Kiedyś

Tego dnia nie spodziewałem się nikogo, a jednak nie było mi dane skończyć. Chciałem rzucić to wszystko w cholerę, przekreślić całe moje bezwartościowe życie, w którym nic nie działo się po mojej myśli.

Zawsze musiałem równać do kogoś, bo ktoś tego chciał. Mi nie zależało, by osiągnąć coś za wszelką cenę, ale ciągle ktoś stał nade mną, jak esesman z pałką i tępymi uderzeniami w tył głowy starał się mnie zmotywować do działania. Ładny mi sposób na motywację… Może właśnie ze względu na natrętny charakter środowiska, w którym żyłem postanowiłem, co postanowiłem.

Dziwne, że… raczej tragiczne, bezsensownie żałosne, ale moją pierwszą samodzielnie podjętą w życiu decyzją, miała być decyzja o odebraniu sobie życia. Ale nie było mi dane skończyć…

Myślałem, że stanowczość podejmowanych przeze mnie od tej pory decyzji wystarczy, by po raz pierwszy w życiu coś mi wyszło. Siła losu okazała się większa od mojej determinacji. Może absurdalność zaistniałej sytuacji spowodowała, lub przyczyniła się w jakiś sposób do mojej małej klęski.

Postawiłem na swoim, chciałem coś zmienić, może zacząć od nowa i… skończyć! Jaka piękna tragedia! Może to lepiej, że tak potoczyły się wydarzenia. Mogę mieć tylko taką nadzieję!

Nie spodziewałem się nikogo, więc od samego rana rozpocząłem przygotowania. Może wydawać się głupim moje zachowanie, ale dla przykładu zastanawiałem się, czy powinienem jeść śniadanie. Przecież to i tak bez znaczenia! Za kilkanaście minut miałem dokonać swego żywota, a moja głowa zaczęła tworzyć podobne bzdury. Też mi cholera poważny problem. Ale co począć, zastanawiałem się i prawie bezwiednie udałem się do kuchni. Płatki na mleku, tak zawsze wyglądało moje śniadanie. Zdrowe jedzenie…

Pomyślałem – człowieku, co ty wyrabiasz. Miałeś coś zrobić, a tymczasem zajmujesz się sprawami, które tak się mają do twoich postanowień, jak kolor skarpetek do wielokrotności orgazmu twojej kobiety! – przestałem myśleć i przystąpiłem do działania. Po krótkim czasie na środku mojego pokoju stał stołek, a nad nim wesoło dyndał sznur. Sznur uformowałem w obręcz, by ta po odsunięciu stołka, utrzymała moje ciało w górze.

Potem miało się zdarzyć wiele.

Puk, puk! Natręt stał za drzwiami. Wizjer, judaszem zwany oznajmił mi, że to spokojny listonosz. Pan Spokojny był listonoszem od dwudziestu trzech lat. Ciekawi mnie, czy nie potrafił usiedzieć na miejscu, czy też tak lubił spacery po świeżym powietrzu. Rachunki, rachunki, reklamy, rachunki… wszystko na „r”.

A jednak nie, list sztuk jeden od… Roberta z Racławic. I to do tego pomyłka, nie znam nikogo takiego!

Przyznajcie, że jeśli los się na coś uprze, to nie da za wygraną. Ale taki jest z natury los – nieunikniony! Jeśli jednak los nie istnieje, a to, co stanowi przyszłość stwarzamy sami, to stwierdzam, że mam przesrane! Taka sytuacja ma również swoje dobre strony, bo z góry wiem, czego mogę się spodziewać po życiu. Tak mi się wydawało i wydawa… wydaje nadal.

Listonosz opuścił moje progi, zostawiając mnie samego, bezbronnego człowieka na pastwę moich niezrównoważonych myśli i czynów.

Stało się, stanęło i ja stanąłem na stołku. Krawat na mojej szyi, inny niż zwykle, wisiał luźno. No cóż robić? Hop do przodu, bo co innego mi zostało? Jedyna myśl.

I nagle ktoś znowu wyrwał mnie w środku zamierzonej akcji. Pięć kostek palców uderzyło o drewnianą płytę, lub inaczej, ktoś zapukał do drzwi.

Zdenerwowałem się, bo co tu ukrywać…

Ale dobra, pomyślałem, ostatni gość w moim życiu. Dwie szare gałki oczne przekazały obraz z wizjera prosto i szybko do mózgu. Mój mózg, sprawny, choć trochę zaspany momentalnie rozszyfrował obraz, jako kobietę.
Widziałem ją kilka razy w swoim życiu, a w ostatnim tygodniu szczególnie często. Zawsze na ulicy, bądź w sklepie, zawsze ubrana w ten sam brązowy kostium.

Co ona tu? Nie miała się do kogo wybrać?! Pewnie wstała z następującymi słowami na ustach: „O! Dzisiaj wybiorę się do jakiegoś samobójcy i go trochę wyprowadzę z równowagi.”

Otworzyłem i w tym momencie powiało zimnym wiatrem smutku, a słoneczny dzień, który jeszcze przed kilkoma minutami panował za ścianami mego domu, teraz zmienił się w zimny i szary poranek. Jeszcze nigdy nie poczułem tak wyraźnej i szybkiej zmiany pogody. Ale przecież są na tym świecie rzeczy, które się…

Bez słowa przestąpiła próg mego domu i zamknęła drzwi. Nie mogłem wydusić z siebie żadnego słowa. Myśli kłębiły się w głowie, ale zaworek w postaci ust był zamknięty.
Zrobiła krok w stronę końca. Końca tego, czego byłem pewien. To dopiero był mały krok dla jednego człowieka, a ogromny dla drugiego!
Mój dom, jak zawsze pusty, w tym momencie wypełnił się pustką po brzegi. Mówiąc wprost, to właśnie uosobienie pustki, smutku, końca wszechrzeczy i nieuniknionego żalu zaszczyciło mój dom swoją osobą.
– Myślałeś, że jestem wydarzeniem. – zaczęła po chwili ciszy.
– Nie rozumiem… kim ty jesteś? – chyba moja reakcja jest zrozumiała.
– Wiesz dobrze, nie oszukuj się – powiedziała.

***

Po około godzinie wiedziałem wiele. Oj, ta wiedza wcale mi nie pomogła w mojej sytuacji, a nawet w pewien sposób ciążyła na moim umyśle. Pani, która odwiedziła mnie, zajmowała się zabieraniem ludzi w „dalekie kraje”. Miała w tym wprawę, robiła to od bagatela kilku tysięcy lat.

Myślałem, że śmierć to tylko proces kończący cały nasz dorobek, takie podsumowanie, finał. Tymczasem okazało się, że Śmierć to postać. Ach, jaka postać… miała ciało pięknej kobiety, aksamitny głos, była inteligentna. Śmierć była brunetką i leżała teraz obok mnie w moim łóżku. Naga leżała obok mnie, a w mojej głowie trwała burza. Miałem do przemyślenia bardzo dziwną sprawę. Jej propozycja bardzo mnie zdziwiła. W ciągu jednego dnia odwiedziła mnie Śmierć i… no właśnie, już to wystarczy, by zastanawiać się nad swoim zdrowiem psychicznym i umysłowym. Los ma jednak bardziej wyrafinowane pomysły.

***

Na świecie codziennie dzieje się wiele. Nikt nie ma wpływu na wydarzenia, w których nie bierze udziału. Ona znalazła sposób na wiele problemów dzisiejszego świata.

Dowiedziałem się, że brak jest pewnej podstawy, jakiegoś średniego wyznacznika normy. Świat szaleje, a raczej robią to ludzie. Są pewne ogólnie przyjęte normy, których przekraczać się nie powinno, lecz odnoszą się one do niewielu spraw, oprócz tego ulegają z czasem zatarciu. Zapomina się o nich. Dowiedziałem się, że brak usystematyzowania średnich zachowań człowieka. Dziś nie ma już zwykłych ludzi, a pojęcie szaraka przemykającego przez życie ukradkiem, bez wzbudzania czyjejkolwiek uwagi, od dawna straciło sens. Takich ludzi już nie ma.

Dowiedziałem się tego wszystkiego zbyt gwałtownie. Gdybym nie miał żadnego zdania na poruszone przez nią tematy, pewnie łatwiej by mi było przyjąć to wszystko. Ale, czy miałoby to sens? Tak bezsprzecznie przyjąć wszystko…

Ja jednak miałem wyrobione zdanie na większość tematów.
Ona obok wkrótce się obudzi i zapyta, co postanowiłem. Nie. Ona nie śpi, ona czeka na moją decyzję. Ma czas. Nikt inny, tak jak ona nie ma czasu pod dostatkiem. Och, przecież to ona ustala, jak płynie czas! Nawet nie jestem pewien, czy dobrze zrozumiałem jej propozycję.

Chciała, zamierzała… bym stał się jakby jej pomocnikiem? Dobrze, nie będę owijał bez potrzeby w bawełnę!

Śmierć się zakochała! We mnie? Jako człowiek wierzący pozwolę sobie powiedzieć: O Boże! Jej zadaniem było uporządkować kilka spraw na ziemi. Nie powiedziała mi, jakich. Gdy już wybrała kogoś, kto miał jej w tym pomóc, czyli mnie… no cóż stało się!

***

Chciałem śmierci, no to mam! Teraz jest w kuchni. Okazało się, że jej wizyta ma charakter nieodwracalny.
Ja… inaczej, w chwili… gdy tylko przekroczyła mój próg… przestałem istnieć dla tego świata. Mogę teraz dowiedzieć się, co jest dalej, lub zostać z nią. Zabrzmi to dość dziwnie, ale się do niej przywiązałem. Mnie nie ma. Mam to, czego chciałem. Obyło się bez niepotrzebnego fajtania nogami i plucia krwią. To nawet miło z jej strony, że pomogła mi tak odejść. Jej propozycja nie wydaje mi się straszna, ale nie potrafię o tym myśleć.

Chyba moja druga decyzja będzie zupełnie nie zrozumiała dla mnie i mnie samego i całkowicie nieprzemyślana. A miało być tak do końca stanowczo, pewnie itp. Zwyczajnie czuję, że daję dupy, jednak przy niej nie mogę myśleć. Oszałamia mnie sam fakt spotkania jej. Jako człowiek, który nie istnieje mówię sobie: A co tam! Zaryzykuję. Prawda, że niczym nie ryzykuję, więc tym lepiej dla mnie! A może to błąd. Cholerna świadomość! No i co? Nikt nie podejmie za mnie tej decyzji, nikt nie podniesie wyzwania, możliwości, cokolwiek to jest. Nie mam nawet się kogo poradzić. Dobra, zrobię to!

***

Gdy powiedziałem jej o mojej decyzji, nie ucieszyła się. Zupełnie, jakbym jej oznajmił, że Św. Mikołaj nie istnieje. Przyjęła to jako pewnik i chyba wiedziała, jaka będzie moja odpowiedź.

Odeszła. Pozwoliła mi odpocząć i nabrać harmonii, czy coś w tym stylu. Dziesięć godzin to mój czas. Potem już zawsze będę z nią. Przez wieczność!

Gdy wyszła poczułem brak, pustkę w sercu. Za dziesięć godzin zasnę i obudzę się w jednym momencie. Tak przemierzę odległość, drogę… do niej.

„Na szczycie Mont Blanc, twarzą ku zachodowi, gdy słońce wstaje. Cień ukaże ją. To miejsce!”. Tam będziemy na zawsze.

Więc stało się.

Stało! Spotkaliśmy się i trwamy tam ciągle, nikt nas nie znajdzie. Czuję się dziwnie, lecz zaczynam to wszystko rozumieć.

Stworzyłem siedem „praw”. W końcu o to mnie prosiła. Nie mogę przytoczyć żadnego z nich. To rozwiązałoby wszystkie problemy, a co za tym idzie wprowadziłoby brak równowagi. Tak mi powiedziała.
Stanowią one klucz do świata i trwania w nim. Powiem wam jedynie, że każdy się o nie ociera, każdy może je również sformułować, lecz nikt tego nie zrobi!

Każde prawo, wyznacznik, jak wolicie dotyczy jednej ze spraw: prawda, miłość, czas, życie, ludzie, wolność, zło.

Jednakże powiedziane zostało przed wiekami:

„Zapieczętuj to, co powiedziało owych
siedem grzmotów, a nie spisuj tego”.

Zatem nie myślcie o tym i pamiętajcie, że czasem tak, jak ja trzeba wierzyć przeczuciom. Tak bywa lepiej. My trwamy teraz i po wsze czasy. Moje przeczucia nie zawiodły mnie. Żaden naukowiec nie pomógłby mi podjąć lepszej decyzji. Każdy się myli, każdy!

Wiedzcie jednak, że zgodnie z prawami aerodynamiki trzmiel nie powinien latać. Pewnie lata, bo o tym nie wie. Lepiej nie wiedzieć wszystkiego na pewno i zaufać sobie! Wtedy wszystko się rozwiąże. Na koniec mam prośbę: nie myślcie o mnie więcej. Myślcie o sobie i o otaczających was ludziach. Mi już niczego nie trzeba, a wy możecie wokół siebie zrobić wiele!

Miłosz Bryś

One thought on “Kiedyś

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *