Bananowy song – Krzysztof Masłoń

 Leszek Kołakowski w eseju zatytułowanym Szukanie barbarzyńcy. Złudzenia uniwersalizmu kulturalnego pisze: „Wiele jest takich słów wygodnych, których beztrosko i o definicję się nie troszcząc używamy i do których upychamy zazwyczaj pewną ilość absurdów jawnych, niewartych zwalczania, pewne stwierdzenia faktyczne prawdziwe czy fałszywe, pewne oceny nadające się lub nie do obrony, przy czym dobry użytek słowa polega na tym, że skupiając niszczycielską uwagę na absurdach mgliście z nim skojarzonych, atakujemy idee, które nie tylko na obronę zasługują, lecz których obrona może okazać się kluczowa dla losów cywilizacji” [L. Kołakowski: Szukanie barbarzyńcy. Złudzenia uniwersalizmu kulturalnego. W: tegoż: Czy diabeł może być zbawiony i 27 innych kazań. Londyn: ANEKS 1984.].

Pod osłoną słowa kryje się myśl, idea, która podlega interpretacyjnej weryfikacji, empirii i rozmaitym permutacjom. Zawartość słowa „Peerel”, skrótowca „PRL” zostaje poddana synergii w książce Krzysztofa Masłonia Bananowy song. Moje lata 70. w tonie rozrachunku słownikowego.

Tytułem wstępu czytamy, że „lepiej mieć żonę w burdelu niż wspomnienia z Peerelu”. Bananowy song. Moje lata 70. Krzysztofa Masłonia to autorytatywnie wyrażony sprzeciw wobec afirmacji paplania się w gnojówce. Co w sytuacji, kiedy ktoś lubi i chce „tak”: żyć, pisać i myśleć? Czy należy odmawiać prób kolorowania rzeczywistości? Dość fantazjowania na Ten Czas?

Krzysztof Masłoń, krytyk literacki, publicysta „Rzeczpospolitej” jest rozeźlony gloryfikacją epoki gierkowskiej, daleko mu do resentymentów, uprawiania kombatanctwa. Pragnie jedynie skonfrontować prawdy obiegowe z indywidualnymi. Zastrzega się, że książka jest tylko jego pamięcią tamtej epoki.

Bananowy song. Moje lata 70. Krzysztofa Masłonia to alfabetycznie uporządkowany zbiór systematycznie wzrastającej wiedzy, wiedzy buffo o epoce peerelowskiej. Chwilami odnosi się wrażenie jakby była to książka zrodzona ze złości na czas, który notabene ukształtował autora. „Dla mnie był to czas ważny, gdyż – jak miało się okazać – decydujący o przyszłym życiu i tym wszystkim, co było dobre i złe”. Zastanawiam się, czy jest to swego rodzaju darcie kotów z mocarzem-czasem. Kiedy jednak czytam o pierwszym w Polsce ekwiwalencie dionizjów na miarę naszych możliwości, „miejscu, gdzie popkultura trzyma za mordę kulturę, gdzie barman ocenia wartość programu, a prostytutka lub cinkciarz decydują o tym, jaką płytę ma nastawić prezenter i ile razy ma ją powtórzyć”, że posłużę się definicją Janusza Kofty – uspokajam się na chwilę.

Wyczuwa się tu autora-zrzędę, wypowiadającego się o czytelnictwie, git-ludziach, którzy tolerowali autora w ówczesnym świecie, dzielącym się na tych, którzy garowali, garują albo będą garować. Doświadczenie pokazuje, że Masłoń miał tu rację przepowiadając nielicznym git-ludziom sporządnienie. Większość jednak zmeleniła się i zezgredziała.

Wśród 57 rozdziałów szczególną uwagę zwracam na ten, który jest poświęcony alternatywnemu Teatrowi Ósmego Dnia. Teatr ów należał w latach 70. do kultowych. Autorem tekstów dla teatru, reżysera Lecha Raczaka był Stanisław Barańczak (w latach 1964-68 kierownik literacki tej sceny). Zakomunikował o swoim artystycznym istnieniu głośnym spektaklem Jednym tchem, dzięki któremu twórcy Teatru mogli wędrować po Europie; odnosili sukcesy na offowych festiwalach. Wówczas pozycja S. Barańczaka rosła na literackim parnasie. Z czasem jednak recenzji jakby ubywało. Wystawiono Wizję lokalną, potem Przecenę dla wszystkich. Był to Anno Domini 1978. O Teatrze Ósmego Dnia zaczyna się pisać również w kronice sądowej. Czytaj: S. Barańczak był jednym z założycieli KOR-u, działaczem tegoż był Jerzy Nowacki związany z Teatrem Ósmego Dnia, Lech Raczak i aktorzy działali na rzecz robotników Radomia i Ursusa. I w ten oto sposób mecenat nad teatrem: zarząd główny Socjalistycznego Związku Studentów (!) zakazał im występu na festiwalach. Poprzez tę krótką charakterystykę sceny offowej można domniemywać o wektorach pisarskich autora. K. Masłoń jest zainteresowany jawnymi absurdami rzeczywistości. Nie pozwala sobie jednak na swobodne i lotne uwagi ironiczne. Pozostawia to bez komentarza, jak np. tu: „Aktorów ukarano nie za jazdę bez biletów, a skądże. Za pobicie i znieważenie funkcjonariuszy Milicji Obywatelskiej”. Ta wsysająca komedianckość epoki stanowi nie o ironicznym stosunku autora, a nade wszystko o ironii losu.

Nie można jednak powiedzieć, że K. Masłoń wyrzekł się dystansu do peerelowskiego czasu. A skądże! Z ciepłem rozrzewnieniem wspomina czasy dobrobytu społecznego, tj. „swetrów w barwach wymiotnych”, jak powiedziałby Michał Komar. Szukając w książce Bananowy song hasła na literę d odnajdziemy Dobrobyt społeczny, gdzie czytamy o stylu, klasie doby peweksowej, kompletach Safari, wodzie Old Spice kupowanej w Modzie Polskiej, ale i tej nabywanej w mydlarniach. Na chwilę przenosimy się również do punktu skupu rajstop: „Pończochy przyjmujemy tylko prane”.

Bananowy song. Moje lata 70. Krzysztofa Masłonia to wspominki, wypominki, taki-o-sobie obraz familiarno-kulturowo-polityczno-społeczny Peerelu. Autor chce w tej książce zohydzić czas, a jeśli nie ma takich wygórowanych ambicji, to z pewności chce odbrązawiać. To może stanowić o próbie zabrania głosu w wadze ciężkiej. Słowo K. Masłonia zostaje wzbogacone o obraz. Nie mogą umknąć naszej uwadze zdjęcia. Przykładem niech będzie to, na którym widnieje staruszka z dobytkiem na plecach (garnki, kanka na mleko, reklamówka w ręce), chustą na głowie. Opis: Śpiewając idź przez życie / rozkwitaj jak ten kwiat. / Przy dobrym apetycie / i zdrowiu sto lat. Fotografie z rozmyślnym opisem mogą dodawać goryczy. Do czary albo kanki.

tytuł: Bananowy song
autor: Krzysztof Masłoń
stron: 208

Zobacz książkę: Bananowy song

Magdalena Gruda

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *