Dwa kolory

Mówi się, że natchnienia nie powinno się zatrzymywać. Powinno krążyć po orbicie naszego jestestwa niczym Ziemia dookoła Słońca. Powinno oddziaływać na nas grawitacyjnie zgodnie ze wzorem pana Newtona i tak samo jak Freud snom przykazał. Natchnienie, tak pięknie nazwane – Wena. Pasowałoby do nazwy taniego wina, obok „Łez Sołtysa” i „Spermy Szatana”. Już widzę siebie, siedzącego przed pustą kartką papieru i upijającego się jej pomarańczowym odzwierciedleniem.

Dlaczego pomarańczowym? Odpowiem. Wszystko, co ma w sobie za dużo metanolu, powoduje dąsanie się kolorów, więc temu jest pomarańczowe, że nie różowe. „Zamknięte z powodu, że nie czynne”; ona też nie umie na to odpowiedzieć.

Więc jak już siedzę i z białego robi mi się pomarańczowe, wydaje mi się, że posunę się o krok dalej i dojdę do jednego z dwóch końców widma światła białego. Zabarwię to trochę na -> czerwono.

***

Siiiiiiiiiiiiiiii, lej się wreszcie! – Gapiąc się na zbuntowanego towarzysza chwil osamotnienia, ponaglałem go, by przyniósł mi w końcu trochę ukojenia. Łał, po pijaku mi się lepiej rymuje! Chciałem go uderzyć, ale to tak głupio, przyjaciół się nie bije. Zbije go innym razem, jak dzisiaj żadnej samotnej duszy nie znajdę. Albo takiej osamotnionej. Co za różnica, kolega odleciał… już dzisiaj nie wstanie. – Siiiiiiiiiiii, leć no! Bo poproszę kolegi, by mi przyniósł jeszcze jedno piwo! Wtedy sam mnie poprosisz bym tutaj przyleciał i pomógł ci w spowiedzi u Posejdona! A? I co będzie? LEJ!!! – już chciałem go przyciąć rozporkiem… – wiesz, że nie lubię pić kiedy jestem niedosikany! – …dałem mu ostatnią szansę i zagrałem na litość. Zlitował się. Uff… Ech, co? Jak o sikaniu to czytać nie będziesz? Brzydzisz się? Przecież to jest ta druga strona medalu ludzkiej natury. Ale oczywiście, ja też wolę, jak mi zajączek refleksu świetlnego przyświeca z tej pierwszej! Kto lubi lecieć do kibla, kiedy jest się w kinie, albo przerwa na reklamy była pięć minut temu i zaraz mają zabić kolejnego łobuza? A? A tutaj – siku! LAĆ! Ściska chyba w żołądku, w każdym bądź razie dusza się buntuje i za ciężko jej to brzemię nieść. Zaciskasz uda, zginasz się w pół albo nogi szeroko jak horyzont rozkładasz. Kierowca mówi – „do postoju jeszcze pięć minut” – (klozet zamknięty, bo kto lubi się babrać w siuśkach?) – i po pół godzinie wychodzisz blady, zalany potem i z bólem brzucha. Później jeszcze kolega nie chce, jak natura przykazała (od czasu do czasu) opaść i wycelować w ucho Posejdona. A tak sikasz po ścianach, albo przynajmniej po desce. Już wiesz, czemu w męskim kiblu zawsze jest wszystko (z sufitem nieraz włącznie) zachlapane. Ale my tutaj rozpatrujemy inny przypadek.

1. Jest późny wieczór, albo wczesny ranek. „Człowiek jest miarą wszystkich rzeczy”, jak to mawiał Protagoras, więc sam sobie Czytelniku wybierz.
2. Miejsce to dyskoteka albo klub nocny. W każdym bądź razie ze striptizem.
3. Nie piłeś coli, albo soku z Tymbarku, tylko cukier w płynie lub chmiel.
4. Rzeczywistość już zmieniła swoje współrzędne.
5. Przyjaciel przed tobą dostał kaca i nie da rady już „stać”, a tym bardziej „tańczyć”.

Summa summarum – TRAGEDIA!!!!!

*** Ale nie martw się, zawsze może być weselej! ***

I tak się stało tego wieczoru.

W końcu nacisnąłem guzik „Push” i usłyszałem odgłos rajskiego wodospadu. Posejdon wysłuchał moich modlitw. Chwilę później zorientowałem się, że grzechy spłynęły też małą plamką na moją koszulę. W każdym bądź razie, może jeszcze zdążę wsadzić Loli pieniążek za sznureczek przy pośladkach, zanim skończy tańczyć, bo nigdy nie myślałem, by nazwać to majtkami. Zadowolony ze spowiedzi, wyszedłem z klaustrofobicznej kabiny i podszedłem chwiejnym krokiem do zlewu. Tak fajnie po drodze mi obraz skakał. Kiedy ja w górę, to on też w górę, ale jakoś tak później i zygzakiem, a jak ja w dół, to on szybował. W każdym bądź razie zimna woda oblała mi ręce (ciepłej nie było, kurek wykręcony) i przy okazji koszulę. Mydła nie ruszałem, bo kiedy piąty raz temu tutaj wszedłem, jakiś zadowolony małolat domieszał tam swoich kijanek.

Był odrażający, odpychający, a zarazem był taką ciekawą jednostką, jak rozciągnięty na długość bieżnika od ciężarówki kot na asfalcie. Później, kiedy postanowiłem, że zaproszę kolegów do zabawy w „operację” (pamiętaj nie ruszaj krawędzi… BZZZZZZZZZZZ) jego twarzy, dowiedziałem się od nich, że to był ich pomysł. Powiedzieli, że postawią mu drina, jak to zrobi (on nie miał dowodu, a „dziewczyna” go dzisiaj rzuciła i chciał się upić). Debil zrobił, nagrano go na komórkową kamerę (trzecie oko sprawiedliwości! Ilu to polityków przez to wpadło i jak nauczycieli pouczono!), a picia nie postawiono, tylko nastraszono, że jak im nie zapłaci, to pokażą to właścicielowi speluny. Chłoptaś się przestraszył, kasę oddał, film „skasowano” i wydawało się, że wszystko dobrze się skończyło. Właśnie, sobacza mać, wydawało.

– Zo ty frajerze tutaj ro-obisz? – w lustrze zauważyłem chłoptasia wspartego o drzwi konfesjonału. Trzymał rękę w kieszeni i energicznie nią poruszał. – Jeszcze ci mało?
– Ty nic kretynie nie rozumiesz. Ja cierpię nie rozumiesz? – Popatrzył w moją stronę. Myślałem, że zaraz wskoczę na drugą stronę lustra. Miał tak paskudnie przerażającą mordę – malutkie, zielone oczka, pucowate i czerwone policzki (albo z wściekłości albo rozkoszy wtedy nie wiedziałem), sterczące uszka i wybity przedni ząb, łysy i zdawał się być nie z tego wymiaru – kilkoma słowami podsumowania; jak efekt uboczny opadów radioaktywnych po Czarnobylu.

– Rozumiem, cierpisz, a mi się sucho robi. Kurwa… oblałem się.
– JA CIERPIĘ!! A WY MI CHOLERNEO PIWA NIE POSTAWILIŚCIE!!!
– Bideaku, co to za nie-e-e – potrząsnąłem głową, żeby płytę nastawić (wiadomo, spity jak bela na spływie byłem)e-e-e-e TFU! Niewiasta – a była?

– Piękna. – W tym momencie chyba się uśmiechną, bo ząb wysunął się spod górnej wargi. – Miała taki piękny uśmiech… i ten pieprzyk na policzku… jej spojrzenie, jej ruch. Jej plecy, jej dłonie…
– A jak się nazywała? – Kulturalnie chciałem kontynuować rozmowę. Zaskoczyło mnie, że nie wspomniał o twardości sutków, albo przynajmniej wielkości dupci. Nie miałem, co się spieszyć. Lola już skończyła swój występ. Słyszałem coś jakby brawa. Poza tym ciężko mi było wyrwać cały kawałek papierowego ręcznika z podajnika „automatycznego”. Mogłem zagaić rozmowę.
– Nie wiem. – W tym momencie jego ręka przestała drżeć w kieszeni. Ale na twarzy nie pojawił się uśmiech. Chyba nic się nie pojawiło, nie wiem. Skoncentrowałem wzrok na kieszeni. Byłem zaskoczony i przerażony. Chyba chciałem uciekać…
– Bardzo oryginalnie, nie-e powim. – Powoli skierowałem krok w stronę wyjścia.
– Nie żartuj sobie! Ja naprawdę ją kochałem! – Stało się coś niedopisania. Wyjął rękę z kieszeni, a wraz z nią wysunęła się czarna figura beretty.

– Yyyyy… masz dużą kieszeń – Spanikowałem, chciałem uciekać… Beznamiętnie wycelował we mnie. Dziękować nadprzyrodzonym siłom czuwającym nad światem, dzięki temu rano nie miałem kaca – wyrzygałem na podłogę. I koszuli też się oberwało. Po chwili, jak tylko złapałem oddech, poczułem jak mi pulsują skronie. Położyłem rękę na czole. – Zabij mnie. Albo daj pi-i-stolec sam siebie wyko… – znowu HCl pacnęło o podłogę i przy okazji obryzgało buty chłoptasia. I moją koszulę. Łomotało mi w skroniach jak czołgi w czasie urodzin Stalina. Czarne motylki przed oczyma atakowały mnie wściekle. Ktoś (chłoptaś) pomógł mi dostać się do zlewu. Ktoś (Chłoptaś) odkręcił wodę i chlusnął mi w twarz. Natychmiast otrzeźwiałem umysłem, ale w głowie mi jeszcze szumiało i obraz nie był stabilny. Chłoptaś odsuną się ode mnie tyłem. Po drodze wdepną w kolorową mozaikę z mojego obiadu i znowu oparł się o drzwi konfesjonału.
– Dzięki. Mimo iż spróbowałeś mnie zabić, uratowałeś mi życie. – Z jego strony zero reakcji na moje słowa. Kontemplował przeźroczysty strumyczek wypływający z jednej z kabin. – Chodź, postawie ci tego drina. Albo jak chcesz to i zapłacę, byś mógł poznać zapach kobiety, tylko odłóż już tego pistoleta. – Nie dałem rady ruszyć się od umywalki. Stałem przyklejony do niej plecami.

*** Cisza *** tylko łomotało mi w skroniach. Chwilę później muzyka dotarła zza drzwi, zirytowała mnie nieziemsko. W ogóle chciałem się już walnąć na wygodnym wyrku i pozwolić obmacać Morfeuszowi.

*** Zmienił się mój świat***

A koszula dostała kolejnej mieszanki chemikaliów.

***Łup!!!***

Nie wiem, co pierwsze, mózg czy krew chłoptasia mnie ochlapała. Już prawie zapuściłem w nierówno ułożonych, kiblowych kafelkach korzenie, kiedy ktoś roześmiany wpadł do toalety. Niewyraźnie rozpoznałem Żelowego Gumisia (tak nazywam ludzi z żelem we włosach, prawa, że zabawnie! Ach, jak mi się udało! He!) i dziewczynę z pieprzykiem na policzku. Chyba im też udzieliło się sadownictwo i postanowili zapuścić korzenie. (Zapomniałbym – ta dziewczyna naprawdę była ładna. Wiadomo, to Lola!)

– Widzę, że wy też trafiliście do wytrzeźwiałki. – Chciałem być zabawny. Bolała mnie głowa. Uciekli.

Wyszedłem z toalety. Jakaś baba pisnęła, muzyka przestała grać. Podbiegło do mnie ze trzech goryli, ale postanowili nie dotykać. Obstawili mnie dookoła i kazali udać się w stronę wyjścia. Panika. Wszyscy zaczęli uciekać. Wiecie jak śmiesznie wyglądają pośladki striptizerki na mrozie? Nie wiecie? Ja wiem – dostają gęsiej skórki.

***Obudziłem się*** w miejskiej wytrzeźwialni. Spadłem z łóżka, bo kontrolowanym zejściem tego nazwanie byłoby bluźnierstwem i dopadłem stalowych drzwi. Jak załomotany zacząłem walić i drzeć się by przyniesiono mi wody. I pozwolono się wykąpać. Przede wszystkim – zmienić koszulę.

***Teraz stoję w fioletowym garniturze*** – nie miałem czarnego – na pogrzebie najbardziej zakochanego środka na kaca na świecie. Czuję się już dobrze, w sensie fizycznym, bo psychicznym – jestem zdruzgotany. To straszne, co miłość robi z ludzi. Już nie piję. NIGDY!

*** Przyglądam się czerwonemu zachodowi słońca***

Ale nie martw się, zawsze może być weselej!
Cisza
Zmienił się mój świat
Łup!!!
Obudziłem się
Teraz stoję w fioletowym garniturze
Przyglądam się czerwonemu zachodowi słońca

Pogrążony w granicach widma światła białego…

Dymitr Misiejuk

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *