Wieczny blask nieskalanego umysłu

czyli kilka krótkich, sennych historii.


W dobrym filmie nic nie powinno pojawiać się na ekranie przez przypadek. Jeśli, dajmy na to, para głównych bohaterów siedzi w restauracji, a przez szybę zobaczymy przyglądającego się im nieznajomego, to możemy być pewni, że ów człowiek odegra w intrydze jakąś istotną rolę. Tak samo jest z ekranowym snem. Filmowcy od zawsze pasjonowali się nie tylko jego tajemniczością, ale też skrupulatnie wykorzystywali fakt, że bohaterowie pogrążeni w głębokim śnie tracą kontakt z otaczającą ich rzeczywistością – znajdują się więc potencjalnie w sytuacji zagrożenia.

Kino jednak raczej stara się unikać pokazywania bohaterów w momentach załatwiania czynności fizjologicznych. I bardzo dobrze – bo prócz tego, że rozmaite sceny „łazienkowe” są po prostu nieestetyczne, to są w dodatku piekielnie nudne. Nie inaczej jest właśnie ze snem. Jeśli więc bohater oglądanego filmu ukazany zostanie w tej chwili odpoczynku, to możemy być pewni, że czeka nas właśnie jakaś niezwykle ważna scena i należy wytężyć swój wzrok, aby niczego istotnego nie przeoczyć.

Filmowych funkcji snu jest co najmniej kilka: przede wszystkim chodzi tu o wspomniane już postawienie bohatera w sytuacji zagrożenia. Gość sobie śpi, a tu przez okno po cichu wkrada się do mieszkania cała banda uzbrojonych rzezimieszków: kradną co popadnie, zakładają podsłuchy, czasami może im się zdarzyć jakieś morderstwo… A bohater się budzi i kompletnie nie wie o co chodzi – w końcu włamywacze zaskoczyli go we śnie. Na bazie tego pomysłu powstały już pewnie setki filmów. Można też wymyślić inną historię, nieco bardziej liryczną: bohater zasypia i wraz z nami przenosi się w sferę „życia wewnętrznego”: mogą to być retrospekcje z dzieciństwa, rozmaite koszmary, które go dręczą albo, przeciwnie, niespełnione marzenia. Może w nich wybiegać daleko w przyszłość albo cofać się do przeszłości. W zasadzie we śnie może dokładnie wszystko: jest scenariuszową komórką macierzystą – może przybrać taką formę, jaka tylko przyjdzie autorowi do głowy.

W obu przypadkach jednak chodzi właściwie o to samo: o wykorzystanie nieświadomości bohatera, aby móc zawiązać jakąś intrygę, którą ten bohater będzie musiał rozwiązać po obudzeniu się. Jest jednak jeszcze inny sposób na wykorzystanie snu, szczególnie popularny w ostatnim czasie: sen staje się coraz częściej scenariuszowym wytrychem, aby móc uprawomocnić albo rozwiązać jakąś historię. Przypomnijcie sobie „Palimpsest” Niewolskiego albo „Zostań” Forstera: na końcu całej zawiłej historii okaże się, że wszystko to było jednym wielkim snem. I można wtedy głośno westchnąć „aha!” i spokojnie udać się do domu. Sen bowiem w obu przypadkach całkowicie rozwiązuje intrygę i nie pozostawia żadnych niemal pytań.

I takie sny mnie nie interesują. Chciałbym poszukać współczesnego wzorca estetycznego, za pomocą którego przedstawia się sen. Innymi słowy poszukamy odpowiedzi na pytanie: jak przy użyciu prostych środków plastycznych współcześni twórcy filmowi portretują rzeczy absolutnie niematerialne? Senne zjawy, ukryte pragnienia, a czasami też ból, cierpienie i pustkę.

Zacznijmy naszą podróż do krainy nocnych fantazji od końca, czyli od rzeczy najnowszej. „Jak we śnie” Michela Gondry to w warstwie scenograficznej dzieło doprawdy niesamowite. Śnimy w nim na „tekturowo-papierowo”: jeśli marzymy o samochodzie, to raczej jest to sama idea samochodu – czyli cztery koła i kierownica (oczywiście też z kartonu), niż sportowe Ferrari lub choćby nowy Ford. Silnik nie ma więc żadnej mocy napędowej – zastępuje go nasza wyobraźnia. Co więcej – rzeczywistość wydaje się być zawieszona w próżni: bez trudu możemy wrócić do wydarzeń z przeszłości i je „naprawić”. Możemy w kilka sekund przebyć ogromne odległości; możemy swobodnie szybować nad miastem albo udać się na przejażdżkę konną (na koniu, a jakże, tekturowym!) w najdalszy zakątek świata.

Stephane, główny bohater filmu, zdaje się więc śnić tylko dlatego, że może się wtedy poczuć panem swego losu – nie tylko dowolnie dobiera elementy, z którego zbudowany jest świat – jest w nim wręcz wszechmogącym bogiem! Dzięki temu czuje się tam bezpiecznie i nawet kiedy się już zbudzi, to zdaje się nie robić nic innego, jak tylko marzyć o powrocie do tej niezwykłej krainy. I nic dziwnego – nikt z nas przecież nie chce być uznawany za nieudacznika.

 Jeśli w pracy (której zresztą szczerze nienawidzi) przytrafi mu się zły dzień, to da upust swojej złości właśnie we śnie: urosną mu ogromne ręce i bezpardonowo rozprawi się ze swymi przeciwnikami. A po skończonej robocie, niczym superman, pryśnie przez niedomknięte okno…

Stephane nie marzy więc o niczym innym, jak o przejęciu całkowitej kontroli nad swoim życiem. Nie może spełniać się na jawie, więc robi to we śnie. Raczej więc nie miewa koszmarów, bo z wszelkimi problemami bez trudu radzi sobie na bieżąco. Nie rozwiązane sprawy nie zalegają w jego podświadomości, piętrząc się bez końca i generując przerażające wizje. To jest więc dobra strona snu.

Nieco inaczej, choć co najmniej równie efektownie, wygląda sen seryjnego mordercy Carla Starghera w filmie „Cela”. Skonstruował on coś na kształt szklanej celi, która wraz z upływem czasu napełnia się wodą. Psychopata zostaje jednak schwytany, ale ofiara – młoda kobieta – nadal znajduje się w tej przeźroczystej celi śmierci. Policjanci mają więc mało czasu, aby dowiedzieć się gdzie znajduje się owo pomieszczenie. Jednak myliłby się ten, kto oczekiwałby od policji w takiej sytuacji „wnikliwego” przesłuchania sprawcy. To byłoby zbyt proste. Carl ma więc zostać poddany eksperymentalnej terapii, polegającej na sztucznym wywołaniu śpiączki i na późniejszym wniknięciu „specjalisty” od snów do jego podświadomości.

Ale odłóżmy na bok fabułę, bo to nie ona nas dzisiaj interesuje. Poza tym w powszechnej opinii „Cela” jest filmem kapitalnym pod względem realizatorskim, ale kompletnie położonym w warstwie scenariusza. I trudno się z tą opinią nie zgodzić – widząc nieudolne zmagania ze scenopisem Jennifer Lopez – aktorki raczej miernej.

To jednak, co przyciąga do filmu to niesamowita wręcz robota scenograficzna. Sen wspomnianego psychopaty to niemal gra RPG: kraina dziwnych stworów i ludzi, klaustrofobicznych pomieszczeń. No i moja ulubiona scena rozcinania konia – naprawdę robi wrażenie. Główna bohaterka jest w tym niebezpiecznym świecie gościem i to raczej niezbyt mile widzianym. Dlatego właśnie jej podróż jest tak niebezpieczna i ryzykowna.
Poszczególne zaś sceny są jakby żywcem wyjęte z obrazów choćby Hieronima Boscha czy zdjęć czeskiego fotografa Jana Saudeka (http://www.saudek.com/en/Jan/Fotky.html). Jednak przy okazji takich, plastycznie dopracowanych filmów w żadnym wypadku nie jest to zarzucanie braku oryginalności. W końcu przecież scenografowie nie zawsze muszą być wybitnymi artystami o ogólnoświatowej sławie: najważniejsze w ich pracy to znaleźć środki wyrazu do uplastycznienia jakiejś „tekstowej” czy „fotograficznej” wizji.

Nie sposób także przy omawianiu zagadnienia snów nie wspomnieć o filmie „Sny” mistrza Akiry Kurosawy. Jest to osiem krótkich historii, połączonych ze sobą nie tylko filozoficznym łańcuchem problemów egzystencjalnych, ale także mających na swój sposób szkatułkową konstrukcję: każda kolejna historia wyrasta z poprzedniej i ją uzupełnia. Osiem punktów widzenia, z jakich poznajemy w tym filmie świat to podobno osiem różnych snów Kurosawy. Ułożone są pod względem chronologicznym: bohaterem najpierw jest dziecko gdzieś na prowincji, a w epizodzie ostatnim mamy już Tokio w całym swoim współczesnym, technologicznym przepychu.
Niezwykle piękne, poetyckie zdjęcia oddają całe koncepcyjne bogactwo filmu. Moim osobistym faworytem jest tutaj epizod nr 5, w którym pewien student historii sztuki oglądając dzieła mistrza Van Gogha nagle znajduje się wewnątrz jednego z jego obrazów! Kiedy w końcu gdzieś na pustkowiu znajduje wielkiego malarza (granego przez Martina Scorsese), ten tłumaczy mu pokrętnie, dlaczego odciął sobie prawe ucho: podobno dlatego, że podczas malowania autoportretu źle komponowało mu się z twarzą. A potem? Potem następuje niezwykle efektowna podróż studenta przez obrazy Van Gogha. Cóż za niezwykły sposób zgłębiania tajników malarstwa mistrza!

Wróćmy jednak jeszcze raz do Gondry’ego – tym razem do jego wcześniejszego filmu na podstawie scenariusza Charliego Kaufmanna. Mowa oczywiście o wielkim hicie sprzed kilku lat – „Zakochanym bez pamięci” z Jimem Carreyem i Kate Winslet w życiowych rolach głównych. W filmie tym poznajemy dra Howarda Mierzwiaka – wynalazcę techniki bezbolesnego kasowania pamięci podczas snu pacjenta. Swoją drogą ciekawe, że zarówno ów lekarz, jak i firma w której pracuje, istnieją „naprawdę” – przynajmniej w świecie wirtualnym. Jeśli ktoś jest ciekaw oferty firmy Lacuna Inc., to zapraszam na stronę: http://www.lacunainc.com. Polecam szczególnie ofertę dla osób ze złamanym sercem, bo Walentynki już tuż tuż…
Jak pisał Andrzej Kołodyński w recenzji na łamach „Kina”: „To, co dzieje się na ekranie, ma dwa wymiary. Jeden, ten rzeczywisty, jest groteskową grą, jaką prowadzą ze sobą ludzie, którzy zabieg technicznie przeprowadzają. Są cyniczni, mają własne egoistyczne cele, nie obchodzi ich leżący bezwładnie pacjent, do którego dociera przecież to, co mówią. A nawet wpływa na jego przeżycia. Warstwa druga ma charakter subiektywny: to podświadomość Joela, w której gorączkowo nakładają się na siebie sceny z różnych czasów i miejsc, odbywa się ciągły proces zmiany.”. Nas interesuje oczywiście ten drugi wymiar, nazwany przez Kołodyńskiego „subiektywnym”, chociaż do końca subiektywny to on nie jest – bo do pewnego stopnia jest narzucany Joelowi przez bodźce zewnętrzne.

W każdym razie: podświadomość Joela jest zbudowana na podobieństwo labiryntu, czy raczej strukturalnie połączonych ze sobą cząsteczek chaosu. Jeśli skasuje się jedną z części, to od razu deformacji ulegają wszystkie inne, których w mniejszym lub większym stopniu dotyczyła wymazana część świadomości. Bohater traci więc nie tylko poczucie czasu, ale też wielkości, stanu skupienia i faktury przedmiotów, co prowadzi do zabawnych scen, jak na przykład kąpiel w zlewie z ukochaną Clementine.

Ogromne wrażenie robi także scena, w której bohater znajduje się wewnątrz domu, którego wspomnienie jest właśnie kasowane przez specjalistów. Scena która dynamiką przypomina niezły film katastroficzny doskonale dokumentuje strach i rozpacz człowieka, który nagle przestaje pamiętać rzeczy fundamentalne.

I nasuwa się też pytanie: ile jest człowieczeństwa w człowieku bez jakichkolwiek wspomnień? Problem ten jednak w filmu Gondry’ego nie zostaje jednoznacznie rozstrzygnięty…

Przykłady oczywiście można mnożyć niemal bez końca. Można sięgnąć do samych początków kina: do Meliesa i Keatona, do klasyków szwedzkich: Schestrema i Bergmana. Nie było jednak moim celem dawanie pełnego obrazu snów w historii kina – na zrealizowanie takiego zamiaru potrzeba by było pewnie kilka lat pracy. Chodziło mi tylko o zasygnalizowanie pewnej, ważnej moim zdaniem, sprawy: czasami warto obejrzeć film i zachwycić się tylko jego stroną wizualną. Jest to bowiem obraz ludzkiej duszy – dzieło czyjejś wyobraźni. Nie zapominajmy bowiem, że na naszą wyobraźnię ogromny wpływ ma wyobraźnia innych ludzi, a ich nocne wizje wpływają także na nasze sny. Dlatego warto zachwycać się tymi niesamowitymi pomysłami – koniem pociętym na plastry, bieganiem po ulicach Arles i polach słonecznika z obrazów Van Gogha czy też przejażdżką tekturowym samochodzikiem po równie tekturowych ulicach tekturowego miasta lub ucieczką od wspomnień o walącym się domu. To wzbogaca i pozwala zapomnieć o szarej rzeczywistości.

Rosyjski reżyser Andriej Tarkowski powiedział kiedyś, że „sztuka pojawia się wszędzie tam, gdzie występuje nienasycone pragnienie duchowości” (w oryginale: „Art is born and takes hold wherever there is a timeless and insatiable longing for the spiritual”). Ale czymże innym jest duchowość, jeśli nie sennym marzeniem?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *