Nie ma sytuacji bez wyjścia (?)

Młoda dziewczyna biegnie ulicą nieznanego miasta. Ucieka. Nie wie, dokąd, nie wie też tak naprawdę przed kim. Może przed własnym życiem? Ale cóż zawiniła? Że opuściła ją matka, zostawiając na pastwę losu? Że musiała wystawiać na sprzedaż swoje ciało, aby mieć na jedzenie? Że łatwowiernie uwierzyła w szansę odmiany swego losu? Brutalnie wykorzystana przez życie, którego symbolem są spocone z wysiłku i podniecenia twarze pieprzących ją biznesmenów. Szwecja, Rosja… żadna różnica. Teraz nie może już ufać nikomu. Pozostała już tylko ucieczka w stronę Nieznanego…

 

 

 

 

 

„Nie ma sytuacji bez wyjścia”. Psychologowie bardzo lubią reklamować swoje usługi tym właśnie, jakże nośnym hasłem. Wszystko jest kwestią naszego wyboru: jeśli idzie źle – dokonaliśmy złego wyboru; jeśli dobrze – nasze wybory były dobre. „Przejmij kontrolę nad własnym życiem!” – grzmią pompatycznie okładki sterty książek „psychologicznych” w księgarniach.

Ach gdyby świat rzeczywiście był taki prosty, to pewnie żylibyśmy dzisiaj, jak królowie w krainie mlekiem i miodem płynącej! Rzeczywistość jednak zbyt często udowadnia, że nie wszystko zależy od nas, że nieszczęścia nie zawsze są dziełem naszych wyborów. Więc kogo? Boga? Innych, mądrzejszych ludzi? A może przypadku?

Stanąć w obliczu sytuacji bez wyjścia z całą pewnością nie jest przyjemnie, ale bez wątpienia czeka to kiedyś każdego z nas. Przyparci do muru niekorzystnym obrotem spraw, przygnieceni ciężarem okoliczności – będziemy zmuszeni rozstrzygać o naszej przyszłości. Ci, którzy w istnienie sytuacji bez wyjścia nie wierzą, powinni wybrać się czasem do kina albo, najlepiej, niech spróbują porozmawiać z pierwszym lepszym napotkanym człowiekiem. Każdy z nas nosi w sobie brzemię traumatycznej sytuacji kryzysowej, której nie dało się w żaden sposób zapobiec…

„Rozłóż nogi i wyjdź na ulicę” – mówi w jednej ze scen ciotka Lilji do swej podopiecznej. Dziewczyna zmuszona została okolicznościami – jest sama, bo matka wyjechała do USA i w pewnym momencie listownie zrzeka się praw do niej. Głodna, bo nie ma za co kupić jedzenia, przemarznięta, bo w jej mieszkaniu elektrownia odcięła prąd. W końcu decyduje się na tak drastyczny krok…

Ma piętnaście lat i żadnych możliwości ucieczki z bagna, w jakim się znalazła. Niespełnione marzenia o wyjeździe do Ameryki, kaleczą ją bezustannie i nie pozwalają zapomnieć, że gdzieś przecież istnieje normalny, sprawiedliwy świat, który, choć na razie dla Lilji niedostępny – być może kiedyś będzie u jej stóp. W końcu urodziła się tego samego dnia, co Britney Spears!

 

 

 

 

„Lilja 4ever” Lukasa Moodyssona z 2002 r. opowiada właśnie taką historię nieuniknionej tragedii, z której w żaden sposób wyswobodzić się nie da, upominając się jednocześnie o respektowanie ludzkiej godności i prawa do życia, w każdej sytuacji i w każdym miejscu na Ziemi. Lilja – młoda dziewczyna z jakiejś zapyziałej rosyjskiej wioski zostaje opuszczona przez matkę, która ucieka z nowym facetem do Ameryki. Zostaje pod opieką ciotki, która raczej nie jest synonimem dobroduszności: wyrzuca dziewczynę z całkiem wygodnego domu i wynajmuje obskurną klitkę w jakiejś walącej się kamienicy. Pozostawiona bez środków do życia Lilja z dnia na dzień z pokornej uczennicy, która do tej pory musiała starać się najwyżej o dobre stopnie, staje się Antygoną walczącą o przetrwanie. Wybór ma również iście dramatyczny: albo „rozłoży nogi” albo wąchając klej zdechnie, jak pies w pełnym karaluchów mieszkaniu…

Niezwykłość filmu Moodyssona polega na zachowaniu wręcz hiperrealności przedstawienia – kiedy na ekran wjeżdżają napisy kinowe, widz nie ma wątpliwości, że Lilja po prostu nie miała żadnego wyboru, gwarantującego jej godne życie. Obraz wręcz przytłacza ciężkością doświadczenia i niepokojącą myślą, że „gdzieś naprawdę może odbywać się taki dramat”. Tym bardziej, że film oficjalnie jest hołdem złożonym dzieciom wykorzystywanym przez porno biznes.

 

Ale to nie tylko socjologizujący obraz współczesnej zaściankowej Rosji. To nie tylko problem 15-latków bez żadnej przyszłości. Bo kiedy Lilja, nie przeczuwając tragedii, w końcu wyjedzie z tej dziury do Szwecji, to po raz kolejny zamieszka w jakiejś brudnej, obskurnej dzielnicy robotniczej z widokiem z okna na szare fabryki, szare domy i szarych ludzi. Nie jest tak, jak w telewizji: kolorowo, czysto i wesoło. Ludzie nie są wcale uśmiechnięci i życzliwi – chodzi im dokładnie o to samo, co w Rosji – o zaspokajanie swych potrzeb na poziomie instynktów.

 

 

 

 

 

 

Historia Lilji przypomniała mi się niemal od razu, kiedy rozpocząłem oglądanie polskiego „Placu zbawiciela” Krzysztofa Krauze. Obydwa obrazy łączy właśnie owy brak możliwych dokonania wyborów, które pozwoliłyby godnie żyć. Zmieniają się tylko realia i otoczenie: to już nie zapadła dziura gdzieś między Moskwą a Petersburgiem, a wielkomiejska Polska. Nie ma tu dzieciaków wąchających klej, nikt nie jest przymuszony przez okoliczności do „rozkładania nóg”. Dramat rozgrywa się niemalże pomiędzy nami – być może za ścianą naszego mieszkania w bloku. I właśnie ten fakt czyni z „Placu zbawiciela” film porażający: to już nie tylko volterowska konstatacja, że „zło istnieje na ziemi”, to głośny krzyk ostrzegający przed złem tak namacalnym, jak faktura ciepłej kołdry naszego bezpiecznego łóżka.

 

 

Zło nie tylko „istnieje na ziemi”. Przede wszystkim istnieje pomiędzy nami. Wzrasta karmione naszą ignorancją i znieczuleniem na postępujące ludzkie zidiocenie i zezwierzęcenie. Wielkim problemem współczesnego świata jest fakt, że nie każda jednostka ma, nie tyle wolę i odwagę do przejęcia kontroli nad własnym życiem, co po prostu nie ma możliwości do dokonania tego kroku. Bo jak zapobiec np. śmiertelnej chorobie najbliższych? Albo jak można ponownie wziąć za siebie odpowiedzialność, jeśli oddaliśmy już życie w ręce innego człowieka? Tutaj zwykłe, promowane z lubością przez rozmaite poradniki „psychologiczne”: „Yes, I can” nic nie pomoże. Niesamowite: nauczyliśmy się bezpiecznie polecieć w kosmos, a wciąż nie potrafimy zapewnić wszystkim ludziom na Ziemi równych warunków do bezpiecznej egzystencji…

 

 

W konfliktach tragicznych katastrofa jest z definicji nieunikniona – szczególnie, jeśli ktoś nie potrafi odróżnić miłości od egoizmu. Filmowe małżeństwo z „Placu…” z pewnością nie zostanie uznane przez widzów za normalne i godne naśladowania: On bowiem choć nie chciał mieć dzieci – ma dwójkę; chciał zaradną i przedsiębiorczą kobietę – związał się z bezbronną i kruchą niedoszłą absolwentką polonistyki, która najlepiej potrafi gotować i zajmować się dziećmi. Ale nie jest zwykłą kurą domową – próbuje walczyć z takim stanem rzeczy – tylko nie udaje jej się dogadać z teściową w sprawie opieki nad dziećmi. Zresztą – studiów nie skończyła. Nie przez swoje nieuctwo, tylko przez ciążę i złudne obietnice męża, że „jakoś sobie poradzą”.

 

 

 

 

 

 

 

„Plac zbawiciela” jest właśnie opowieścią o straconych złudzeniach i stopniowej degradacji wszelkich przejawów człowieczeństwa. Bohaterowie, niczym owoc, zostają przez twórców obrani z wszelkich marzeń i nadziei, osłaniając nagą prawdę o ludziach: ich oportunizmie, wyrachowaniu, bezwzględności i egoizmie. To także opowieść o bezwzględnej konieczności brania za siebie odpowiedzialności w każdej sytuacji: nie wolno doprowadzać do sytuacji, w której partnerstwo zastąpi feudalizm, żona stanie się wasalem swojego męża, a miłość zostanie zredukowana do finansowych kalkulacji.

 

 

„W dramacie Beaty, Bartka i Teresy łączy się wiele parametrów: złośliwość losu, przypadek, chybione intencje. Tak naprawdę niewiele trzeba, żeby wydarzyła się tragedia – mówi Joanna Kos-Krauze. – Najpierw jest myśl, zła myśl, potem słowo, które myśl może zamienić w czyn, na koniec są już tylko konsekwencje. Człowiek budzi się rano i nie może uwierzyć, że to jest jego życie. Jego straszne życie. Bartek, Beata, i Teresa, wszyscy mieli dobre intencje, ale moje „dobrze” nie zawsze oznacza „dobrze” dla drugiego człowieka. Często jest akurat odwrotnie”

 

 

 

 

 

 

W jednej z ostatnich scen, główna bohaterka w akcie desperacji faszeruje siebie i swoje dzieci środkami nasennymi. Dawki są jednak zbyt małe i bohaterowie tego dramatu zaledwie zasypiają skuleni na zimnym peronie dworcowym. Kiedy sen mija i okazuje się, że Beata nadal znajduje się w szarej rzeczywistości, a nie na „łąkach niebieskich”, przychodzi czas na nóż. Bez wahania podcina sobie żyły. Zostaje uratowana i osadzona w więzieniu. Wkrótce dostaje tam wylewu krwi do mózgu i częściowego paraliżu. Oczywiście pytanie, czy stało się z jej winy pozostaje otwarte…

Lekcja empatii, którą otrzymujemy przed kinowym ekranem, z pewnością przyda się każdemu. Rzeczą absolutnie oczywistą jest dla mnie to, że gdyby nie totalny zanik przejawów choćby wzajemnego szacunku (nie mówiąc już o miłości), to do żadnej z przytoczonych wyżej tragedii by nie doszło. Wydaje się, że sugestywnie przedstawione tragiczne sytuacje w filmach spełniają bardzo ważną, społeczną rolę: wyczulają widza na pewne sytuacje, jednocześnie milcząco ucząc go odpowiedniego podejścia do dziejących się
być może obok niego ludzkich tragedii.

 

 

 

 

„Jest jakieś wyjście z matni? Przebaczenie. Dzięki przebaczeniu tej trójce udało się w końcu podnieść – dodaje Krzysztof Krauze. – Warto każdy dzień zaczynać od pytania „Kim jestem?”. Odpowiadając na to pytanie przez całe życie stopniowo docieramy do istoty, sensu. Jeżeli w końcu zrozumiem, kim jestem, odrzucę to, co błahe.” (cytaty pochodzą z oficjalnych informacji prasowych „Placu Zbawiciela”)

Staram się wprawdzie jak ognia unikać teologii, ale w tej sytuacji słowa św. Mateusza będą chyba najlepszą puentą:

„Lecz kto by się stał powodem grzechu dla jednego z tych małych, którzy wierzą we Mnie, temu byłoby lepiej kamień młyński zawiesić u szyi i utopić go w głębi morza. Biada światu z powodu zgorszeń! Muszą wprawdzie przyjść zgorszenia, lecz biada człowiekowi, przez którego dokonuje się zgorszenie. Otóż, jeśli twoja ręka lub noga jest dla ciebie powodem grzechu, odetnij ją i odrzuć od siebie! Lepiej jest dla ciebie wejść do życia ułomnym lub chromym, niż z dwiema rękami lub dwiema nogami być wrzuconym w ogień wieczny. I jeśli twoje oko jest dla ciebie powodem grzechu, wyłup je i odrzuć od siebie! Lepiej jest dla ciebie jednookim wejść do życia, niż z dwojgiem oczu być wrzuconym do piekła ognistego. Strzeżcie się, żebyście nie gardzili żadnym z tych małych; albowiem powiadam wam: Aniołowie ich w niebie wpatrują się zawsze w oblicze Ojca mojego, który jest w niebie. Albowiem Syn Człowieczy przyszedł ocalić to, co zginęło.” [Ewangelia św. Mateusza, 18:6-11]

Jedyna droga wiodąca do naszej zagłady jest droga poprzez drugiego człowieka. Tylko nasze wybory mogą doprowadzić nas na skraj przepaści – miejsce, w którym znalazła się i Lilja (bo była zbyt łatwowierna) i Beata (którą zgubiła wiara w sielankowy patriarchat). Błędy zdarzają się oczywiście każdemu, mimo wszystko powinniśmy szczególnie zwracać uwagę na to, komu oddajemy we władanie nasze życie. Prawdziwą ludzką tragedią jest wybór pomiędzy samotnością, a zaufaniem tym, którzy w każdej chwili mogą nas zdradzić i sprowadzić na nas zagładę…

 

 

Pięć notorycznie gwałconych podstawowych ludzkich potrzeb –
sugestywna grafika z oficjalnej strony internetowej „Placu Zbawiciela”

Michał Stankiewicz

 

 

 

 

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *