Lód – Władimir Sorokin

Maria Dąbrowska pisała o konieczności nienaruszania esencji bytu. Gdy wszystko stanie się bezbrzeżnie płynne, to i stanie się nieważne. O ile dekonstrukcja oparta na znajomości przedmiotu jest mocowładna i wzbogaca myśl, uaktywnia i otwiera na przestrzeń dotąd nie spenetrowaną, o tyle tak impromtu dokonana jest impotenckim patati-patata.

Co jest esencją Lodu Władimira Sorokina (2004)? Dlaczego absorbować uwagę czytelnika na Lodzie? Czy celowościowe jest rozwadniania i rozbijania grud? Obowiązek recenzencki każe mówić o tym, co tutaj winno zostać zmilczane. Przyzwoitość czytelnika każe powiedzieć: non possum! I kiedy po lekturze czytam notkę wydawcy, że: „Sorokin bawi się wątkami mesjanistycznymi, a nietzscheańską ideą nadczłowieka wplata we wzory kultury masowej, tworząc porywającą i brawurową opowieść o odwiecznym, niespełnionym marzeniu ludzkim”, nie mogę oprzeć się temu, by nie powiedzieć, że książka w istocie jest zlepkiem rozmaitych pstrokatości. Czy można zrozumieć nieusprawiedliwioną chęć włączenia się w nurt chodliwej konwencji pisania postmoderną? I to pretensjonalnego, męczącego, wypoconego pisania. To tak jakby warsztat nie doganiał konceptu. Przepraszam, czy ktoś z tu obecnych czytał Mickiewicza? „Mierz siły na zamiary, nie zamiar podług sił”.

Poruszająca jest tu koncepcja zarówno człowieka współczesnego jako żywego trupa, jak i tajemnego bractwa, poszukującego swych braci blondynów o niebieskich oczach (notabene wśród wybrańców jest i rudzielec Uf ). Wydawca pisze o nieztscheańskich konotacjach w tym tekście. To tak jakby Rutkowski stwierdził, że pisze w podobnym klimacie, co Michel Houllebecq. A to przecie i litera, i duch inny.

„Z piersi wyrwał mi się krzyk uniesienia, łzy trysnęły z oczu. Upadłam na lód, objęłam go. Moje serce czuło i rozumiało tę boską bryłę. Czułam pod sobą ogromne serce. Rozmawiało ze mną”, a dalej: „Szlochając z uniesienia, objęliśmy się i upadli na lód. I czas stanął dla nas w miejscu”. Porywające pióro W. Sorokina sprawia, że wierny czytelnik paruje wraz z bohaterami. Niewierny czytelnik widzi dostojnym krokiem kroczącą Helenę Mniszkównę, a „gdzieś tam za horyzontem bezdźwięcznie płonęła zorza polarna”.
Lód W. Sorokina jest tanią trawestacją zasady niewidzialnego dla oczu A. de Saint-Exupery’ego, zgrzebnym wyrazem tęsknoty za clou istnienia, głębokiego i prawdziwego porozumienia, komunikacji bez słów. Idea fix potraktowana zostaje młotem w pierś. Książka nie czyta się. Pierś boli wśród rzężenia, hałasu i fajerwerków, ciosanego zderzenia ekskrementów, reakcji fizjologicznych z sercem. Wydaje się, że naczelną zasadą pisarstwa autora jest „chluśnij czytelnikowi na facjatę”.

W Moskwie oferuje się zestaw terapeutyczny LOOD, służący do rozwiązywania problemu wyobcowania w nowoczesnym świecie. Kiedy ktoś zapuka do twych drzwi z informacją, że jesteś wybrańcem losu i jako jedyny możesz wypróbować zestaw: hełm Virtual-Reality, napierśnik, minilodówkę, komputer, kable łączące – wiedz o przeciwwskazaniach. „Jara tak, że z miejsca chcesz jeszcze”? Wielki blebl.

 

Magdalena Gruda

tytuł: Lód
autor: Władimir Sorokin
tytuł oryginału: Ljed
język oryginału: rosyjski
liczba stron: 364
rok wydania: 2005

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *