Krzysztof S. Rutkowski

Nie mam zamiaru się bronić.


Tomasz Rejmanowski: „Krzysztof S. Rutkowski” – to „S” to dla odróżnienia od słynnego detektywa czy od innego Krzysztofa Rutkowskiego, tego pod art.pl ?
Krzysztof S. Rutkowski: Prozaik K.S.Rutkowski pojawił się na świecie w 1994 roku z okazji konkursu „Literacki Start” organizowanego przez bibliotekę w Koszalinie, na którym zdobyłem wyróżnienie. Jeśli więc detektyw Rutkowski już wtedy uganiał się za bandziorami, to na pewno nie robił tego przed kamerami telewizji i mało kto o nim słyszał. A na pewno nie ja. Pisarza Krzysztofa Rutkowskiego też wtedy nie znałem. Teraz wiem, że istnieje i pisze, ale nie znam żadnych jego utworów. To „S” to sprawa bardzo prozaiczna. To skrót od mojego drugiego imienia. Ale niech pozostanie ono moją tajemnicą. Cholernie go nie lubię.

TR: Często Cię z nimi mylą?
KSR: Nie. Ale bardzo często pytają się czy jestem księdzem (śmiech)

TR: Z niejednego pieca chleb jadłeś. Byłeś tokarzem, konserwatorem wind, trenowałeś boks i biegi długodystansowe. Kiedy pojawił się pomysł, by pisać?
KSR :Aby jakoś funkcjonować w społeczeństwie dobrze jest mieć pieniądze. Miałem w młodości kolegów, którzy aby je zdobyć kradli, ale większość uczciwie pracowała. Ja brałem przykład z tych drugich. Dlatego byłem tokarzem, pracowałem na budowie, oraz robiłem wiele innych rzeczy, np. przez kilka miesięcy pracowałem w firmie, w której plotłem lalki z liny sizalowej, tzw. „chochołki”. „Konserwator wind” to jednak jakaś kompletna bzdura, która pojawiła się przy okazji recenzji „Brudnych historii” w pewnej gazecie. Nie wiem skąd jej autor wziął ten mój „zawód”, na pewno nie usłyszał o nim ode mnie, bo ze mną nie rozmawiał. Wyssał go sobie z palca. Jeśli chodzi o początki pisania, to próbowałem już w szkole podstawowej. Na poważnie jednak zacząłem myśleć o tym wraz z pierwszym malutkim sukcesem, właśnie w 1994 roku. To prawdziwy początek.

Krzysztof RutkowskiTR: „Kryminał Tango”… Dlaczego taki tytuł?
KSR: Dlatego że jest „mocny”, przykuwa uwagę i bardzo pasował do okładki, którą od początku miałem w głowie i którą książka ostatecznie dostała. Odradzano mi go, bo ktoś tam podobno napisał taką piosenkę, czy też był wykorzystany gdzie indziej, ale ja nie miałem wątpliwości, kiedy tylko przyszedł mi do głowy. Zrezygnowałem z tytułu „Opowiadania więzienne”, który książka miała pierwotnie i zostałem przy tym. I żeby tytuł dla całego zbiorku nie był „wzięty z księżyca”, zatytułowałem tak jedno z opowiadań, które pierwotnie nazywało się „Psychol”.

TR: A dlaczego zająłeś się akurat tematem ludzi siedzących w więzieniu oraz relacji międzyludzkich za kratami?
KSR: Dlatego że to był rzadko podejmowany temat, a ja na debiut szukałem wyzwania. Po za tym wychowałem się na ulicy, gdzie mało który facet nie miał w życiorysie więziennego epizodu i praktycznie od małego nasłuchałem się opowieści z pudła. Przelanie ich na papier wydawało się naturalną koleją rzeczy. „Kryminał tango” to tylko niewielki procent tych historii, skondensowanych i przepuszczonych przez sito, w którym zostało, co najlepsze. Na niektóre teksty w książce składa się kilka opowieści i kilka życiorysów naraz, które połączyłem ze sobą, tworząc nowe historie i nowych bohaterów. Koronnym przykładem jest opowiadanie „Hans”. Koleś w rzeczywistości miał ksywę „Klaus” i kiedyś obciął ucho własnej babci, bo nie dała mu kasy na wino. Widziałem to ucho, bo nim zgarnęła go milicja, chodził z tym uchem zapakowanym w pudełko po papierosach po podwórku i pokazywał każdemu, kto chciał zobaczyć. Był nieźle nabuzowany klejem. Miał wtedy jakieś 16 lat. Wiele lat później znowu go spotkałem, pomiędzy jego pobytami w pudle. Rasistowski łysol ze swastykami wytatuowanymi na skroniach, bandzior do szpiku kości. Idealny bohater do pisanej wtedy przeze mnie książki. Tyle, że jego dalsze więzienne losy wymyśliłem.

TR: Skąd tak dobra znajomość warunków i obyczajów więziennych, specyficznego języka tego miejsca?
KSR: Pewnie chciałbyś usłyszeć teraz wyznanie, że siedziałem w pudle i znam to wszystko z autopsji, ale nic z tego. Owszem, znam kraty i cele, ale tylko w areszcie miejskim, do którego trafiłem za głupotę i błędy młodości, a w nim się długo ludzi nie trzyma. W „Kryminale tango” opowiadaniem, pod którym mogę się w całości podpisać jest „Noc w areszcie”, reszta tekstów z moim „więziennym” doświadczeniem nie ma nic wspólnego. Chociaż wiem, że mówiło się o mnie inaczej. Zwłaszcza kiedyś, kiedy kilka gazet wzięło na tapetę „Kryminał tango”. Co rusz padały w recenzjach określenia „były więzień”, „spisane w celi” itp. Pewnie „wsadzenie mnie w więzienny pasiak” ułatwiło ich autorom to, że w tytułowym opowiadaniu jeden z bohaterów nazywa się Rutkowski i pisze w celi opowiadania. Ot, mała literacka prowokacja i ilu inteligentnych i profesjonalnych dziennikarzy poszło tym fałszywym tropem(śmiech). I dalej idzie. Parę dni temu ukazał się nowy numer literackiego kwartalnika wydawanego w Kołobrzegu pt. „Latarnia morska”, w którym jakaś paniusia objeżdżając „Brudne historie”, nazywa mnie nie tylko pisarzem dla troglodytów, narcyzem i kimś kto uważa się za literacki pępek świata – czego podobno dowody rozsiane są po książce – ale także byłym kryminalistą, czego dowodem jest „Kryminał tango”!(śmiech) A geneza tej książki o pudle jest zgoła inna i o wiele bardziej niewinna. Tak jak już mówiłem, znałem i znam ludzi, którzy siedzieli. Jedni garowali więcej, inni mniej, ale ile tam nie byli, każdy z nich nasiąknął więzieniem i miał do opowiedzenia kilka historii. Czy to były historie własne czy cudze, prawdziwe czy ubarwione, nie wiem, ale czasami fajnie się ich słuchało w jakimś pubie, przy piwku. Kiedy pisałem „Kryminał tango”, okazało się że miałem „dobre ucho” i pamięć.

TR: Nie masz problemów z wydawaniem swoich opowiadań? Język, którym piszesz jest bardzo wulgarny. Nie boisz się dzisiejszych stróżów moralności?

KSR: Stary, gdybym nie wziął spraw w swoje ręce, nie byłoby moich książek. Problemy z wydaniem moich opowiadań były i są. Manuskrypt „Kryminał tango” powędrował do kilkudziesięciu wydawnictw, odpowiedziało odmownie kilka. W tym jedno używając trochę więcej słów niż standardowe: „dziękujemy, ale nie skorzystamy.” To jedno wydawnictwo napisało dlaczego. Bo nie ma zapotrzebowania na rynku na tego typu historie, nikt ich nie kupi, nikt o nich nie napisze. Wydałem więc książkę sam. A kiedy już była, rozesłałem ją po gazetach. Kilka o niej napisało i wcale nie były to złe recenzje. Podobnie rzecz się ma z „Brudnymi historiami”. Wydali mi ją moi teściowie, którzy mają w Koszalinie dużą , dobrze prosperującą drukarnię, ja zająłem się dystrybucją. I jakoś to idzie. Może nie tak wyobrażałem sobie kiedyś swoją literacką drogę, ale nie jest źle. Przynajmniej jestem panem każdego swojego kroku. Sam o wszystkim decyduje, od początku do końca. Dla autora, zwłaszcza piszącego tak jak ja, to duży komfort. I dlatego mogę sobie wydrukować swoje teksty w pierwotnych, nieraz mocno wulgarnych formach, nie obawiając się jakichś zabiegów cenzorskich, którym wiele z nich być może zostałoby poddanych w „normalnych” wydawnictwach. Mogę też zaprosić do współpracy kontrowersyjnego fotografa, jakim jest Krzysiek Sadowski i zilustrować swoją książkę jego erotycznymi zdjęciami. Rutkowski pod szyldem Intro-Druku, przelewa na papier swoje wizje, bez oglądania się na innych, a już tym bardziej na jakichś samozwańczych stróżów moralności, którymi ostatnio obrodziło w naszym kraju.

TR: Wulgarność to sposób na sukces? Słyszałem taką opinię, że dziś trzeba być kontrowersyjnym i wulgarnym, by ktokolwiek zechciał wysłuchać, co ma się do przekazania. Zgadzasz się z tym?
KSR: Myślę, że nikt nie zna sposobu na sukces, a już z pewnością ja go nie znam. Gdybym taki sposób znał, to bym już ten sukces odniósł. A ciągle jestem tu, gdzie jestem – w literackim podziemiu, niezgrabnie próbując z niego wyjść. Sukces to kwestia przypadku. Po prostu artysta coś tworzy i okazuje się, że trafił tym w dziesiątkę. Że świat akurat na coś takiego czekał. Raz ktoś wstrzeli się w sukces kontrowersją i wulgarnym wrzaskiem, innym razem spokojem i szeptem. Myślę, że na świecie jest tylu różnych ludzi, że każdy twórca znajdzie swoją publikę. Tyle, że jedni znajdą jej więcej od innych… i odniosą sukces. Nie, nie zgadzam się z tą opinią.
Krzysztof Rutkowski
TR: A Ty co chcesz przez to osiągnąć? To środek artystycznego wyrazu? Artystyczna ekspresja? Znam takich, którzy twierdzą, że dziś wystarczy krzyczeć głośno i dosadnie, niekoniecznie słusznie. Co Ty na to?
KSR: Chodzi ci o język, którym pisze? Słuchaj, dotychczas pisałem głównie o ludziach, którzy w jakiś sposób spieprzyli sobie życie, którzy dźwigali bagaże złych doświadczeń, którzy odreagowywali swoje niepowodzenia pijąc na umór lub stosując przemoc. Pewnie ktoś zdolniejszy ode mnie, opisałby ich przegrane życia, bez używania brzydkich wyrazów i w ogóle nie stosując języka, którym ci ludzie posługują się na co dzień i być może byłoby to piękne, wartościowe, odkrywcze i w ogóle warte uwagi i nagród…Ale mój talent jest jaki jest, a zresztą ja zawsze wole drogę na skróty. Dlatego kreując bohaterów moich opowiadań, nie wysilam się zbytnio. Pozwalam im mówić ich własnym językiem, pełnym przekleństw, prostoty, powiedzonek rodem z rynsztoka. A żeby być jeszcze bliżej nich, przeważnie pozwalam im mówić w pierwszej osobie. Robie to głównie dla mojej wygody, bo uwielbiam ten rodzaj narracji. A że jak na razie nie pisze o rzeczach pięknych i romantycznych, więc wulgarność języka z moich opowiadań to środek artystycznego wyrazu wynikający z konieczności. Nie widzę innego sposobu, aby opisać tych ludzi i świat, w którym żyją. Być może nie umiem inaczej. Myślę, że czasem krzyczę głośno i dosadnie i zawsze słusznie. No, ale ja nie jestem obiektywny. Być może tam, gdzie ja widzę sens i treści, inni dostrzegają tylko pustkę i nicość.

TR: „Autor ma niewyparzony język i ręce drwala” – przeczytałem o Tobie. Masz ręce drwala?
KSR: W sumie odpowiedź na poprzednie pytanie, częściowo mogłaby się znaleźć i pod tym. Odpowiem tak… Jeśli do opowiedzenia czyjejś pokręconej i brudnej historii używam prostoty i dosadności, a ktoś uważa że to źle i daje mi za to minus, to tak, jestem drwalem. W drodze do sedna historii, nie omijam lasu, tylko wyrębuje sobie drogę przez sam jego środek. Czy to źle? Myślę, że dokładnie tyle samo osób uzna to za zaletę, ile za ich wadę.

TR: Dorobiłeś się już nawet opinii „nowego polskiego Hłaski”. Zgodzisz się z tym?
KSR: No co ty, za kogo ty mnie masz? Hłasko to ikona. Facet, który miał prawdziwy talent, a ja się uważam za rzemieślnika. Moją ambicją jest napisanie paru książek, które można przeczytać bez większego wstydu, zbytniej żenady i od deski do deski. To zdanie, w którym zostałem przyrównany do Hłaski, powiedział kiedyś, a raczej napisał, pisarz Jacek Głębski, po lekturze kilku moich opowiadań na stronie w Internecie. To była taka jego chwila słabości, być może wynikająca z chwilowego braku kontaktu z rzeczywistością, spowodowanego stresem, alkoholem lub czymś innym… Swego czasu Jacek chciał mnie nawet wydać, ale z jego planów wydawniczych nic nie wyszło. A tego zdania to, myślę, że się później trochę wstydził. Chlapnął coś na wyrost i na zachętę, aby zdopingować trochę dopiero startującego w branży. A że w przyrodzie nic nie ginie, wykorzystałem niecnie tą jego wypowiedź przy okazji publikacji ” Brudnych historii”. Była jak znalazł na rozreklamowanie książki. A że to chwyciło, może świadczyć chociażby to, że wszystkie księgarnie internetowe, które prowadzą sprzedaż „Brudnych historii”, użyły tej wypowiedzi do jej podpisania. Hłasko pewnie przewróciłby się w grobie, gdyby się dowiedział, że jakiś K.S. Rutkowski, namaszcza się na jego następcę. Może odpoczywać w spokoju.

TR: Zarzuca Ci się, że w „Kryminale Tango” koncentrujesz się na brutalnych scenach poniżania i wykorzystywania współwięźniów, a z drugiej strony, czynisz to w sposób beznamiętny i bezrefleksyjny. Dlaczego tak się dzieje? Broń się!
KSR: Nie mam zamiaru się bronić. Ilu czytelników, tyle opinii. No i dobrze, tak ma być. Beznamiętność i bezrefleksyjność była zamierzona. Zaczynając pisać „Kryminał tango” z góry założyłem, że nie będę oceniał, ograniczając się jedynie do roli biernego obserwatora. Że to skazani opowiedzą swoje historie, a ja ograniczę się wyłącznie do roli tego, który słucha. No i te ich opowieści są dokładnie takie, jakie snują swoim waflom na kojach, pełne seksu, brutalności, bez wyrzutów sumienia. Ale to tak do końca nie jest… W ostatnim opowiadaniu pokazałem jednak ludzką twarz tych wszystkich więziennych chojraków, pokazałem ich strach i to że oni także płaczą, tyle że pod kocem. Z tą beznamiętnością tej książki, to wcale bym się tak do końca nie zgodził.
TR: Dlatego ostatnie opowiadanie pochodzące z tego zbioru nazwałeś „metamorfozą ze zwierzęcia w człowieka”? Sądzisz, że więzienie ma szansę zmienić człowieka na lepsze?
KSR: Nie wiem czy ma szanse. Myślę, że to zależy od charakteru człowieka. Jeśli ktoś wchodzi za kraty będąc z gruntu zły, nie uda mu się wyjść stamtąd lepszym, to nierealne. Wyjdzie na wolność jeszcze większa paskuda, niż weszła. Chyba tylko dobry, acz pechowy człowiek, ma tam szanse utrzymać się na powierzchni życia, zachować w tym świecie godność i tak dalej… Ale myślę też, że każdy tam, nawet ci tzw.” twardziele,” sam na sam ze sobą, np. w środku nocy, zrzucają maski, myślą o tym, co złego w życiu zrobili, żałują za to, łkają… W końcu ludzie to nie maszyny. Słabość zawsze prędzej czy później przychodzi. O takim zrzucaniu maski przed samym sobą, jest właśnie ostatnie opowiadanie w książce. Fajnie te różne stany ducha ludzi zamkniętych pokazał Niewolski w
„Symetrii”, wcześniej nieźle opisał to Jacek Głębski w „Kryminaliście”.

Krzysztof Rutkowski


TR: Oglądałem „Symetrię”. Zgadzam się z Tobą i przyznaję, że film wywarł na mnie bardzo pozytywne wrażenie – zarówno jeśli chodzi o pomysł, jak i jego wykonanie. Czy o to samo chodziło Ci w „Kryminał Tango” – o ukazanie różnych stanów ducha ludzi zamkniętych w celi?
KSR: To także. Chciałem pokazać więzienie we wszystkich jego barwach. I myślę, że po części mi się to udało. W sumie jestem z tej książki zadowolony.

TR: Twoje opisy warunków życia w więzieniu są drastyczne, pełne obrzydliwości. Plastyczność literacka swoją drogą, ale czy nie uważasz, że to trochę przejaskrawiony obraz? Coraz częściej słychać o siłowniach dla więźniów, salach telewizyjnych czy innych atrakcjach, a nawet o więziennych klubach poetyckich. Nie twierdzę, że nie ma takich więzień, o jakich piszesz, ale…
KSR: Czy naprawdę uważasz, że sale telewizyjne siłownie czy kluby poetyckie, zmienią zamykanych w więzieniach ludzi? Nie sądzę. To może niektórym z nich tylko pomóc zabić czas, którego mają za kratami bardzo dużo, stanowić miły dodatek do codziennego godzinnego spaceru. Pozostaje jeszcze wiele innych godzin, które trzeba czymś wypełnić. Czaj, czy homoseksualny seks to również rozrywki. Także bez większego problemu produkowany w pudle alkohol, czy narkotyki, do których dostęp w wiezieniu nie jest wcale taki trudny. No i przemoc nad słabszymi – naturalna konsekwencja powyższych rzeczy. W pudle testosteron aż kipi i musi gdzieś znaleźć ujście. No i uchodzi w różnych ekstremalnych i drastycznych sytuacjach, które w więzieniach dzieją się nagminnie. Doniczki z pelargoniami na parapetach w celach tego nie zmienią. Nie sądzę, aby ten specyficzny świat przedstawiony w mojej książce był przejaskrawiony. I dam ci na to przykład. Otóż, gdy już ją wydałem, jeden z egzemplarzy wysłałem swojemu staremu kumplowi z podwórka, na adres wiezienia w Czarnym. Odsiadywał cztery lata. Kiedy wyszedł, powiedział mi że ten egzemplarz „Kryminał tango” przez lata krążył po całym wiezieniu, z celi do celi. Wytknął mi kilka popełnionych błędów, ale powiedział, że to i tak dobra robota. A na koniec zaproponował, żebym kiedyś do niego przyszedł, wziął dyktafon i pół litra, to dostarczy mi materiału do drugiej książki o pudle. I żebym się pospieszył nim go znowu za coś wsadzą. Nie zdążyłem przyjść do niego z tą flaszką.

TR: „Brudne historie” – Twoje drugie „dziecko”. Poraża płynący stamtąd pesymizm. Skąd go tyle w Tobie?
KSR: Jego wcale tyle we mnie nie ma. Często się uśmiecham. A dlaczego jest go tyle w „Brudnych historiach”? Składałem do kupy tę książkę z założeniem, że nie będzie to przyjemna lektura. Mówię „składałem do kupy”, bo to wybór z kilkudziesięciu moich opowiadań, opublikowanych głównie w Internecie i kilku pismach. Dokonałem wyboru jakiego dokonałem, myślę że nie jest zły. W tej książce zresztą jest tez kilka jaśniejszych fragmentów i myślę, że miejscami jest całkiem zabawna.

TR: Naprawdę uważasz, że na świecie jest tak źle, tak smutno i ponuro, panuje pełna destrukcja wszystkiego, upadek moralności, zakłamanie – czy to tylko literacka kreacja?
KSR: I jedno i drugie. Chyba nie sądzisz, że świat ma się dobrze. Włącz telewizor i obejrzyj jakikolwiek dziennik, zobacz co się dzieje. Kup jakąś codzienną gazetę i poczytaj…

TR: Moje zdanie w tej kwestii specjalnie nie różni się od Twojego – i też widzę co się naokoło dzieję, dlatego o to pytam…
KSR: Świat się stacza i ten jego upadek potrzebuje kronikarzy. Weźmy chociażby nową gwiazdę francuskiej literatury Houellebecq i zobacz, co on robi. Opisuje, że na świecie jest źle, smutno i ponuro i upada moralność, tylko może w mniej dosadny sposób niż ja. Broń Boże nie przyrównuję się do niego, chcę tylko powiedzieć że Rutkowski – autor , to taki sam cynik i czarnowidz, jak autor- Houellebecq. Mały i wielki, a jeden punkt widzenia.

TR: Brutalnie sprowadzasz na ziemię wszystkich idealistów, którzy chcą zachować garść złudzeń, że nasza rzeczywistość nie wygląda wcale tak fatalnie. Pozbawiasz marzeń o lepszym jutrze. Chcesz być prawdziwy aż do bólu – tak jak życie – i dlatego o tym piszesz?
KSR: Nikogo nie sprowadzam na ziemię, a już tym bardziej idealistów. Bo czy ich można sprowadzić czymś tak błahym jak książka? Jeśli jednak tak się dzieję, to znaczy, że ich ideały miały marne podstawy, skoro słowo drukowane potrafi wstrząsnąć ich światopoglądem…

TR: Wstrząsnąć może nie, ale zachwiać – tak…
KSR: Ja tylko opisuje ludziom tą bardziej ciemną stronę świata. Jeśli zaakceptują jej istnienie – fajnie, jeśli uznają, że zasuwam im jakąś ściemę – trudno. Prawda jednych boli, innych nie, ktoś chce jej, inny się przed nią broni. Życie ma wiele kolorów, a ja pisząc korzystam przeważnie z palety barw zarezerwowanej dla smutku.

TR: Uważasz, że to dobra droga? Nie lepiej jest pisać, jak to wszystko jest wspaniałe, jak wszystko pięknie się układa i zawsze dobrze się kończy? Istna Arkadia – niemal jak w „M jak miłość”. Nie wolałbyś tak? 12 milionów widzów mówi samo za siebie…
KSR: Czy to dobra droga – nie wiem – ale moja własna. Wybrałem ją z premedytacją wiedząc, że przysporzy mi wielu wrogów. Trudno. Pójdę nią dalej. A przynajmniej na razie nie zrobię żadnego nagłego zwrotu w inne literackie rejony. A na pewno w żadne „M jak miłość”… W życiu nie wszystko jest wspaniałe, miedzy ludźmi nie zawsze dobrze się układa i często ich wzajemne relacje nie kończą się wcale dobrze. A ja nie ma zamiaru pisać nieprawdy. Jeśli ktoś potrzebuje złudzeń, ma seriale w telewizji i książki Pani Grocholi. U mnie ich nie znajdzie.

TR: (śmiech) Demaskując bez skrupułów ponure mechanizmy rządzące naszym życiem i kierujące światem, próbujesz pobudzić wrażliwość Czytelników? Ostrzec przed skutkami jej braku?
KSR: To nie jest żadne demaskowanie, tylko opisywanie rzeczy i stanów, dziejących się w ciemnych zaułkach wszystkich miast na świecie, ale także w zakamarkach większości ludzkich umysłów. Ale jeśli uda mi się pobudzić jakimś tekstem czyjąś wrażliwość, to dobrze. Ale nie taki mam cel. Bo nie czuję, abym miał jakąś misje do wypełnienia. Moja proza nie jest ani znakiem ostrzegawczym, ani drogowskazem, w którą stronę najlepiej iść. Czym więc jest? To dobre pytanie, na które ciągle jeszcze nie znam odpowiedzi.

Krzysztof Rutkowski


TR: A może próbujesz otworzyć oczy niektórym w wyższych sferach, wpłynąć na kogoś i spowodować refleksję w umysłach – dać do myślenia i sprowokować do działania?
KSR: Stary, tego nie udało się dokonać Dostojewskiemu i innym wielkim, więc nie uda się to takiemu małemu „pikusiowi” jak ja. Daj spokój.

TR: Pytam, bo piszesz o świecie, którego niektórzy nie chcą spróbować nawet dostrzec, mimo że wiedzą o jego istnieniu, mimo że on jest – i tego nie da się ukryć. To jednak nie jest świat, który można oglądać czasami na ekranie telewizora, a bardziej proza życia – smutna, ale prawdziwa. Czy tak?
KSR: Tak, świat w mojej prozie nie jest zbyt medialny i dla wielu ludzi nie do przyjęcia. Ale jest… Być może bardziej brudny i śmierdzący, ale równie pełen emocji, jak świat ludzi sukcesu. W nim też się kocha i nienawidzi, tyle, że kiedy jest naprawdę źle, zamiast szukać pomocy u terapeuty, szuka się go w najbliższym barze. W tym świecie ludzie zostają sami ze swoimi problemami, z gorzałką na wyciągnięcie ręki.

TR: W „Brudnych historiach” opowiadasz o ludziach z marginesu. Sprawiasz wrażenie zafascynowanego nimi i ich światem. Skąd się owa fascynacja bierze?
KSR: Nie tylko o ludziach z marginesu. Plejada bohaterów tej książki, to nie tylko więźniowie, narkomani, pijaczkowie i bandyci, ale także młodzi ludzie uwikłani nie ze swojej winy w konflikt z prawem, małżeństwo przeżywające kryzys, młody pisarz z całkiem normalną rodziną… I nie sądzę, żebym fascynował się tym światem. Starałem się tylko rzetelnie go pokazać. Jest ciekawy, ma swój koloryt, potrafię się w nim odnaleźć. Ale nie chciałbym tkwić w nim do końca swych dni. I nie tkwię. Wyrwałem się z niego już dawno temu i żyje teraz na zupełnie innym biegunie.

TR: Zarzuca Ci się jednak, że kreacje Twoich bohaterów są niemal zawsze takie same. Że to zwykła kalkomania, bez żadnych cech wyróżniających, bez motywacji w ich postępowaniu… Co Ty na to?
KSR: Nic. Tak jak już to mówiłem, ilu czytelników, tyle opinii. Co ciekawe, te zarzuty, o które pytasz, pojawiają się zwykle w gazetowych recenzjach, nigdy w opiniach czytelników. Publikując „Brudne historie”, zrobiłem rzecz być może bez precedensu na naszym rynku wydawniczym i na stronie redakcyjnej, oprócz adresu strony internetowej i prywatnego maila, zamieściłem numer swojej komórki. Dotychczas dostałem już kilkadziesiąt sms-ów i maili z opiniami na temat ksiązki od ludzi w różnym wieku. Zdecydowanej większości z nich książka się podobała. Krótko mówiąc „kupili” te historie takie, jakie są. Owszem, wśród tych maili i sms-ów były i takie, w których radzono mi, abym przestał pisać, ale to margines. Wiesz, ostatnio przeczytałem gdzieś wypowiedź Bogusława Lindy, pod którą i ja mógłbym się podpisać. Powiedział coś takiego, że ma gdzieś, jak jego role przyjmują krytycy, interesuje go wyłącznie zdanie widzów. Mnie interesuje, co sadzą o mojej prozie zwykli czytelnicy, którzy nie produkują się na łamach gazet.

TR: A Rutkowski – autor utożsamia się z Rutkowskim – bohaterem? To Ci sami ludzie czy dwie różne osoby?
KSR: To zawsze były dwie różne osoby… Rutkowski-bohater to najczęściej przejaskrawione i nadmuchane alter ego Rutkowskiego-autora. Czytałeś „Księżycowy park” Breta Eastona Ellisa? Jeśli nie, to przeczytaj, zrozumiesz, do jakich rozmiarów może to się rozrosnąć.

TR: Jakim człowiekiem jest zatem Rutkowski – autor?
KSR: To fajny, sympatyczny, wyluzowany facet (śmiech). A tak na poważnie, to nie wiem, jaki jestem. Myślę, że nie jestem gorszy od innych, a od niektórych to chyba nawet lepszy. Nikt nie poluje na mnie z nożem i nie boje się wychodzić wieczorem, więc chyba nie jest źle. Mam wady i zalety. Nie jestem święty, ale na bilet do piekła też chyba jeszcze nie zasłużyłem.

TR: W jednym z opowiadań Twój bohater zostaje poddany surowej i bolesnej ocenie przez pracownika wydawnictwa. To czysta fikcja literacka, ukazanie trudności, na jakie napotyka niepokorny twórca, czy może oparte na autentycznych wydarzeniach przykre doświadczenia? A może to Twoja ocena swojego własnego pisarstwa?
KSR: To każda z tych rzeczy. Niepokorni twórcy zwykle mają o kilka stopni więcej do pokonania, niż ci wszyscy, którzy tańczą w takt muzyki i być może dlatego tak niewielu z nich się wybija, bo za szybko rezygnują. Albo dają się wciągnąć w szeregi pokornych, często zaczynając tworzyć wbrew sobie, używać języka, którego nie czują, często wstydząc się tego co robią. Najczęściej czynią tak, aby mieć kasę. Ja na szczęście nie muszę się sprzedawać wszechogarniającej komercji, bo nie żyje z pisania. Mam niezłą prace i żonę, która świetnie radzi sobie w biznesie. Nie mam więc podobnych dylematów. Mogę się realizować, jak tylko chcę. I jeszcze jedna ważna rzecz – wcale nie uważam się za literackiego geniusza. To tylko kilka nieżyczliwych osób po gazetach i na internetowych forach dorobiło mi tą gębę.

TR: „Brudne historie nie są ani dobrze, ani sprawnie napisane, ale właśnie ta wolność od zasad ma lokować piszącego na zaszczytnym literackim marginesie.” To prawda? Zgodzisz się z taką opinią?
KSR: Nie. Większość z tych ludzi, którzy kupili „Brudne historie” uważa, że to ksiązka dobrze i sprawnie napisana i że czyta się ją od deski do deski. Zaufam im.

TR: Masz dwie córki, żonę. Jak one reagują na Twoją twórczość – powiedzmy szczerze – raczej mało subtelną i romantyczną, daleką od „kobiecych” harlequinów? (przepraszam w tym miejscu wszystkie urażone Panie – wiem, że to tylko, być może niesprawiedliwe uogólnienie – TR)
KSR: Córki taty jeszcze nie czytają, a żona sporadycznie. To subtelna kobieta, znacznie bardziej ułożona niż ja, więc za często nie ryzykuje spotkań z twórczością swego ślubnego. Powiedzmy, że nie jest nią zachwycona i chyba bardziej by się cieszyła, gdybym pisał harlequiny.

TR: Mimo krytyki, zbierasz też wiele pochlebnych recenzji. A jak to jest u Ciebie z popularnością? Często bywasz zapraszany na jakieś wieczory literackie, gdzie możesz zaprezentować się szerszemu gronu odbiorców?
KSR: Nie jestem popularny, nikt mnie nie zaprasza. Nie ma więc problemu.

TR: Radio i telewizja nie wali drzwiami i oknami?!
KSR: Przy okazji wydania pierwszej i drugiej książki, byłem w lokalnym radiu, parę migawek o mnie puściła też kiedyś lokalna telewizja. To wszystko.

TR: Niespecjalnie, jak widzę, nad tym ubolewasz… Nie chciałbyś zaprezentować się kiedyś szerszemu gronu odbiorców na żywo?
KSR: Za tym również jakoś niespecjalnie tęsknie.

TR: Czy poza pisaniem opowiadań, dajesz o sobie znać w świecie kultury w jakiś inny sposób? W jakiej dziedzinie?
KSR: Moje nazwisko pojawiło się przy okazji wystawy Krzyśka „Sado” Sadowskiego. „Ladies No Gentleman” w Gdańsku. Na pracach Sado pojawiły się cytaty z mojej ksiązki. To było jak na razie moje jedyne artystyczne wyjście po za pisanie.

TR: A czy ktoś dostrzegł, docenił i nagrodził Twoją twórczość?
KSR: Mam się czym pochwalić. Ale nie chce mi się wymieniać nagród i wyróżnień w literackich konkursach, w których wziąłem udział. Powiedzmy, że było ich kilka.

TR: Może jednak pochwalisz się nimi Czytelnikom Apeiron Magazine?
KSR: Dwukrotnie przyznano mi Nagrodę im. Zdzisława Morawskiego w Gorzowie Wielkopolskim, poza tym „Bursztynowe Pióro” w Kołobrzegu i kilka podobnych… Lista niewielu osobom cokolwiek mówiąca. Żadnego konkursu, o jakich mówi się w telewizji.

TR: Chciałbyś zobaczyć ekranizację swoich dzieł?
KSR: Pewnie. Film to druga rzecz po książkach, którą kocham.

TR: A jakie kino przyciąga największą uwagę Krzysztofa S. Rutkowskiego?
KSR: Nie mam ulubionego gatunku, ani ulubionych twórców. Kręcą mnie zarówno komedie , filmy sf jak i mroczne kryminały. Oczywiście staram się wybierać dobre i polecane pozycje, chociaż nie zawsze to, co podoba się innym i u mnie zbiera punkty.

TR: Będziesz robił coś w tym kierunku, by kiedyś można było obejrzeć Twoje dzieła na ekranie?
KSR: Chyba droga do ekranizacji nie polega na tym, że autor książki zawraca głowę twórcą filmowym. Chociaż nie wiem, może i tak się robi, nie specjalnie się na tym wyznaje. Jedynym znanym mi pisarzem, który ma kontakty w filmowym światku, jest Jacek Głębski, którego „Kurację „sfilmowali dwukrotnie w Polsce i w Kanadzie. Być może udzieliłby mi paru dobrych rad w tej kwestii, gdyby mi na tym zależało. Ale z drugiej strony, wśród swoich tekstów, jakoś nie widzę niczego, co nadawało by się na film. Ale nigdy nic nie wiadomo, może coś mojego jakiemuś reżyserowi kiedyś się spodoba…

TR: Pozostaniesz przy pisaniu opowiadań czy spróbujesz czegoś większego w przyszłości?
KSR: Chciałbym napisać powieść, ale na razie nie czuje się jeszcze na siłach. Powiem ci tylko, że ilekroć zaczynam coś pisać, mam nadzieję, że rozwinę to w powieść. Ale jak na razie, kończy się na dłuższych lub krótszych opowiadaniach.

TR: A co Krzysztof S. Rutkowski robi, gdy nie pisze?
KSR: Pracuje w drukarni, dużo czyta, biega po lesie, okłada worek bokserski, chodzi na spacer z dziećmi i czasem towarzyszy żonie w zakupach, co niezbyt lubi. Wiedzie nudne, mieszczańskie życie.

TR: Z innej beczki teraz. W jednym z Twoich opowiadań można przeczytać: „Prawdziwym Bogiem zaczyna być pieniądz, a Jezus i reszta tej bandy zaczyna przechodzić do opozycji”. Nie boisz się, że Minister Edukacji odradzi ich lekturę, wysyłając je na indeks ksiąg zakazanych, a knebel cenzury IV RP wymusi na Tobie samobiczowanie?
KSR: Pan minister edukacji może mnie co najwyżej pocałować w nos, a gdyby przyszło mu do wyjątkowo pustej główki, umieścić moje teksty na jakimś inkwizycyjnym indeksie, to postawiłbym mu za to piwo, dziękując za reklamę. A z tym samobiczowaniem, to chyba trochę przesadziłeś. Wolałbym przestać publikować, niż pokajać się publicznie pod presją jakichś religijnych oszołomów i politycznych ciemniaków.

TR: Czy IV RP ma szansę naprawić tę zepsutą rzeczywistość, którą opisujesz w swoich opowiadaniach?
KSR: Ludzie, którzy chcą ją tworzyć, są zakłamani, fałszywi i obłudni i co najwyżej uda się im tylko pogłębić to bagno. Nic nie naprawią, tylko jeszcze więcej zepsują. Pod ich przywództwem przez kilka najbliższych lat będziemy jechać na wstecznym biegu w każdej dziedzinie. Szkoda.

TR: Nie kusi Cię świat polityki? Nazwisko już masz. Zyskałbyś większy rozgłos i zainteresowanie. Może łatwiej byłoby z wydawaniem książek?
KSR: „Rutkowski” to tylko mój pseudonim. Używam panieńskiego nazwiska matki mojego ojca. Moje prawdziwe nigdy mi się nie podobało nad tytułami opowiadań. A polityka, to jeden wielki syf. W wydaniu polskim, teraźniejszym, to syf nieuleczalny. Chciałbyś brać udział w czymś takim? Ja nie.

TR: Ja też nie. To koniec zapytam tylko – przed nami wszakże wybory samorządowe – bojkot czy spełnienie obywatelskiego obowiązku?
KSR: Nie ma mowy o bojkocie. Pójdę i zagłosuje na ludzi spoza rządzącego układu. Może z czasem uda się to wszystko jakoś odkręcić.

TR: Dziękuję za rozmowę.

Z twórczością Krzysztofa S. Rutkowskiego możecie bliżej zapoznać się na jego oficjalnej stronie, a także na łamach Apeiron Magazine, z którym Krzysiek współpracuje.

Rozmawiał: Tomasz Rejmanowski

Zobacz też książki Krzysztofa S. Rutkowskiego:


Ebook – Kryminał Tango
Książkę – Brudne historie

Krzysztof Rutkowski

2 thoughts on “Krzysztof S. Rutkowski

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *