Nikt nie mówi dziękuję

Jurek siedział na murku. Lubił to miejsce, było szare i brudne, ale czuł, że było w jakiś sposób jego. Przed sobą miał brudną, blaszaną ścianę marketu, za sobą betonowe boisko, na którym nikt nie grał od dobrych kilku lat.
Splunął i wstał, żeby przywitać rosłego faceta wyglądającego pod czterdziestkę, ale Jurek wiedział, że miał najwyżej trzydzieści.

– Cześć Boa.
– Cześć Jurek. Jak życie?
– Co?
– Pytam jak życie… Jak ci się powodzi?
– Ano dobrze – usiedli na murku – Ale mogłoby być lepiej.
Boa prychnął śmiechem.
– Wiesz, jest pewna robota – Jurek ożywił się – Mały włam, tylko potrzebuję kogoś do pomocy…
– Kończę z tym – wciął mu się spokojnie Boa – Kończę i tyle.
Jurek zasępił się i usiadł wygodniej.
– Wiesz co?- zaczął zamyślony – Ja też kiedyś tak miałem. Tak jak ty, że miałem kończyć… To było jakieś dwa lata temu, ale pamiętam dobrze. Pewnie przez ten wóz strażacki…

– Jaki wóz?
– Oj, nieważne – Jurek machnął ręką – Opowiem ci od początku… To był ładny dzień, chyba sobota. Albo nie, raczej piątek, bo wracałem od Macieja wtedy…
– W dupę, jaki to był dzień. Mów dalej.
– Racja, Boa, racja. Więc idę sobie ulicą i tak myślę o tych wszystkich kradzieżach, a kradłem wtedy raczej drobnostki, i tak mi wyszło, że gdybym tylko miał pracę i tak dalej to może inaczej by było. Wtedy patrzę, a tu na takim słupie, wiesz takim z ogłoszeniami jakieś ręce i napis „kochajmy się”, czy tam „wszyscy kochajmy się”, nie pamiętam już nawet. Śmiałem się, pamiętam, że jak to tak nagle wszyscy mamy zacząć się kochać, przecież ja ich nawet nie znam. Ale myślę dalej, że jakby ktoś tak mnie zaczął kochać, nie znając mnie, to może dałby mi pracę. Czy nie byłoby lepiej? A ja też bym go kochał, więc bym go nie okradał. Prawda?

– Niby prawda, ale Jurek, matkę kochasz?
– No kocham, a co?
– Boś sam mi opowiadał jak jej pieniądze z portfela wyciągałeś, żeby na wódkę mieć.
– Oj, Boa czepiasz się, czepiasz i tyle. – Jurek znowu poprawił się na murku i zaczął mówić szybciej – Bo to nie tak. Jak człowiek mały był, to było inaczej… Sam przecież wiesz. – Wziął głęboki oddech – No. A wracając do tamtej niedzieli… Więc idę i tak właśnie o tej miłości myślę. Że w sumie to, czemu ja mam zacząć kogoś kochać, jeśli nie wiem czy on mnie kocha? Ale z drugiej strony, że może to ja mam zacząć. Rozumiesz? Żeby chociaż spróbować… I tak idę, a to było, rozumiesz, na Willowej, gdzie willa na willi i tak patrzę na te ich wille, aż tu nagle, jakby znikąd, nad dachami dym. Nawet z daleka syreny słychać.

– Ten wóz strażacki? – wciął Boa
– Tak, ten wóz. Nie przerywaj. – Wziął głęboki oddech – Nawet uśmiechnąłem się do siebie, że jakiś dupek dostanie po tyłku. – Obrócił się za siebie i splunął – Ale znowu ta miłość, że co ja się śmieję, przecież jak się kocha to się z nieszczęścia nie śmieje, a ja miałem spróbować. I wtedy, nie uwierzysz, prosto na mnie wybiega taka niezła lala. Dobrze ubrana, widać, z dobrego domu, wpada na mnie, i gubi torebkę. Odbiega i krzyczy, że jej dom się pali. To ja pac za torebkę i już chcę wiać, ale nagle, że nie. – Znowu obejrzał się za siebie, jakby sprawdzał, czy nikt nie podsłuchuje – Już ci nie będę tą miłością truć, ale zamiast wiać gonię ją. Chwila i jestem przy niej. Odwracam ją w swoją stronę i mówię, że ta torebka i tak dalej. Ale ona nie łapie, o co chodzi, tylko o domu wciąż krzyczy. W końcu uspokoiła się trochę, wyrwała mi torebkę i oburzona wybiega na róg ulicy. Bo to tuż przy rogu było, a jej dom był po drugiej stronie ulicy. Niewdzięcznica, myślę. Dupa tam, jaka miłość, głupi jesteś Jurek, tak sobie myślałem.
– Ech ci ludzie – westchnął Boa
– No właśnie, a tu wcale nie… Bo nagle ona, ta lala, rozumiesz, staje na ulicy, odwraca się i krzyczy coś. Myślę, że mi dziękowała, ale nie słyszałem, bo mi syrena zagłuszała.

– Czyli warto było, choćby dla tego dziękuję? – Boa powiedział to tak, jak mówią dzieci, kiedy myślą, że to właśnie chcą usłyszeć dorośli.
– No właśnie w tym problem, Boa, że nie bardzo. Bo nie zdążyłem spytać, o co jej chodzi, jak ten pieprzony wóz strażacki zmiótł ją z powierzchni ziemi – Jurek trzasnął pięścią w dłoń – Bach i już jej ma! Wóz piszczy oponami, ale jej już nawet nie widać. Cholera, nawet nie wiem gdzie poleciała.
Boa kiwał głowa w niedowierzaniu, siedzieli tak chwilę.
– Serio, Boa, nie wiedziałem nawet, co o tym myśleć. Gdzie tu sens?
– A torebka? – Powiedział po chwili ciszy.
– Torebkę szlag trafił.
– Cholera Jurek… to ja już sam nie wiem. Kończyć z tym, czy nie?
– A skąd ja mam wiedzieć. Ale wiem jedno. Czego byś nie robił i jak się nie starał; jest, było i będzie źle i nic, kurwa, nic nie poradzisz.

Tomasz Bilski

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *