Bohaterowie zawsze przegrywają

Obudziło go ostre, wrześniowe słońce. Leżał na piasku jasnej, chłodnej plaży, a nad jego głową przesuwały się siwe chmury, z rzadka odsłaniające błękit nieba. Bolała go głowa, język był jak sucha gąbka, a szum szaroniebieskiego morza i wrzaski mew odbijały się głośnym echem w ciężkiej głowie. Nie miał jednak na tyle siły i odwagi, aby się podnieść. Nie wiedział jak znalazł się w tym odległym miejscu, ani, tym bardziej, skąd obok niego wzięła się dziewczyna, która odwrócona do niego plecami, ubrana w czarną, krótką sukienkę nachodzącą na niebieskie dżinsy i zwinięta w kłębek oddychała lekko mrucząc sennie pod nosem.

Spróbował sobie coś przypomnieć, cokolwiek co naprowadziłoby go na to jak się tu dostał. Zamknął oczy i przywołał najwcześniejsze wspomnienie z wczorajszej nocy.

Pub. Wieczór; nie pamiętał, które już piwo, czyli nie trzecie ani nie czwarte. Nawet nie piąte. Rozmawiał z tą dziewczyną przy barze. Z tą samą, która leżała teraz obok niego.
– Chyba skądś się znamy? – zaczął

Nie pamiętał, co odpowiedziała, nie pamiętał też jej twarzy; była jakby rozmazana. Później wyszedł z nią z tego lokalu i poszli nad rzekę. Rozmawiali, nie bardzo pamiętał o czym, chyba wspomniał coś o swojej dziewczynie, ale ona nie bardzo się tym przejęła. Później pamiętał, że kupili szampana, ale nie otworzyli go. Planowali coś. Coś szalonego i głupiego.

Następna przebitka, to dworzec PKP. Spory, przestronny budynek, prawie pusty o tak późnej porze. Ich kroki i śmiechy odbijały się głośnym echem. Zatrzymali się przy tablicy z rozkładem jazdy i próbowali coś z niej odczytać. Później kupił bilety i poszli na peron. Pamiętał też ich przedział, niczym się niewyróżniający i siwego konduktora z olbrzymimi bokobrodami. Na hasło „bileciki do kontroli” oboje wybuchli głośnym śmiechem.

Nadal nie widział jej twarzy, pamiętał jednak jak się śmiała. Usta szeroko otwarte w dzikim śmiechu i oczy wpatrzone w niego, jakby sprawdzające czy jego też to tak śmieszy. Wydało mu się to dziwnie znajome, na pewno już ktoś kiedyś śmiał się w ten sposób w jego obecności. Ktoś, kogo znał wcześniej, tylko nie mógł sobie przypomnieć kto to. To trochę jak dejavu.

Z wciąż ciężką głową spojrzał na jej szczupłe plecy i zgrabną pupę. Głowy nie widział wcale, była zapewne ułożona gdzieś na rękach, poza zasięgiem jego oczu. Mógł podnieść się i po prostu spojrzeć na jej twarz; teraz przecież nie byłaby zamazana. Zamiast tego wbił wzrok z powrotem w siwe, rażące niebo.

Ociężałym ruchem ręki sięgnął do kieszeni po telefon. Był rozładowany, nie można było sprawdzić nawet godziny. W końcu przemógł się w sobie i usiadł na piasku, wciąż nie patrząc na twarz dziewczyny. Obejrzał się za siebie i zobaczył ścieżkę idącą przez lasek, zapewne prowadzącą do miasteczka. Spojrzał na dziewczynę leżącą obok niego, jednak tak, aby nie zobaczyć jeszcze twarzy. Później znowu zmierzył spojrzeniem ścieżkę i jeszcze raz dziewczynę, i postanowił, że ją obudzi. Nachylił się nad jej twarzą, i już miał coś powiedzieć – nie wiedział jeszcze co – kiedy nagle zamurowało go. Zamarł z głupkowato otwartymi ustami, po plecach przeszły mu ciarki, a od morza zawiał chłodny wiatr. Obudziła się; pewnie przez ten wiatr, spojrzała przed siebie i podniosła się na rękach. Odwróciła głowę i zatopiła spojrzenie w jego przerażonych oczach.

– Marek? – spytała jakby jeszcze przez sen, jakby nie widziała go jeszcze i chciała aby nagle się pojawił.
– Iweta? – spytał z niedowierzaniem.
– A kogo się spodziewałeś? – usiadła naprzeciwko niego krzyżując nogi i przecierając oczy. Nie miała makijażu, nic więc nie rozmazało się jej na twarzy. Nie potrzebowała zresztą makijażu, jej gęste i wyraziste czarne brwi idealnie współgrały z ciemnymi oczami i czarnymi, sięgającymi ramion prostymi włosami. Tyle jej wystarczyło, by być piękną. – Strasznie wyglądasz. – powiedziała
– Domyślam się. – odpowiedział – Ty za to, jak zawsze, cudownie wpasowałaś się w krajobraz.
Rozejrzała się. Wszędzie było szaro i ponuro, gdzieś dalej jakaś gazeta lub inny śmieć tańczył z wiatrem i szumem morza, które wyglądałoby jak zamarznięte, gdyby nie to, że wciąż się ruszało.
– Nie jestem aż taka… – wykonała nieokreślony ruch rękami, połączony z dziwnym grymasem; jakby chciała pokazać mu na raz cały krajobraz i w tym geście zamknąć całą jego głębię.
– Wiem – powiedział – to tylko taki żart… Chodźmy lepiej coś zjeść. I wypić. Przede wszystkim wypić.
Wstali oboje i ruszyli w stronę ścieżki. Po drodze minęli pustą butelkę po ruskim szampanie, takim za pięć, może sześć złotych. Marek zwrócił na nią uwagę, niemal się zatrzymał, jakby zobaczył coś nierealnego, co kiedyś mu się przyśniło, ale naprawdę nie istniało; ona jednak poszła niewzruszona dalej.

***

Przemierzali szary chodnik smutnego, nadmorskiego miasteczka. Mijali tabliczki informujące o wolnych pokojach i nieliczne samochody posezonowych, weekendowych turystów. Szli szybko w stronę położonej na rogu knajpy z ogródkiem od strony morza. Marek trzymał w ręku litrowy kartonik soku i popijał co parę kroków. Po chwili siedzieli już przy jednym ze stolików z widokiem na morze i czekali aż podejdzie do nich kelner.

– Co podać? – rzucił niedbale zanim jeszcze dotarł do ich stolika.
– Dla mnie piwo i coś do żarcia – powiedział – A dla ciebie?
– Dla mnie to samo.
– Co podać do jedzenia? Tak, wie pan, konkretnie.
– Nie wiem. Zależy, co macie. – powiedział i napił się soku.
– Różnie rzeczy mamy… – powiedział kelner krzywiąc się przy tym, jakby myślenie sprawiało mu potworny ból – Ale ludzie zazwyczaj biorą rybę z rusztu z frytkami.
Przez chwilę patrzyli po sobie w milczeniu.
– Niech będzie – powiedziała.
Marek sięgnął do kieszeni po napoczęte opakowanie z lekami przeciwbólowymi i wziął jedną pigułkę. Popił sokiem.
– To już trzecia – powiedziała – nie przesadzasz? Takie tabletki strasznie psują organizm.
– Tak? – spytał po czym wziął jeszcze jedną tabletkę i popił resztką soku. Spojrzał jej w oczy i oczekiwał reakcji. Zaśmiała się trochę sztucznie i wbiła wzrok w biały, plastikowy stolik.
– Nic się nie zmieniłeś – powiedziała – Przez te trzy lata nic, a nic.
– Ty też nie.
– Skąd wiesz? – spytała – Nie udawaj, że pamiętasz cokolwiek z wczoraj. Byłeś zalany jak nigdy wcześniej. Bardziej może tylko, kiedy mnie poznałeś, ale wtedy mniej ci było trzeba.
– Dobrze – spróbował się uśmiechać, nigdy jednak nie umiał udawać, że się uśmiecha i zawsze wychodziło to jeszcze smutniej niż gdyby w ogóle się nie uśmiechnął – Nic nie pamiętam. Nie bardzo wiem, jak to się stało, że tu jestem, a już tym bardziej, że jestem tu z tobą. Może to, że zalałem się jak nigdy rzeczywiście jest jakimś wyjaśnieniem; nie raz robiłem rzeczy pozbawione sensu będąc pijanym. Ale jakim cudem TY znalazłaś się tu razem ze mną. Chyba, że to ja znalazłem się tu razem z tobą.
– To prawda – zaczęła – to prawda, że to moja zasługa, że tu jesteśmy, ale myślałam, że ty też tego chcesz.
– Skąd ten pomysł?
– A przynajmniej kiedyś chciałeś. – mówiła, jakby nie usłyszała jego pytania – Przecież jeszcze w liceum bardzo chcieliśmy uciec z tego miasta. Ja i ty; nie pamiętasz już? Uciec gdziekolwiek, wsiąść w pierwszy lepszy pociąg i nie wrócić więcej. Zerwaliśmy jednak… – westchnęła – z tym pomysłem. Zrozumieliśmy chyba, że nie ma dokąd uciec.
– To nie tak – powiedział – to nie ma skąd uciec, a nie dokąd. Po prostu nie ma już powodów, żeby uciekać. I wtedy też ich nie było. Wymyślaliśmy je, bo byliśmy przekonani, że dobra ucieczka wymaga dobrego powodu. Ale jego wcale nie było. Dlatego nam się nie udało.
– Udało nam się – powiedziała – Przecież tu jesteśmy. Ponad sto kilometrów od domu; to nie drugi koniec świata, ale przynajmniej dobry początek.
Uśmiechnął się, tym razem nieco naturalniej i chciał już coś odpowiedzieć, ale kelner przyniósł posiłki i piwo, więc zabrali się za jedzenie. Jedli chwilę w milczeniu, po czym powiedział trochę nieśmiało:
– Teraz wiem, że ty też się nic nie zmieniłaś. Musiałaś postawić na swoim; jeśli zaplanowałaś ucieczkę, to musiała się ona odbyć. Innej opcji po prostu nie było.
– Rzeczywiście – powiedziała – Innej opcji nie było.
– Nie myśl więcej w ten sposób. Udało ci się, bo byłem pijany, ale to już koniec naszej, a raczej twojej wielkiej ucieczki przed niczym.
Na jej twarz wstąpił dziwny grymas, nie było to jednak rozczarowanie.
– Wczoraj wydawałeś się milszy.
– Wczoraj byłem pijany i wszystko mnie bawiło, dzisiaj jestem na kacu i wszystko mnie wkurza.
Milczeli dłuższą chwilę, zjedli ryby do końca i teraz dojadali już tylko frytki popijając piwem. Niebo pojaśniało i chmury powoli ustępowały słońcu.
– Wspomniałeś mi wczoraj o Marcie. – powiedziała – O twojej nowej dziewczynie. Mówiłeś, że to dobra dziewczyna i że cię kocha. Ale czegoś mi nie powiedziałeś. Jestem pewna, że coś przede mną ukrywałeś, coś ważnego, coś co cię trapi. Myślę, że to od tego chciałeś uciec i dlatego właśnie jesteśmy tutaj. I, żeby było jasne, to akurat był twój pomysł, żeby wsiąść w ten śmieszny pociąg i wypić szampana nad morzem o wschodzie słońca…
– Zaraz – powiedział – Przecież dopiero co mówiłaś, że to twoja zasługa, że tu jesteśmy, a teraz nagle mówisz, że to był mój pomysł…
Zamilkł i począł wpatrywać się w nią jak na przesłuchaniu, w prawej dłoni trzymając nadgryzioną frytkę. Iweta uniknęła jego spojrzenia, wbijając wzrok w talerz i czerwieniąc się jak małe dziecko przyłapane na kradzieży cukierków. Marek nie wytrzymał, cisnął frytką pod jeden ze stolików tak, że z nudów przyglądający się im kelner spojrzał na niego wrogo, co jednak spostrzegła tylko Iweta i to tylko kątem oka, nie przywiązując do tego większej uwagi.
– Znowu to robisz – powiedział – Ty chyba nie potrafisz inaczej. Musisz wciąż kłamać, wciąż coś knuć i obmyślać, jakby życie było telenowelą, a ty jej reżyserem i główną aktorką zarazem. – nic nie mówiła, w zasadzie nie poruszyła się nawet o minimetr kiedy to mówił – Nie wiem czemu wciąż z tobą rozmawiam i po co to mówię, bo ty i tak się nie zmienisz. Zawsze to ja się musiałem zmieniać, dostosowywać, grać w twoje gry…
– Przepraszam – powiedziała i wstała od stołu. Szybkim krokiem ruszyła w stronę ulicy, niemal podbiegła do skrzyżowania i tam przystanęła rozglądając się, jakby nie wiedziała, którą drogę teraz wybrać. Marek tego nie widział; ulica była za jego plecami. Po chwili obejrzał się za siebie. Wiedział, że ją tam zobaczy; nie mogłaby uciec poza zasięg jego wzroku, byłoby to zbyt mało teatralne. Stała w tej swojej czarnej sukience i jasnych dżinsach, i czekała aż do niej podejdzie. Przeklną pod nosem, dopił piwo i ruszył w jej stronę. Był już prawie poza ogródkiem, kiedy dogonił go kelner.
– Ej, kolego – powiedział – a rachunek?
– Ile? – Marek obrócił się nagle na pięcie i spojrzał z gniewem w oczach na chudego, choć wysokiego kelnera. Ten aż stanął lekko przestraszony, zostawiając odpowiedni odstęp; Marek był od niego dużo lepiej zbudowany, wyglądał na silnego, a z bladą twarzą będącą tłem dla podkrążonych oczu nie wyglądał na kogoś, komu zależy na płaceniu rachunku.
– Dwadzieścia sześć.
– Ile? – powtórzył z niedowierzaniem
– Dwadzieścia sześć złotych. Za oba dania.
– Masz – powiedział wyciągając ostatni banknot z portfela i trochę drobnych – i powiedz kucharzowi, że ryba była paskudna.
Odszedł w stronę Iwety wyglądającej jak autostopowiczka szwędająca się bez celu po świecie i czekająca na okazję dokądkolwiek. Starał się podejść do niej bardzo cicho, łudząc się, że sprawi jej w ten sposób niespodziankę, która jednak nie mogła się udać; bo przecież ona doskonale wiedziała, że po nią przyjdzie. Chwycił ją za drobną, białą dłoń i odwrócił w swoją stronę. Nadal jego twarz była stanowcza i napięta, dopiero pod wpływem jej błyszczących, czarnych oczu stopiła się jak lód i jakby zmiękła. Patrzyli w siebie; nic nie mówili, wszystko zawierało się w tych spojrzeniach; wszystkie „przepraszam” i wszystkie „nic nie szkodzi”, wszystkie „już nie będę”, i wszystkie „wiem, że i tak będziesz, ale to nic nie szkodzi”. Pocałowali się, a w zasadzie musnęli tylko ustami, po czym przytulili do siebie. Chłodny, owiewający ich wiatr przegonił chmury na dobre, dając słońcu wolną rękę.

***

Milczeli jeszcze długo idąc wzdłuż jednej z niewielu ulic miasteczka. Wszystko wydawało się teraz inne niż rano, skąpane w słońcu było radośniejsze, prawie wakacyjne, choć nawet dla nich wakacje dobiegały już końca. Nie myśleli jednak o wakacjach, ani o szkole, ani na żaden z przyziemnych tematów, o których myśli młody człowiek pod koniec września.
– Wiem, że myślisz, że to przeze mnie – powiedziała po kilku sekundach studiowania jego twarzy – I wiem, że masz rację. To wszystko, co działo się trzy lata temu i to, że tak nagle przestało się dziać, ja wiem, że myślisz, że to przeze mnie i przez moje marzenia, które nazywałeś po prostu kłamstwami. Bo to rzeczywiście były kłamstwa, tylko że ładne kłamstwa. A czasem wspólne kłamstwa.
– To już nieważne. – powiedział – Zapomnij o tym; musimy wymyślić, co będzie teraz.
Chciał powiedzieć coś jeszcze, ale przerwał mu niezrozumiały krzyk jakiegoś mężczyzny. Po chwili zza rogu wybiegł w jego stronę chłopak słusznej postury z kapturem na głowie, trzymając jakiś czarny przedmiot w dłoni. Za nim wybiegł ten mężczyzna, który wcześniej coś krzyczał i teraz też krzyczał, już bardziej zrozumiale:
– Ukradł mi portfel!
Marek nie zamierzał zejść złodziejowi z drogi, choć tamten tego się chyba spodziewał. Kiedy dzieliła ich odległość zaledwie dwóch metrów Marek szybko zrobił krok przed tamtego i wymierzył mu cios prosto w twarz. Tamten, nie spodziewając się uderzenia nawet nie zdążył się osłonić, odleciał do tyłu i padł oszołomiony na plecy głową waląc w chodnik. Nie ruszał się. Goniący go przystanął przy nim i zmierzył spojrzeniem dyszącego Marka. Nie był pewien czy może bezpiecznie wziąć portfel, był od Marka dużo mniejszy, choć wyglądał nieco starzej. W końcu Iweta sięgnęła do ręki złodzieja i podała portfel właścicielowi.
– Dzięki – powiedział.
Stali chwilę wszyscy patrząc po sobie i na leżącego jak kłoda złodzieja.
– On żyje? – spytała Iweta
– Żyje – odpowiedział Marek – oddycha, widzę jak mu się klatka piersiowa porusza.
– Ładnie mu przywaliłeś – powiedział właściciel portfela – Mogę się wam jakoś odwdzięczyć? – znowu wszyscy spojrzeli po sobie – może wpadniecie do mnie na herbatkę, czy coś? Chyba, że się spieszycie gdzieś?
– Nie – powiedziała pospiesznie – nigdzie się nie spieszymy.
Właściciel portfela miał na imię Adam i mieszkał wraz ze swoją żoną Karoliną w niewielkim parterowym domku, pomalowanym niebieską farbą wyblakłą teraz od słońca i wiatru. Wnętrze urządzone było skromnie; jedna kanapa naprzeciwko małego telewizora, a pomiędzy nimi składany stolik turystyczny okryty czerwonym obrusem. Kuchnia oddzielona była od pokoju blatem. Oprócz tego była jeszcze łazienka i jedna sypialnia. Ot całe królestwo Adama i Karoliny, w które wkraczali Marek i Iweta.
– Fajnie się urządziliście – powiedziała Iweta – Od dawna tu mieszkacie?
– Od dwóch lat – odpowiedziała Karolina kiedy usiedli już wokół śmiesznie małego stolika – To był pomysł Adama, żeby tu zamieszkać. On lubi spokojne, małe miasteczka.
– Z czego się utrzymujecie? – Iweta łapczywie pochłaniała spojrzeniem całe mieszkanie i tych ludzi, którzy wydali jej się szalenie ciekawi.
– Oboje pracujemy, ja jestem kelnerką w jedynym pubie w mieście, a Adam pracuje jako mechanik w jedynym warsztacie w mieście.
– W zasadzie poza sezonem żadne z nas nie ma zbyt wiele do roboty – zauważył Adam.
– W sumie racja – powiedział Marek, po czym wstał i wskazał na drzwi w ścianie – które z nich to ubikacja?
– Te z prawej.
– Dzięki.
Ruszył we wskazanym kierunku i po chwili zniknął za prostokątem drewna upiększonego okrągłą klamką. W łazience stała stara wanna otoczona niegdyś niebieskimi, a wtedy bladobłękitnymi kafelkami. Marek pomyślał, że chętnie wziąłby kąpiel, ale nie chciał nadużywać gościnności nowych znajomych. Kiedy wrócił do pokoju, na stoliku stały już szklanki z herbatą. Dopiero teraz zwrócił uwagę, na lampę wiszącą mniej-więcej nad stolikiem i dającą lekko zielonkawe światło; pewnie przez zielony klosz, wyglądający jakby był zrobiony z bibuły. Razem z tym spostrzeżeniem trafiło do niego coś jeszcze; Adam i Karolina siedzieli teraz bliżej siebie, a Karolina, przytulona do męża uśmiechała się do niego nieśmiało. Iweta widząc go odstawiła szklankę, z której miała się już napić i patrząc mu znacząco w oczy powiedziała:
– Karolina i Adam zgodzili się abyśmy u nich przenocowali.
– Ale… – zaczął, jednak powstrzymał się od dokończenia tego, co chciał powiedzieć. Jasne spojrzenie Iwety, rozpalone, radosne i zarazem przebiegłe mówiło mu niemal wszystko; znowu zaczynała jedną ze swoich gierek, budowała nową siebie i nowy świat wokół siebie. Budowała go na swoich kłamstwach i na niewiedzy tych dwojga; Adama i Karoliny, teraz wyraźnie dumnych z siebie i z tego, że pomagają w czymś dwojgu młodych ludzi. – To świetnie.

***

Stali na ganku jasnoniebieskiego, wyblakłego domu Adama i Karoliny położonego na niewielkim wzniesieniu tak, że stojąc tam i paląc papierosy mieli widok na morze.
– Co im powiedziałaś?
– Że uciekliśmy z domu i chcemy zacząć nowe życie – powiedziała – I że chwilowo nie mamy gdzie zamieszkać. Oni zaczynali podobnie, opowiedzieli mi o tym. Przyjechali tu zaraz po ślubie; rodzice Karoliny nie akceptowali Adama, a on swoich nawet nie znał. Uciekli więc od tamtych spraw i zamieszkali tutaj, w letnim domu ich znajomego. Kiedy zaczął się sezon wykupili go za niewielkie pieniądze i tak już zostali. Są szczęśliwi, klepią słodką biedę, ale są szczęśliwi.
– Tak, może i są. – powiedział – Ale po co pakujemy się w to ich szczęśliwe życie, i czemu znowu udajemy kogoś, kim nie jesteśmy?
– Nikogo nie udajemy. My właśnie tacy jesteśmy, tacy, że wciąż musimy się zmieniać i wciąż być kimś innym, bo tylko wtedy będziemy sobą. – powiedziała – Może inaczej nie umiemy? Może życie jest jedną wielką opowieścią, a my chcemy, żeby było ciekawą opowieścią?
Milczał; spojrzała na niego. Z jego zamyślonej, wpatrzonej w dal twarzy z ledwo zauważalnym grymasem w kąciku ust wyczytała wewnętrzną walkę. Walkę o to, czy znów być pionkiem, lub inną figurą w jej grze, do której mimo wszystko czuł sentyment; czuł, że ten jej świat jest mu w jakiś sposób bliski i że on do tego świata pasuje najbardziej ze wszystkiego, z czego się on składa. Z drugiej strony była chęć powrotu do normalności, do swojego domu, swojego miasta, wszystkich rzeczy, do których przyzwyczajał się przez całe życie i które tak trudno zostawić. Do bycia szarym i anonimowym; bo tak jest przecież łatwiej.
– OK., niech ci będzie. – powiedział – Zostaniemy do jutra, później pomyślimy co dalej. Tylko obiecaj mi, że więcej już ich nie okłamiesz.
– Obiecuję. – powiedziała po czym zaciągnęła się papierosowym dymem – Wiesz czasem myślę, że popełniałam błędy, ale później przestaję patrzeć za siebie i myślę, że nie było ich wcale aż tak wiele.
– Bzdura. Ty po prostu nie wiesz, czym jest tak naprawdę błąd.
– Może masz rację, może rzeczywiście tego nie wiem. Nie chcę o tym rozmawiać.
– Sama zaczęłaś.
– Porozmawiajmy o Marcie.
– O tym ja nie chcę rozmawiać.
– Rozeszliście się?
– Opowiadałem ci to już wczoraj, prawda?
– Nie. Ale znam cię zbyt długo, żeby tego nie wiedzieć. Albo żeby, chociaż się nie domyślić.
– Nie pasowaliśmy do siebie. – powiedział znowu zatapiając spojrzenie w tym odległym punkcie, widocznym jedynie dla niego – Ona była zbyt… nie lubiła moich głupich pomysłów, ani tego, że piłem jak smok przy każdej okazji. Zresztą nie ma co się dziwić. Tylko, że ona nie mówiła o tym. Myślę, że mnie kochała i nie chciała mówić o tym, co nas dzieli. Była bardzo miła; idealna partnerka na żonę, do tego ładna i z bogatymi rodzicami. – uśmiechnął się – Sam siebie nie rozumiem, ale zerwałem z nią. Właśnie wczoraj, ale tego chyba już ci mówić nie muszę.
– Po prostu nie szukasz jeszcze żony.
– Więc czego szukam?
Wzruszyła ramionami i wciąż paląc papierosa, i opierając się o drewnianą, popękaną barierkę ogradzającą ganek zapatrzyła się w stronę morza.
– Szukasz swojej opowieści. – powiedziała po chwili.
Zaśmiał się, a właściwie parsknął raz tylko i oparł się o balustradę tuż obok niej, i też zapatrzył się w stronę morza. Milczeli tak dłuższą chwilę patrząc przed siebie, byli jednak tak zajęci własnymi myślami, że nie wiedzieli nawet na co patrzą. Przerwał im Adam; wyszedł przez drzwi od domu i także zapalił papierosa. Marek i Iweta wyrzucili praktycznie już same filtry, które pozostały z tego, co niegdyś było papierosami i odwrócili się w jego stronę.
– Jeszcze raz dzięki za ten portfel – powiedział – Trudno tu o jakiekolwiek dokumenty. Mam tylko nadzieję, że nie przywaliłeś mu zbyt mocno.
– Czemu?
– Widziałem go tu kilka razy; to przyjezdny, ale bywa tu dość często. Zawsze przyjeżdża ze swoimi kumplami i zawsze coś zmalują. Później wracają do siebie i pewnie broją tam dalej. Tacy ludzie.
– I jakbym mu przywalił mocniej to miałbym kłopoty?
– Może ty byś je miał, a może ja. Jeśli mam być szczery, to czuję, że i tak jeszcze ich spotkam. To jest zawsze kłopot, żeby tacy się odczepili, jak już się przyczepią.
– To prawda. Ale jeśli dostał wystarczająco mocno to nas nie ruszy. Nawet oni nie lubią obrywać, a ten może się bać, że oberwie jeszcze raz.
– Miejmy nadzieję. – zgasił papierosa o balustradę i wystrzelił niedopałek w krzaki. – Karolina właśnie się przebiera, planujemy wyjść na kolację ze znajomymi.
Spojrzał na nich wymownie, nic więcej jednak nie powiedział, licząc na ich domyślność.
– My też myśleliśmy, żeby gdzieś się przejść. – powiedziała i spojrzała na Marka – prawda?
– Tak, bardzo chętnie gdzieś się przejdziemy. Może nad morze?
– Świetnie, tak więc w razie czego będziemy na plaży. O której planujecie wrócić?
– Będziemy koło dwudziestej drugiej. To będzie jedna z tych kolacji, które nie kończą się na jedzeniu.
– Tylko nie idźcie do tej restauracji na rogu. – powiedział Marek
– Której? – spytał Adam uśmiechając się – Mamy tu dwie restauracje i obie są na rogu.
– Tej bez menu, z dziwnym kelnerem i niedobrą rybą.
– Wiem, o którą chodzi… A czemu mamy tam nie iść?
– Właśnie dlatego, że mają kiepską rybę, dziwnego kelnera i nie dają menu.
Uśmiechnęli się do siebie. Zza drzwi wyszła Karolina ubrana w jasną letnią sukienkę w wyblakłe kwiatki. Zamknęła za sobą drzwi na klucz i odwróciła się do swojego męża.
– Idziemy?
Adam i Karolina złapali się za ręce i ruszyli w dół wąskiej uliczki, przy której stały tylko dwa domy. Marek i Iweta stali jeszcze chwilę patrząc na nich, jak odchodzili w lekko już pomarańczowych promieniach słońca odbijających się jasno od bruku i myśleli o tym, że za chwilę oni też będą tak iść, i znaleźli w tym coś, co pozwalało im czuć się wyjątkowo. Kiedy jednak szli już tą ulicą przestali czuć ową wyjątkowość, mając tylko namiastkę nadziei, że ktoś ich widzi, i widzi też tą ich wyjątkowość, której nie czuli.
– Niepotrzebnie zamknęła te drzwi na klucz – powiedział – gdyby ktoś chciał tam wejść i tak by to zrobił; wystarczy wybić szybę od strony dużego pokoju. Jest położona tak, że od strony miasteczka jej nie widać. Do tego nie jest na dużej wysokości, więc z wejściem też nie byłoby problemów.
– Czemu o tym mówisz?
– Nie wiem. Miałem dość ciszy, a nic innego jakoś nie przyszło mi do głowy.
– Coś mi się przypomniało – powiedziała – Pamiętasz jak w trzeciej liceum mieliśmy uciekać z domów? Jak żegnaliśmy się ze wszystkimi i opowiadaliśmy o tym gdzie pojedziemy… Największy szok przeżyła chyba Emilka; w końcu to ona zadzwoniła wtedy do naszych rodziców.
– Pamiętam. Pamiętam też, jak rozmawialiśmy wtedy przez telefon; to był chyba poniedziałkowy wieczór, jeden z tych zimowych wieczorów, w które nigdy nie chce się spać. Pamiętam cień mojej matki na szparze pod drzwiami i to, że specjalnie rozmawialiśmy głośno, żeby rodzice mogli usłyszeć strzępy naszej rozmowy. Cały czas mówiliśmy o tym, co spakować ze sobą, albo gdzie pojedziemy i czym. Jak skończyliśmy, weszła moja mama, rozejrzała się po pokoju i spytała po co się pakuję. Nie było tam żadnej torby, nawet plecaka oprócz szkolnego, więc powiedziałem jej, że do szkoły. Ona na to, że po co mi takie rzeczy do szkoły i zajrzała do plecaka, a tam były tylko książki. Odpowiedziałem jej coś, co wydało mi się bardzo zabawne i poszedłem zjeść kolację. Rano wstałem o tej samej porze, co zawsze, zjadłem normalne śniadanie i wyszedłem jak do szkoły; zmieniło się tylko to, że wszystko robiłem pod okiem matki.
– Ja nie miałam problemów, w ogóle nie zauważyli, że przez prawie dwie godziny rozmawiałam przez telefon. Pamiętam też szampana, którego piliśmy w parku, ciesząc się tym, że uciekliśmy chociaż w wyobraźni ludzi, którzy nas znali.

– Tak, Jacek opowiadał mi później co działo się w szkole; każdy domyślał się dlaczego nas nie ma – w końcu planowaliśmy to już od dawna – ale nikt o tym nie rozmawiał. Dopiero Emilka, po drugiej lekcji zaczęła ten temat. Najpierw, jak byli na szlugu; powiedziała tylko jak bardzo się martwi. Na następnej przerwie popłakała się i wtedy wszystko się zaczęło; wielki żal do nas, o tą naszą ucieczkę, próby dodzwonienia się na nasze wyłączone telefony, próby przekonania nas, żebyśmy wrócili zostawione na poczcie głosowej… no i telefon Emilki do naszych rodziców. Najpierw chciała tylko spytać się, czy nie jesteśmy może w domu, bo w szkole nas nie ma, a później jakoś samo już wyszło. Dla mnie to wszystko było trochę jak oglądanie własnego pogrzebu.
Szli z poważnymi minami, nie śmiali się, patrzyli tylko przed siebie wsłuchani we własne słowa.

– To śmieszne, że mimo tylu lat, rozmawiamy o tym po raz pierwszy. – powiedziała – Chyba nie lubiliśmy oglądać się za siebie. Chyba baliśmy się tego, co moglibyśmy zobaczyć.
W miejscu, w którym mała uliczka, którą szli Marek i Iweta wpadała w największą ulicę miasteczka zaczynała się ścieżka prowadząca przez rzadki lasek prosto na plażę. Była to ta sama ścieżka, którą szli rano, jednak teraz w słabym świetle zachodzącego słońca i wśród zimnego i gęstego cienia, wyglądała bardzo obco. Dopiero kiedy znaleźli się na jej drugim końcu poznali plażę, na której usnęli dzień wcześniej. Siedli obok siebie; Marek objął ją, a ona położyła swoją drobną, ubarwioną czarnymi jak węgiel brwiami głowę na jego ramieniu.
Ostanie promienie słońca przedzierały się przez fale zimnego Bałtyku, dając niebu ostatnie chwile błękitu i granatu, łapczywie pochłaniane przez usianą gwiazdami czerń. Patrzyli na słońce, które nawet nie wiedziało, że potrafi być tak piękne, kiedy prawie całe zasłonięte jest przez Ziemię.
– Kocham zachody słońca – powiedziała.
– Wiem – powiedział. – Zawsze je kochałaś. Wtedy, kiedy się poznaliśmy i wtedy, kiedy wszystko się skończyło. I teraz, kiedy może zacząć się znowu, ty je nadal kochasz.
– Niby nic się nie zmieniło, a jednak nie jest to taki sam zachód słońca, jak kiedyś… Czegoś mu brakuje do najpiękniejszych, jakie przeżyłam.
– Chyba wiem czego – powiedział
Uśmiechnęła się i, z zamkniętymi oczami, odwróciła swoją twarz do jego, i pocałowała go w usta, wiedząc dokładnie, co do milimetra, gdzie będą.

***

Adam upił się na wesoło. Szedł nieco chwiejnie przez największą ulicę miasteczka, z rzadka oświetloną starymi latarniami. Obok niego szła Karolina, z zamyśleniem przyglądając się wciąż uciekającym jej spod stóp płytom chodnikowym. W uszach słyszeli muzykę z obskurnego pubu, do którego niechętnie się zbliżali; szli drugą stroną ulicy i starali się nie zwracać na niego uwagi.
– Mam dość tego miejsca – powiedziała
– Przecież wiesz, że oboje musimy pracować, żeby się utrzymać.
– Nie mówię o pubie, mówię o całym tym mieście. Przecież chcieliśmy spokoju i wolności, a wolnego czasu mamy jak na lekarstwo. Nawet nie możemy bezpiecznie przejść główną ulicą. To nie jest to, o czym marzyliśmy.
– Wolność ma tak śmiesznie słony smak – powiedział – To chyba z jakiejś piosenki.
– Ale to nie jest wolność. Robiliśmy wszystko byleby być wolnym i ta nasza wolność nas zniewoliła. Nie widzisz tego? Wpadliśmy w tą samą rutynę, co ludzie z wielkich miast, tylko, że oni mają chociaż pieniądze.
– Do czego zmierzasz?
– Może powinniśmy trochę… – gestykulowała szukając odpowiednich słów – Może powinniśmy zacząć od nowa; spróbować jeszcze raz, spróbować może żyć normalniej, mieć w końcu czas dla siebie, mieć pracę, dzięki której starczy nam na coś więcej niż utrzymanie i piwo raz w miesiącu, ze znajomymi, których i tak nie lubimy.
– Ja ich lubię – wtrącił
– Czy ty mnie w ogóle słuchasz?
– Oczywiście. Mówiłaś, że nie lubisz naszych znajomych i, że chcesz się stąd wynieść. Nie doszłaś jeszcze do sedna sprawy – jak chcesz się stąd wyrwać i gdzie chcesz się wyrwać.
– Choćby do mojej siostry. Rozmawiałam z nią jakiś czas temu i mówiła, że jeśli tylko chcemy, możemy u niej zamieszkać przez jakiś czas. Mówiła też, że jej mąż załatwiłby ci pracę w warsztacie jego ojca. Dobrze płatną pracę. To nie głupie, pomyśl tylko; mieli byśmy więcej czasu, więcej kasy, a po jakimś czasie zamieszkalibyśmy na własny rachunek.
– Nie chcę niczyjej pomocy. Chcę umrzeć z przeświadczeniem, że wszystkiego dokonałem sam.
– Wszystkiego to znaczy czego? Czego chcesz niby dokonać, aby zasłużyło sobie na miano ‘wszystkiego’.
– Przestań się czepiać. Możemy porozmawiać o tym jutro? Dzisiaj nie mam na to humoru. Poza tym, co z naszym domem?
– Możemy pozwolić pomieszkać w nim tym dwojgu, aż ktoś go kupi. Wyglądają na dobrych ludzi, nie powinni sprawiać nam z tym problemów, a może nawet sami go kupią. A jeśli nie uda nam się w mieście, to zawsze będziemy mogli wrócić.
– Tak to świetny plan, ale porozmawiajmy o tym jutro…
Z pubu wyszło trzech mężczyzn. Jeden z nich; ten największy, miał podbite oko, wszystkich zaś charakteryzował grymas przypominający nieco uśmiech kogoś, kto chce się uśmiechnąć, pozostając przy tym jak najbardziej groźnym. Przeszli tak parę kroków, aż dostrzegli Adama i Karolinę.
– To ten skurwysyn, którego chciałem z portfela wyciąć – największy wskazał na Adama i wszyscy trzej ruszyli w ich stronę. Kiedy był już wystarczająco blisko największy warknął: – Gdzie twój koleś?
– Jaki koleś? – spytał Adam stając tak, aby Karolina była za nim; poza obrębem czwórki mężczyzn.
– Nie wiesz, który koleś? Mam ci przypomnieć, który?
– Wyjechał.
– Nie pierdol, widziałem jak odchodziliście w stronę twojego domu. Mam pójść tam i sprawdzić?
– Słuchaj – powiedział dość niepewnie Adam – ten koleś już sobie pojechał. Jak coś chcesz to gadaj ze mną.
Największy nie biorąc nawet zamachu uderzył Adam w twarz tak, że ten odleciał prosto na Karolinę. Ledwo się wyprostował, kiedy oberwał jeszcze raz, tym razem od niskiego człowieczka o kulistej, ogolonej głowie, przypominającej nieco ziemniaka. Tym razem upadł na ziemię; po chwili cała trójka stała nad nim.
– Wiem, że nie wyjechał, bo nie odjeżdżał stąd dzisiaj ani jeden pierdolony pociąg. Powiedz lepiej gdzie on jest, to może wrócisz dzisiaj do domu o własnych siłach.
Ten o głowie przypominającej ziemniaka kopnął Adama w bok; usłyszeli jego jęk, ale nadal nic nie powiedział. Po chwili wszyscy trzej zaczęli go kopać; przestali dopiero, kiedy usłyszeli wrzask Karoliny:
– Są na plaży!

***

Słońce widać było już tylko na tarczy księżyca. Piasek oblepiał nagość ich ciał, tworząc chropowatą skorupę; nie zwracała na to uwagi naciągając na siebie dżinsy. Plaża wyglądała jak miniatura pustyni oświetlona blaskiem księżyca jak gigantycznym reflektorem. On był już ubrany, tylko koszulę miał nie zapiętą, tak, że było widać jego tors.
– I co teraz? – zapytała
– Nie wiem. To ty opowiadasz tą historię. – powiedział i usiadł obok niej, a ona przytuliła się do niego, a raczej położyła się na nim, tak jak małe dziecko kładzie się na rodzicu, kiedy jest zbyt zmęczone, żeby iść do łóżeczka.
– To byłby niezły happy end, gdyby nie to, że happy endy nie istnieją; to tylko początki nowych opowieści, które czekają, aby je dokończyć. – mówiła rozmarzonym, nieco sennym głosem – Bo ten moment, jak każde dobre zakończenie, byłby też dobrym początkiem. Co do naszego dalszego ciągu to jest on bardzo przewidywalny… Wrócimy do domu Karoliny i Adama, i spędzimy tam te nędzne ochłapy nocy. Później; rano wsiądziemy do pociągu, wrócimy do Szczecina, zabierzemy stamtąd tyle kasy ile się uda i ruszymy na podbój Europy. Jeszcze będąc w Polsce zostaniemy napadnięci i stracimy całą naszą kasę; pozostaniemy jednak wierni swojemu marzeniu i zdobędziemy jakoś pieniądze. Będziemy podróżować od miasteczka do miasteczka, pytając o pracę, a kiedy już jakąś znajdziemy i zarobimy na tyle, żeby tylko starczyło na bilet i trochę jedzenia to ruszymy dalej. Zaczniemy od południa, od Ukrainy i jej pięknego Lwowa ze wszystkimi kawiarenkami i zabytkami. Tam zarobimy na dalsze podróże, nie ważne jak; coś się zawsze znajdzie. Później ruszymy do Grecji; zjeździmy wszystkie te małe nadmorskie miasteczka, pełne tajemniczych miejsc i legend. Później Wenecja i cała Italia; zobaczymy, czy Rzym naprawdę jest taki piękny i kiedy się już upewnimy, że tak jest, uderzymy na Paryż. Tam zamieszkamy. Ale tylko na trochę, bo przecież jeszcze tyle będzie do przeżycia…
Przerwała usłyszawszy szelest w krzakach i męskie głosy, które nie potrafiły być ciche, mimo starań ich właścicieli.
– Zachciało ci się łazić po krzakach – powiedział jeden z głosów
– To miał być skrót.
Zza krzaków niemal wypadło trzech pijanych mężczyzn, z czego jeden wyróżniał się wzrostem i podbitym okiem, drugi głową przypominającą ziemniaka, a trzeci wąską czaszką, wyglądającą jak trupia. Marek szybko poznał największego. Wstał, razem z nim wstała też Iweta; złapali się mocno za ręce.
– Czy to… – spytała
– Tak.
– Jest ich trzech.
– Widocznie dostał za słabo.
– Nie rób tego – powiedziała trochę nazbyt teatralnie – Nie bij się z nimi, jest ich zbyt wielu.
Wiedział, że tak naprawdę chciała, żeby się z nimi bił. I on też chciał się z nimi bić. To była idealna sytuacja, idealny pretekst, aby bronić swoich marzeń, a zarazem bardzo zły moment na ucieczkę. To było jak wyzwanie; trzeba było podjąć walkę, choćby się miało przegrać; bo bohaterowie zawsze przegrywają; bo uciekać można tylko bez powodu.
– Przecież wiesz, że muszę. – powiedział, pocałował ją delikatnie i zwrócił się do nich – Czego chcecie?
– Ty już kurwa wiesz czego. – odezwał się ziemniak osadzony na karku jednego z nich
– Twojemu kolesiowi już się dostało, teraz twoja kolej.
Największy spróbował uderzyć Marka, ten jednak sprawnie uniknął jego ciosu, chwycił go za ubranie i z wysiłkiem popchnął za siebie. Nie czekając na reakcję pozostałych uderzył w brzuch chudego, o głowie przypominającej trupią czaszkę. Sam dostał cios pod żebra od ziemniakowatego, a później jeszcze jeden w okolice nerek; z wrzaskiem obrócił się próbując uderzyć napastnika łokciem w twarz. Nie trafił, wykorzystał jednak zamach i uderzył go drugą ręką. Tamten odleciał kawałek do tyłu, chciał szybko wrócić do walki; powstrzymało go silne kopnięcie w krocze. Wtedy na Marka wskoczył największy z nich; obaj przewrócili się i poturlali spory kawałek w stronę lasku. Bili się po twarzy. Nie mieli dużo przestrzeni, więc uderzenia nie były mocne; mimo tego obaj mieli usta pełne krwi. W końcu Marek odepchnął tamtego na tyle, żeby móc uderzyć go czołem. Krew chlusnęła gęsto ze złamanego nosa. Do Marka podbiegali już dwaj pozostali; odczołgał się szybko w stronę lasku.
– Butelka! – krzyknęła Iweta z nie udawanym przerażeniem przyglądająca się bijatyce
Znalazł ją bez problemu, tą samą, którą widział rano. Chwycił za szyjkę i wstając szybko uderzył nią na ślepo; nikogo nie trafił, a samemu nadział się na pięść ziemniakowatego. Uderzenie nie było nokautujące, wytrąciło jednak Marka z równowagi. Upadając wypuścił z rąk butelkę. Jak tylko upadł poczuł kopnięcie. Spróbował wstać, jednak powstrzymał go niezrozumiały dźwięk tłuczonego szkła. Była to butelka, którą rozbił mu na głowie największy z napastników. Marek stracił przytomność; nie czuł ciosów zadanych mu tulipanem; ani tego wymierzonego w samo serce, ani tych kaleczących brzuch.
Iweta krzyczała. Nigdy przedtem tak nie krzyczała; tak szczerze, tak głośno, tak przeraźliwie. Nie próbowała uciekać, kiedy podszedł do niej chudy o trupiej twarzy. Chwycił ją za rękę i ciągnął w stronę nieruchomego Marka i dyszących, kłócących się kolegów.
– Po chuja go ciąłeś? Mamy trupa przez ciebie! Wiesz co to znaczy?
– A po chuja brał butelkę? Jakby jej nie ruszył to bym go nie zajebał!
Wszystko działo się jakby w zwolnionym tempie; te krzyki, miejscami niezrozumiałe, niewyraźne, ten chudy chłopak wyglądający jak śmierć i ciągnący ją za rękę, spowolniony szum morza, głośny i gromowy dźwięk rozbijających się fal, Marek cały we krwi, bez ruchu leżący wśród odłamków zielonego szkła. W zwolnionym tempie, a jednak bardzo szybko, zaledwie w ułamkach sekundy. I te słowa w jej głowie już wtedy powtarzające się jak zacięta płyta: trzeba pozbyć się świadka; mieszały się z jej własnymi myślami: trzeba uciekać.
Schyliła się, chwyciła garść piasku i sypnęła nim w twarz chudego. Puścił ją od razu, łapiąc się za oczy. Uciekała najpierw wzdłuż morza, później do lasu. Nie gonili jej.

***

Adam dyszał leżąc na ciemnej ziemi, pomiędzy dwoma świerkami. Karolina dygotała, mimo, że tamci znikli już dawno w lesie. Podeszła do męża, nachyliła się nad nim. Spróbował wstać, jednak tępy ból w nodze nakazał mu usiąść.
– Czemu nie chciałeś im powiedzieć? – sylaby wymawiała pojedynczo, z trudem.
– Czemu im powiedziałaś? – nie bez problemu wyciągnął swój telefon i zaczął szukać numeru Marka – mam do niego numer, może jeszcze da się coś zrobić.
Od razu usłyszał głos Marka: „tak słucham?”.
– Cześć, tu Adam, słuchaj jest mały problem… – w tym momencie usłyszał pisk automatu – kurwa mać! Ma wyłączony telefon.
– Co teraz?
Przykucnęła przy nim i po chwili także opadła na ziemię. Siedzieli tak chwilę patrząc na siebie. Myśleli o tym, co teraz może dziać się z Markiem i Iwetą, że może uciekli, a może nawet Marek poradził sobie; w końcu był trzeźwy, a oni nawaleni jak stodoła. Myśleli też, co teraz sami powinni zrobić.
Minęło trochę czasu aż Adam podniósł wzrok na Karolinę i chciał już coś powiedzieć, kiedy w oddali zobaczył czarną sylwetkę biegnącą wzdłuż ulicy. Wyprostował się i przyjrzał bardziej; Karolina podążyła za jego spojrzeniem. Sylwetka, z pewnością kobieca, biegła potykając się co parę kroków, w końcu skręciła w jakąś uliczkę; oboje wiedzieli, że biegła do ich domu.
– Iweta! – wymówili razem.
Wstali i ruszyli w jej stronę; dzieliło ich ponad sto metrów. Próbowali biec; Adam walczył z bólem nogi robiąc większe kroki tą, która go nie bolała. W końcu, kiedy dobiegli do skrzyżowania przystanęli na chwilę. Iweta biegła dalej, teraz powoli, na resztkach sił wyłuskanych nie wiadomo skąd; była już tylko małym punkcikiem przy ich domu, ledwo widocznym w bladym świetle księżyca, który świecił tej nocy wyjątkowo mocno.
– Biegnij za nią, a ja poszukam Marka!
Rozdzielili się – Adam ruszył ścieżką przez las, a Karolina opadając z sił biegła ich ulicą.

***

Iweta dobiegała już do ganku; wchodząc na niego potknęła się o schodek i upadła. Nie myślała o zmęczeniu; czuła je w swoim przyspieszonym oddechu, w bólu gardła, w bolących nogach, ale nie myślała o nim. Wstała i szarpnęła kilka razy za klamkę. Pamiętała, że czuła się już w ten sposób kiedyś, że już kiedyś chciała zrobić to, co miała zrobić teraz. To było dawno temu, i wtedy też została sama, i wtedy też mówiła, że to przez nią; ale wtedy była jeszcze jakaś szansa na ratunek, jakiś promyk nadziei, że może jeszcze kiedyś, przy szampanie i zachodzie słońca, które nie wiedziało, że potrafi być takie pęknę… i wtedy też bardzo chciała go jeszcze raz zobaczyć.
Obiegła ganek i, biorąc po drodze leżący na ziemi kawałek cegły doszła do okna od strony dużego pokoju. Wybiła szybę i bez problemu dostała się do środka; wzięła z dywanu spory kawałek szkła i poszła do łazienki; zatkała korkiem odpływ w niewielkiej wannie i odkręciła oba kurki. Dźwięk wody mocno walącej w dno wanny wdarł się brutalnie w ciszę nocy.
Po chwili była już w wannie. Myślała o tym, jak robiła to ostatnio; o tym, że woda była wtedy równie zimna i, że wtedy miała w ręku kawałek lustra zamiast szkła. Myślała o tym jak niespodziewanie pojawiła się nad nią twarz Marka, jak powiedział jej, że wszystko będzie dobrze i rzeczywiście było, tylko że nie zobaczyła go później ani razu, aż do tego dnia. Myślała, że jeśli nie straciła go teraz na zawsze, to on znowu ją uratuje i znowu zniknie z jej życia, a ona będzie z dnia na dzień wierzyła, że kiedyś go spotka i znów będzie zachód słońca, szampan i piękne kłamstwa.
Nie wiedziała, w którym momencie wbiła szkło w swój przegub po raz pierwszy; po prostu w pewnym momencie woda zrobiła się czerwona. Dokładnie tak jak wtedy. Później nie mogła już zatrzymać ręki zdzierającej szkłem resztki jej życia.
Krzyczała. Krzyczała tak, jakby to ktoś ją ciął i siłą trzymał w zimnej wodzie, uśmierzającej podobno ból. Zagłuszyła dźwięk zamka w drzwiach i w ostatnich chwilach świadomości, kiedy nie krzyczała już, a tylko patrzyła na brudny sufit i wyblakłe kafelki zobaczyła jak pochyla się nad nią czyjaś twarz. Promyk nadziei dał jej jeszcze jeden oddech i dostrzegła tą twarz, która znikła nagle z piskiem, którego nie usłyszała, ale to nie była twarz jej ukochanego, więc wiedziała już, że nie ma dla niej ratunku, że to jest prawdziwy koniec, a nie happy end.

***

Obudził się w szpitalu. Stał nad nim gruby lekarz o wesołej twarzy i brzydka pielęgniarka, której nie zobaczyłbyś w żadnym amerykańskim filmie.
– Miałeś fart chłopie – powiedział lekarz – Miałeś cholerny fart.
Później rozmawiał jeszcze chwile z pielęgniarką, po czym wyszli oboje obiecując, że zaraz wrócą. Do sali weszli Adam i Karolina, nie uśmiechali się, nie trzymali za ręce, patrzyli tylko smutnym wzrokiem na Marka.
– Przyszliśmy się pożegnać – powiedział Adam – Wyjeżdżamy i pewnie więcej się nie spotkamy. – Marek patrzył na nich, jakby nie wiedział kim byli – Pamiętasz nas?
Odpowiedział kiwnięciem głowy, próbując przypomnieć sobie jak się tu znalazł. Nagle wszystko spłynęło na niego jak kubeł zimnej wody; jakby jeszcze przed chwilą cały tamten dzień był tylko wyjątkowo realistycznym snem.
– Iweta?
To był bardziej bełkot, jednak wszyscy dobrze wiedzieli o co mu chodziło. Karolina zrobiła krok do przodu i otworzyła usta, nie mogła wydobyć z siebie słowa.
– Nie żyje – powiedział za nią Adam, po czym objął, lecz ona odeszła o krok, po czym wybiegła z sali. – popełniła samobójstwo w naszym domu. Dlatego wyjeżdżamy. Myślałem, że powinieneś o tym wiedzieć.
– Po co?
– Nie wiem. To nie twoja wina. To też powinieneś wiedzieć, ale także nie wiem po co. Nie znam żadnej dobrej odpowiedzi na twoje pytanie. Przykro mi.
Wyszedł. Marek wtopił spojrzenie w miejsce, gdzie przed chwilą stał Adam. Jego twarz przekreśliła ledwo dostrzegalna stróżka; ślad po czymś, co znał kiedyś, kiedy był mały, ale dawno już zapomniał skąd się bierze. Wszedł lekarz nie patrząc nawet na niego i powiedział:
– Ledwo cię pozszywaliśmy. Podobno ktoś cię pociął butelką; miałeś szczęście, że nie było głębokich ran na brzuchu; butelka skruszała się pewnie na twojej klatce piersiowej – lekarz zmierzył go spojrzeniem – Miałeś szczęście.
Słowa nie dochodziły do jego świadomości, nie w całości, tylko jako urywki. Minęła chwila zanim skrystalizowały się w głowie i zaczęły krążyć nie dając myśleć o niczym innym. „Miałeś szczęście” dudniło jak młotem, „miałeś szczęście… Miałem?”

***

Miał poważną minę; obok niego dumnie kroczyła krótko ścięta blondynka w grubym, zimowym płaszczu. Przeszli główną uliczką miasteczka, minęli knajpę na rogu, przeszli jeszcze kawałek, po czym skręcili w najwęższą chyba uliczkę, przy której stały tylko dwa domy. W milczeniu doszli na sam koniec, który był niepotrzebnie daleko od głównej ulicy i nikt w zasadzie nie potrafił powiedzieć dlaczego akurat tak było. Teraz, zimą, wszystko wyglądało inaczej; może właśnie dlatego przyjechał tu dopiero teraz. Dom na końcu ulicy nadal był bladoniebieski, przed gankiem stała tabliczka z napisem „na sprzedaż” i odpowiednim numerem telefonu.
– Chyba nie chcesz tego kupić? – powiedziała
– To ostatnia rzecz, którą chciałbym kupić.
Nie weszli do środka, po prostu patrzyli chwilę na dom, po czym zawrócili. Zeszli na plażę, stanęli na chwilę w miejscu gdzie ścieżka wychodziła z lasu.
– Czemu tu jesteśmy?
– Bo kupiliśmy bilet, wsiedliśmy do pociągu i wysiedliśmy na odpowiedniej stacji.
Zaśmiała się cicho, on jednak nadal miał kamienną twarz. W zasadzie nie pamiętała, kiedy ostatnio sam się śmiał, to było chyba kiedy się poznali i może jeszcze parę razy później, ale od kiedy znowu są razem nie zaśmiał się ani razu.
– To miejsce przypomina mi kogoś. Czy wierzysz w to, że można kochać dwa razy?
– Tak
– I chyba masz rację. Inaczej życie byłoby cholernie niesprawiedliwe. – spojrzał jej w oczy – to miejsce przypomina mi kogoś, kogo bardzo kochałem; tak jak się kocha tylko… – zawahał się, nabrał powietrza w płuca i powiedział – tak jak się kocha pierwszy raz.
Spuścił głowę, ona przyglądała mu się bacznie, próbując wyczytać coś z jego spojrzenia, on jednak unikał jej wzroku. Ruszył wzdłuż plaży i mówił dalej, a ona słuchała uważnie.
– To się zaczęło właśnie tutaj. Zaczęło się pięknie, przy zachodzie słońca i wśród szumu morza. Później wróciliśmy do miasta, zabraliśmy oszczędności i ruszyliśmy w świat. Pech chciał, że obrabowali nas jeszcze w pociągu. To była śmieszna historia, wiesz? – spojrzał na nią szklistymi oczami – Musieliśmy znaleźć sobie jakąś pracę, żeby móc dalej jechać. Dorabialiśmy chodząc od miasta do miasta i pracując gdzie się da. W końcu mieliśmy te swoje pieniądze i ruszyliśmy do Lwowa. Tam też trochę pracowaliśmy, a później zwiedziliśmy Grecję i Rzym, a nawet Paryż. Tam mieszkaliśmy trochę, ale nie za długo, bo przecież tyle jeszcze było do przeżycia…
Dziewczyna przytuliła się do niego mocniej, spojrzała na niego i powiedziała:
– Nigdy wcześniej mi o tym nie mówiłeś. Nie wiedziałam, że…
Była jednak zbyt zmieszana, żeby pozbierać myśli. Szli jeszcze chwilę, po czym przystanęli blisko morza, tak jednak aby nie zamoczyć butów.
– I co było potem?
Podniósł coś, co przed chwilą wyrzuciło na brzeg zimne morze; był to kawałek oszlifowanego zielonego szkła w kształcie łuku.
– Potem – powiedział chowając kawałek szkła do kieszeni – Potem ktoś nam przeszkodził.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *