszystkimi brudami i różnymi świństwami większymi i mniejszymi. Potem jednak następuje, tak charakterystyczne dla polskiego kina, pęknięcie i z „gęstego opisu” przechodzimy w sferę imaginacji: główny bohater, grany przez Andrzeja Chyrę, doznaje jakiejś tajemniczej iluminacji i postanawia oddać ludziom to, co nagrabił. Swoją drogą pomysł może i był dobry, gdyby Lucjan Bohme był złodziejem, a nie tytułowym komornikiem! Film zaczyna się jednak od tego momentu walić i nagle z ciekawego obrazu staje się marną popłuczyną budowaną na paradoksach.

I nie jest to wyjątek – najgłośniejsze dzieła ostatnich lat: „Plac Zbawiciela” i „Dług” Krauze, „Cześć Tereska” Glińskiego, „Pręgi” Magdy Piekorz czy choćby ostatni „Palimpsest” Konrada Niewolskiego – to wszystko filmy, którym brakuje głębi. Pozostają ciekawe jedynie w warstwie karykaturalnego opisu rzeczywistości, nie czyniąc jednak do niej żadnego przypisu, nie stawiając na jej bazie żadnej nadbudowy. A, jak pokazują doświadczenia z zachodu, można to zrobić i to bardzo zgrabnie. Ten filozoficzny naddatek bez trudu znaleźć możemy w skromnych produkcjach Moodyssona („Lilja 4ever”, „Fucking Amal”) czy ostatnim filmie Forstera („Zostań”), nie mówiąc już o genialnym tryptyku Alejandro Inarritu.

Przypomnijcie sobie „Pogodę na jutro” Stuhra. Film niby ogląda się świetnie i pewnie większość z nas odnajduje się w roli jednego z dzieci głównego bohatera. Ale na samym końcu, kiedy widzimy ogolonego na łyso Stuhra, wyśpiewującego pogodne „hare, hare kriszna”, to, nie wiem jak Wy, ale ja czuję dojmujące rozczarowanie. Nie wiadomo czy się śmiać, czy płakać, bo to iście prostackie zakończenie naprawdę dobrej i ciekawej historii, zakończenie, które nie wyjaśnia absolutnie niczego i zdaje się egzystować tylko po to, aby mieć wymówkę do zaprzestania brnięcia już dłużej w tą historię. Pewnie skończyły się pomysły. Cóż – bywa i tak.

Nie jest problemem fakt, że pokazujemy patologię. Tak robi cały świat. Bardzo źle natomiast, że pokazujemy ją bezmyślnie. Polskie filmy niczego nie uczą – dotykają zaledwie jakiegoś problemu i zostawiają widza bez rozwiązania lub choćby najprostszej wskazówki. Owszem – kino ma pokazywać rzeczywistość, ale, na Boga, niech to wszystko będzie robione „po coś”! Współczesny film fabularny tym się bowiem różni od dokumentalnego, że na kanwie prawdziwej historii buduje się artystyczną fikcję, która dotknie jakiegoś głębszego społecznego problemu. Nie chcę oglądać po raz setny nijakiego filmu o rozpadającym się małżeństwie – wolę film o samotności i wyobcowaniu jednego z bohaterów, o miłości, która zawsze kiedyś w końcu przeminie, o frustracjach i napięciach współczesnego człowieka. Kino karmi się mikrohistoriami, uogólniając je jednak i podając widzowi w taki sposób, aby mógł ją odnieść do własnego życia.

Właśnie tak: u nas zamiast pokazywać problemy i bolączki społeczeństwa kręci się filmy o samym społeczeństwie. Wbrew pozorom to zasadnicza różnica…

Trzeba jednak oddać sprawiedliwość – nie każdy film to obrzucanie Polaków śmierdzącym gnojem. Pamiętam jak rok temu zorganizowano we Wrocławiu Festiwal Filmów Optymistycznych, na którym nie było miejsca dla polskich socjologicznych superprodukcji. Pokazano m.in. kapitalny film Przemysława Wojcieszka „Doskonałe popołudnie” – o przyjaciołach, którzy wbrew „dobrym radom” najbliższych i wbrew obowiązującej modzie na nie-czytanie (wiedzieliście, że przeciętny Polak czyta pół książki rocznie?) postanowili zarabiać na życie wydawaniem książek. I to nie różnych debilnych poradników w stylu „Jak poderwać faceta w 3 minuty” albo „Jak sprawić, żeby ludzie mnie słuchali” (większość księgarni właśnie na takim chłamie robi prawdziwą kasę), tylko prawdziwej i ambitnej literatury współczesnej.

Ta pogodna opowieść także nosi w sobie piętno socjologicznego opisu rzeczywistości, raz po raz przenosząc widza w coraz to nowe rejony – najpierw Gliwice, innym razem Wrocław (i to moje najbliższe sąsiedztwo!), a na końcu jeszcze Warszawa. Historia opowiada o ludziach, którym pomimo szarzyzny świata chce się jeszcze robić coś ambitnego i z nastawieniem na wartości. Ten pogodny moralitet staje się nie tylko satyrą na naszą smutną egzystencję, ale też dowodem na to, że można mówić o Polakach w tonie weselszym niż czynią to Niewolski, Krauze czy Falk.

A teraz uwaga. „Doskonałe popołudnie” nie znalazło się w kinowej dystrybucji! Dlaczego? Nie wiem… może to popołudnie było zbyt pogodne i odebrałoby klientów tym wszystkim smutnym filmom traktującym rzekomo o naszej rzeczywistości. Innych filmów Wojcieszka, jak „Głośniej od bomb” czy „W dół kolorowym wzgórzem” także nie zobaczymy w normalnej kinowej dystrybucji. Mamy za to różne potworki typu „Statyści”, „S@motność w sieci”, „Ja wam pokażę!”, „Hi Way” czy „Palimpsest”. Szkoda. Szkoda na to naszego czasu i filmowej taśmy.

Może jednak w tym szaleństwie jest jakaś metoda? Być może twórcy straszą nas apokaliptycznymi wizjami rzeczywistości ku przestrodze – żeby w przyszłości nie popełniać takich błędów. Psychoterapia w sali kinowej? Moim zdaniem szkoda jednak czasu i na kręcenie i na oglądanie takich filmów. Bo apokalipsę mamy codziennie o 19:00 w TVN i przynajmniej mamy pewność, że nie robi się jej za pieniądze z naszych podatków.

Michał Stankiewicz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *