Odra

Sama nie wiem, czy tych kilka zdarzeń, o których tu wspominam, mam prawo łączyć w jedną historię. Wcale bym się nie zdziwiła, gdyby ktoś uznał to za „naciągane”, ba, nawet za śmieszne, czy wręcz głupie! Czasem to widzę podobnie. Ale czasem przystaję na którymś moście, patrzę, jak płynie Odra, nieśpiesznie, jakby dumnie i zastanawiam się…

Wszystko zaczęło się od listu Kuby, mojego brata, który mieszka w B., niewielkiej miejscowości pod Opolem, razem z rozpuszczoną jak dziadowski bicz suką (mam na myśli psa!), pracując jako magazynier, co jest jego wielką życiową porażką. Ma bowiem ogromne aspiracje literackie, w związku z czym regularnie, co tydzień wysyła do mnie długi list, w jego mniemaniu arcydzieło epistolografii. Nie chciałabym, żeby ktoś usnął, czytając te jego wypociny, przytoczę więc tylko fragment listu z 23 października 2003 roku:

„(…) Dziś jak zwykle przechadzaliśmy się z Netką wzdłuż rzeki. wiesz, jak się posiada spaniela, jesień przestaje jawić się jako malownicza, romantyczna pora roku. Jest brudna, deszczowa i błotnista! Teraz każdego niemal dnia muszę Netce obmyć łapy i wyczesać zaschnięte błoto z uszu. Ona bardzo tego nie lubi, a przy tym nie mieści się jej w tym małym, kudłatym łebku, że wszystkiemu jest winne jej ulubione miejsce spacerowe, że gdybyśmy poszli do parku, gdzie trawa jest gęsta a alejki wysypane grysem, nie musiałaby znosić tej codziennej toalety.

Tymczasem nad rzeką błoto jest, wierz mi, po kolana. Przynajmniej po kolana Netki, choć przyznać muszę, iż jest to doprawdy urokliwe miejsce. Rosną tam platany, które o tej porze roku zrzucają liście i ziemia pod każdym drzewem przykryta jest srebrzysto brązowym płaszczem…

Ostatnio budzi się w Netce instynkt myśliwski, który, jak sądziłem, hodowcy dawno zdławili w jej przodkach, a tymczasem był tylko uśpiony. Na szczęście zawsze bała się wody i lęk ten wciąż jest silniejszy niż zew natury, nie wskakuje więc za ptactwem do rzeki, ale ciągnie ją tam niesamowicie.

Na dzisiejszym spacerze wydarzyło się coś osobliwego. A może się nie wydarzyło?

Netka, spuszczona ze smyczy radośnie biegała tam i z powrotem, ujadając na wszystko, co się rusza, a ja szedłem bez pośpiechu i ostrożnie, żeby nie pobrudzić sobie nogawek, patrzyłem pod nogi starając się omijać kałuże pozostałe po wczorajszej ulewie i stąpać raczej po kępach trawy, które, na dobrą sprawę nie wiem, czemu są u nas rzadkie i mizerne. Na ślady natknęliśmy się oboje, niemal równocześnie. Netka przystanęła z nosem przy ziemi, po czym podniosła łeb, przechyliła go w taki komiczny sposób i popatrzyła na mnie. Nie boję się nazwać jej spojrzenia pytającym, zresztą odpowiedziałem jej takim samym, bo rzeczywiście, odciski były dziwne.

To znaczy nie w tym sensie, że zostawiło je UFO, dinozaur albo jakieś inne, niezidentyfikowane stworzenie. Przeciwnie, były to widome ślady ludzkich stóp. Tylko, że bosych! No i… prowadziły do rzeki. Właśnie nie „w kierunku rzeki”, tylko prościutko do wody. Niknęły w niej.

Tak, też pomyślałem, że to zastanawiające. Może po prostu, na przykład, czyjś czworonóg nie jest tchórzliwy i wszedł do wody, a właściciel się przestraszył (ja bym się przeląkł, tu jest bardzo głęboko), chciał go wyciągnąć, więc, co naturalne, zdjął buty. Może też ktoś łowił ryby, albo jest morsem i lubi sobie, nawet w październiku, moczyć nogi. Tylko, że nie mogliśmy znaleźć miejsca, w którym ten ktoś z rzeki wychodził. Poszliśmy w jedną stronę, chyba ze dwa kilometry, żaden mors przecież by tyle nie brodził, potem w drugą, aż do kładki, a następnie sprawdziliśmy drugi brzeg, gdyby ten ktoś był miłośnikiem kąpieli rzecznych. Nic.

Wiem, co teraz sobie myślisz – albo to absurdalny żart, albo całe szczęście, że nic. Bo jeśli to były ślady jakiegoś straceńca, który się utopił, dobrze, że nie natknęliśmy na zwłoki. Pomyślałem tak samo. Nie wiem, może zbyt pochopnie, ale zadzwoniłem na policję. Przyjechali bardzo szybko, a ludzie narzekają na opieszałość stróżów prawa. Byli zaaferowani, ponieważ akurat otrzymali zgłoszenie zaginięcia pewnej staruszki, a jej rodzina wspominała, że babunia lubiła chodzić nad rzekę.

To były ślady niedużych stóp, rozmiar 36 i od razu, jak je ujrzeli, pomyśleli o tej kobiecie. Kilka godzin przeczesywali brzegi aż do jazu, gdzie przecież ciało musiałoby się zatrzymać, wołali, sami chyba nie wierząc, że im odpowie:”Pani Zagórowska, pani Zagórowska!”, ale ich poszukiwania były marne. W końcu zrobiło się ciemno i oświadczyli, że dno rzeki zbadają jutro. Stałem tam oczywiście cały czas, czekając na efekty. Jeśli się dowiem czegoś nowego, na pewno Ci o tym napiszę!

Teraz nie mogę zmrużyć oka, ciągle myślę o tych śladach i tej biednej, nieszczęsnej staruszce. Podobno miała Alzheimera. Pewnie nawet nie wiedziała, że powoli pogrąża się w lodowatej wodzie…

Netka też jest niespokojna. Śpi, ale we śnie bez ustanku się rzuca, jakby miała koszmary. Przez cały wieczór była jakaś osowiała, nie chciała jeść, skusiłem ją dopiero pasztetem. Nigdy nie oprze się pasztetowi z królika od pani Halinki.

Ale jest już późno, nawet księżyc zaszedł, a jutro muszę być w pracy przed siódmą, więc spróbuję się położyć. Trzymaj się zatem, siostrzyczko, pozdrów wszystkich i ucałuj mocno ode mnie moją małą chrześniaczkę.
Twój ukochany (jedyny) brat Jakub (i Netka)”

Sprawa najwyraźniej przycichła, w każdym razie przestała dręczyć mojego brata, bo w następnych listach nie wracał już do niej. Poświęcone były krytyce współczesnej literatury, zachwytom nad nagimi gałęziami drzew na tle jesiennego nieba czy też entuzjastycznemu powitaniu przez Netkę pierwszego śniegu (dwie i pół strony kancelaryjnej…)

Ja też zapomniałam o tym, do tego stopnia, że kiedy przeczytałam artykuł w gazecie, nie zwróciłam na niego większej uwagi. Numer zachowałam tylko dlatego, że zamieścili w nim rysunek mojej córeczki, dzięki któremu zdobyła trzecią nagrodę w konkursie „Moja wymarzona klasa”. Notka w gazecie opatrzona była niewyraźnym zdjęciem osoby niesprecyzowanej płci i wieku:

„CUDOWNIE ODNALEZIONA 82 letnia kobieta, która miesiąc temu wyszła z domu swojego syna w miejscowości B., odnalazła się niespodziewanie przedwczoraj we Wrocławiu.

Rodzina zgłosiła zaginięcie Leokadii Z. przed miesiącem. Mimo że w poszukiwania zaangażowała się policja z całej okolicy, staruszki nie odnaleziono. Kiedy wszyscy stracili już nadzieję, znalazła się cała i zdrowa sto kilometrów od miejsca zamieszkania.

Panią Leokadię spotkał patrol straży miejskiej niedaleko Cmentarza Osobowickiego, przedwczoraj około 20.30 wieczorem. Staruszka trzęsła się z zimna, bo pomimo dwóch stopni mrozu była ubrana bardzo lekko, w to, co miała na sobie w dniu zaginięcia. Strażnicy zaoferowali starszej pani, że zaprowadzą ją do domu. Nie reagowała na to, co się do niej mówi, ale bez oporów dała się zaprowadzić na komisariat policji. Chociaż nie miała przy sobie żadnych dokumentów i nie odpowiadała na pytania, policjantom udało się ustalić jej tożsamość. Nazajutrz wróciła do rodziny.

U pani Z. przed czterema laty stwierdzono chorobę Alzheimera. Jak twierdzi jej rodzina, staruszka już całkowicie straciła kontakt z otoczeniem. Mało prawdopodobne jest więc, że kiedyś dowiemy się, jak dotarła do Wrocławia. Chyba, że ktoś z Państwa był świadkiem jej tajemniczej podróży.”

Wówczas przez myśl mi nie przeszło, żeby te dwa wydarzenia jakoś ze sobą wiązać. Może zresztą się mylę i nie mają ze sobą nic wspólnego, tak samo, jak i nie łączą się ze zdjęciem, które zobaczyłam u znajomego wiosną następnego roku.

Ten znajomy ma dwie pasje. Jest zapalonym narciarzem i fotografikiem amatorem. Praktycznie nie rozstaje się z aparatem, bo panicznie się boi, że zobaczy coś naprawdę ciekawego akurat wtedy, kiedy nie będzie go miał przy sobie.

Pokazywał mi zdjęcia, które zrobił podczas wyjazdu w Alpy. Wśród nich pałętały się i inne. Jedno mnie uderzyło.
– To jest dobre, nie? – śmiał się kolega. – Zrobiłem je chyba w listopadzie, koło nas, nad Odrą…
Zdjęcie było, jak to się mówi, „artystyczne”. Kadr obejmował kawałek rzeki, kawałek mostu i kawałek brzegu. Na brzegu plackami leżał śnieg, ale tuż przy moście jeszcze nie stopniał. Wyraźnie było na nim widać ślady bosych stóp, wyglądało to, jakby ktoś wychodził z wody.

Naturalnie skojarzyło mi się to z opowieścią brata. Poprosiłam więc znajomego o odbitkę i posłałam zdjęcie Kubie. Napisałam, że tajemnicze ślady pojawiły się i u nas, więc zapewne to jakiś nowy głupi żart młodocianych dowcipnisiów. Obiecał się na przyszłość tak nie przejmować i nie niepokoić policji bez powodu, oraz podzielił się ze mną „przezabawną anegdotą” o tym, jak to Netka polowała na motyla. Zajęło mu to pół listu i wywołało na mojej twarzy uśmiech… politowania.

Co sprawiło, ze przypomniał mi się artykuł w gazecie i połączyłam go ze śladami stóp w błocie i w śniegu, choć nadal nie mam pewności, że to coś więcej, niż zabawny zbieg okoliczności?

Któregoś dnia moja córeczka, jak co tydzień zresztą, przydźwigała z biblioteki plecak książek. Miała wtedy sześć lat, uważała się za dorosłą i naturalnie od dawna już potrafiła płynnie czytać, ale czasem lubiła położyć się na dywanie, zamknąć oczy i posłuchać, jak czyta jej mama lub tata. Wyciągnęła więc te wszystkie książki, wybrała jedną na chybił trafił i dała mi, a sama wygodnie ułożyła się na podłodze.

Książka była dość stara, ale nie zaczytana. Może dlatego, że nie miała kolorowej okładki i na półce z bajkami nie zwracała na siebie uwagi. Nosiła tytuł „Córka Wodnika”. Napisała ją niejaka Leokadia Zagórowska…

Vratislav Zeleny

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *