Punkt widzenia

Miejsce kierowcy to doskonały punkt widzenia. Przyznaję sam sobie rację kiwając głową, uśmiechając do lusterka, w którym widzicie właśnie moje oczy. Siedzicie z tyłu, daleko z tyłu, więc nie macie się czego bać. Ja wam to dokładnie pokażę, ze wszystkimi szczegółami przedstawię, tak, by nikogo nie ominął ten cudowny widok. Uśmiechacie się? To dobrze. To bardzo dobrze.

Właśnie się dowiadujecie, że jedziemy krajową ósemką w kierunku przejścia granicznego z Czechami. Nie, nie jestem jeszcze w górach. Zwykłe, monotonne, lekko pagórkowate niziny. Tu puszczam do was oko, bo te zwykłe i monotonne to taki żart był. Albo inaczej mówiąc, spowoduję, że wydobędę z nich tę uśpioną moc. Ach, ten literacki kunszt, który zwykle mnie w takich momentach ponosi! Wybaczcie.

Jedziemy sto sześćdziesiąt na godzinę. Włączam arię operową. Nie jest istotne jaką, choć ja to wiem dokładnie. Dla was najważniejsze jest, że to aria, a arię każdy natychmiast potrafi sobie wyobrazić. Prawda? No to skręcamy.

Gwałtowny ruch kierownicą w prawo. Mój ulubiony. Tak samo z tylnego, lecz o wiele lepiej z mojego siedzenia widać, jak świat nagle się przekręcił. Nie, nieprecyzyjnie to nazwałem. Świat, czyli ulica zamieniła się miejscami z zielonoszarą łąką. I wcale nie stało się to nagle. Zobaczyliśmy ten obrót powoli i spokojnie przez ogromną przednią szybę mojego czerwonego samochodu. Właściwie cały teatr tam się rozgrywa, toteż zalecam nie odrywać od niej wzroku.

Obrót trwał jedną dziewiątą sekundy. Prawdopodobnie. Tu, u mnie i tam, u was, na dalekim tylnym siedzeniu, w zupełnym spokoju i bezpieczeństwie odebraliście go jak delikatny skręt łagodnego konia. Samochód powoli się okręcił. Zobaczyliśmy, że drzewa przy drodze zostały niedawno całkiem ładnie przycięte. Mogliśmy podziwiać daleką górę Ślężę oraz szeroką i niezbyt ciekawą przestrzeń między nami a nią. Zapomniałbym o krzaczku. Jeden krzaczek w lewym dolnym rogu. Tak naprawdę zupełnie nieistotny.

Do tej chwili byliśmy w poziomie, ale ponoć samochody przy nagłym ruchu kierownicą w prawo robią coś, co kiedyś jakiś mój znajomy nazywał koziołkami. Ładna nazwa. Skorzystam z niej i opowiem, że teraz zaczniemy koziołkować. Zupełnie subtelnie, powoli i spokojnie, bez strachu, zobaczymy jak drzewa, przestrzeń, góra i krzaczek zaczyna wywracać się w lewo. Spojrzymy na to urzeczeni. Pomyślimy, że tak jak w wesołym miasteczku. I popiszczymy z zachwytu. A ja dodam: a nie mówiłem!?

Całość obrazu z naszego punktu widzenia obraca się osiągając punkt wiszenia na głowie. Wtedy czujemy nierealność sytuacji, wiemy, że to jest piękne i że będziemy podziwiać głęboko wzdychając. Aria wzmaga się, a wy już wiecie, że włączając akurat taką muzykę idealnie oddałem charakter tego przedstawienia. Też się cieszę i by nie było nudno dodam garść kolejnych faktów.

Przy pierwszym obrocie diva śpiewa łagodnie, spokojnie i niebywale pięknie. Świat okręca się bez żadnych zastrzeżeń. My jesteśmy urzeczeni. Jednak drugi obrót dodaje nam pewnych szczególnych wrażeń. Boczne szyby tłuką się w synchronicznym połączeniu z muzyką i obracanym obrazem, a rozpryskujące powoli szkło tworzy konstelacje meteorów przemieszczających się wewnątrz samochodu jak w doskonałej próżni. Powoli i statecznie. Jakby zupełnie nie były w ruchu. Kiwacie głową z uznaniem? Dziękuję, ale to nie wszystko.

Teraz, tuż na początku trzeciego obrotu zauważacie, że coś dzieje się z obrazem. Obraz drzew, przestrzeni, góry i krzaczka, który zresztą zaraz zniknie gdzieś po prawej lekko się zdeformował. Nie będę ukrywał, że dzieje się tak tuż przed pękaniem przedniej szyby. Spójrzcie tu. W prawym dolnym rogu, dokładnie wtedy, kiedy spokojnie uderzamy dachem o delikatną fakturę asfaltu powstaje pęknięcie, które bardzo malowniczo i pięknie zaczyna zmierzać w kierunku środka szyby.

Widzicie? Teraz nawet się rozrasta. Powstają odnogi. Każda zmierzając w swoją stronę próbuje jakby dopaść drugiego końca. Rywalizacja. Doskonałe określenie! I kiedy wygrywa odnoga numer dwa szyba powoli zmienia się w mleczną pajęczynę. Zawsze w tym momencie w oczach stają mi łzy. Wybaczcie. Łatwo się wzruszam.

Zaraz potem, by nikogo absolutnie tu nie znudzić, czujemy, że czwartego obrotu nie będzie. Diva śpiewa wysoko, ale subtelnie, a my czujemy, że w bok naszego samochodu powoli wchodzi coś dużego i podobnie jak nasz samochód twardego. Proszę spojrzeć, nie krępować się. Mamy czas. To jest lewy bok. Szyb już nie ma, więc doskonale widać głęboko granatową maskę Volvo. Nie znam się na modelach, ale powiem, że niezbyt przepadając za granatem ten akurat mi się spodobał. Pięknie wychodzą na nim powolne fałdy gniecionej karoserii. Cudownie igrają lecące powoli odpryski szkła. Przepięknie współgra nasza diva dodając całej scenie lekkiej nostalgii.

Kierowca siedzący za kierownicą granatowego Volvo na początku ma zupełnie nierozumiejącą minę. Prawdopodobnie jeszcze nie pojmuje tego, co się stało. Zatem spokojnie możemy mu pomachać, zrobić kilka zdjęć, czy krzyknąć, że superfajnie rozbija się przednia szyba. On lekko zaskoczony, odkrzyknie, że też się cieszy, że lubi takie widoki i że nasz bok równie malowniczo się wgniata. My podziękujemy i powiemy, że czujemy to dokładnie. Że wbił się już w okolice nerek, ale dzięki adrenalinie nic się przecież nie czuje.

On zaśmieje się uprzejmie i będzie chciał się przedstawić, ale nie zdąży, ponieważ odpadająca właśnie duża część naszej maski powoli zacznie zmierzać w kierunku jego szyi. Uśmiechając się wskażę mu tę jakże nieodwołalną atrakcję, na co on rozłoży bezradnie ręce, zdąży jeszcze pomachać nam na pożegnanie i zobaczymy, jak maska delikatnie, jakby nie chciała go zranić, wchodzi w szyję tego uprzejmego mężczyzny. Odpadająca głowa długo będzie krążyć nad naszymi samochodami. Jeśli pozwolicie nazwę ją naszym naturalnym satelitą.

A teraz ostatni fragment. W momencie spotkania naszych samochodów i dokładnie pomiędzy zetknięciem się karoserii, a powstaniem satelity, samochody nasze okręciły się o sto osiemdziesiąt stopni. Był to ruch powolny, wręcz niezauważalny, tak jak ranek niezauważalnie przechodzi w wieczór, a noc powoli ustępuje brzaskowi. Jednak teraz Diva znowu podnosi lekko wyżej głos, oczarowuje nas swoją delikatną wibracją, dzięki czemu dostrzegam, iż nasze samochody powoli zaczynają się odrywać. Odrywać od siebie niczym prom Atlantis od Międzynarodowej Stacji Kosmicznej. Odrywać jak dłonie kochanków rozdzielanych ruszającym z peronu pociągiem. Odrywać jak dwie połówki jabłka rozcinane nożem. Kto chce niech macha, bo to ostatni widok Volvo. Ostatni widok granatowego dzieła sztuki rozbitej.

Chwytając kątem oka delikatne lądowanie naszego satelity w miękkiej trawie zauważamy jednocześnie, że drzewa po tej stronie drogi, do której się teraz zwróciliśmy nie zostały tak ładnie przycięte. Mnogość gałęzi wręcz przywodzi na myśl zarośnięty i opuszczony ogród w sąsiedztwie, gdzie chodziliśmy się bawić w chowanego i kraść jabłka. Najlepiej smakowały z najwyższego drzewa i właśnie zauważamy, że to najwyższe znowu wyrosło dokładnie przed nami. Podziwiamy jego wielkość, grubość konarów, ostrość rysów. Wiemy już też, która gałąź najbardziej się nam podoba. Tak, to dokładnie ta naprzeciw.

Ta wielka i jednocześnie prosta jak drut. Ta, która tak powoli i z najpiękniejszym tonem wydobytym przez Divę zbliża się do naszego samochodu. Kiwacie głowami z uznaniem. Wielu z was robi zdjęcia. A ja się uśmiecham. Patrzę w popękane lusterko i się uśmiecham. Mówię, by teraz robić je szybciej, bo mogę już dokładnie zobaczyć ile na tej gałęzi rośnie małych gałązek. Już nawet poczuć zapach i dostrzec, jak jej siostra bliźniaczka lekko i z gracją łamie się o malowniczo wygięty słupek naszego samochodu.

A potem mówię wam, że to był najlepszy punkt widzenia, na co wy przytakujecie klepiąc mnie w podzięce po ramieniu, czego ja już tak naprawdę nie czuję, bo bardziej skupiam się na gałęzi, która właśnie przechodząc przez naskórek, co robi dokładnie na środku policzka, łagodnie przedostaje się do wnętrza mojej buzi, łaskocze w język, gardło lekko podrażnia i ociera się przyjemnie o kość, czym uruchamia zawsze ten sam mechanizm przyspieszania, bym znowu nie mógł zobaczyć, jak to się

Szymon Bogacz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *