Chciałbym umrzeć z miłości

czyli idealistyczne rozważania przedwalentynkowe.

Podobno wszystkie filmy świata opowiadają o miłości. Bohaterowie muszą kochać, gonić za czymś pozornie niedoścignionym; muszą coś stracić, aby przekonać się o wielkości i sile tego niezwykłego uczucia. Tomasz z Akwinu wysunął wręcz tezę, że wszelkie nasze grzechy także popełniamy w imię miłości: albo z powodu jej nadmiaru albo z niedostatku. Czymże są więc nasze wszelkie występki, nasze dobre i złe uczynki, jeśli nie ucieleśnienem czystej i pięknej idei miłości?

Tak – niestety to tylko idea. Człowiek bowiem jest istotą zabójczo omylną i czasami pewne idee wciela w życie w naprawdę niezwykle pokrętny sposób. Stąd wzięła się wzięło się pojęcie miłości niemożliwej, objawiającej się na tysiące różnych sposobów zarówno w życiu codziennym, jak i w sztuce wszystkich epok. Mnie interesuje natomiast dotarcie właśnie do owej idealnej, czystej formy miłości, wyrytej niczym hieroglify na monumentalnych grobach tych, którzy oddali swoje życie dla jednego spojrzenia ukochanej osoby.

Wszyscy chyba zdajemy sobie sprawę, że temat ten jest w gruncie rzeczy stary jak świat: weźmy parę kochanków, ustawmy ich po przeciwnych stronach barykady, skłóćmy ich rodziny, wprowadźmy zróżnicowanie na klasy społeczne… No, i proszę – „Romeo i Julia” jak żywi! Czyż nie była to idealna, a jednocześnie zakazana, miłość?

Rzecz jednak idzie zupełnie o co innego: kiedy bowiem Romeo stał w utęsknieniem pod balkonem Julii, to choćby i się waliło i paliło – on wciąż by tam był. Nie boi się niczego, bo siły dodaje mu jego wszechogarniająca miłość. „Przejdę piekło, aby być z tobą” – mówi Chris do swej żony Annie w „Między piekłem a niebem” Vincenta Warda. Chodzi jednak nie o to, że to się stało, tylko o to, dlaczego tak się właśnie dzieje?

Odpowiedź wydaje się prosta: bo Romeo kochał Julię, a Julia Romea. Sprawa jest właściwie oczywista i nie wymaga ani żadnego komentarza, ani tym bardziej jakichkolwiek artystycznych zabiegów, więc szczytem komercji byłoby kręcić kilkadziesiąt filmów rocznie kopiując tą banalną w gruncie rzeczy szekspirowską historię. No ale powiedzieliśmy już, że wszystkie (w teorii), a prawie wszystkie (w praktyce) filmy traktują o miłości właśnie. Więc?

Osobiście wierzę, że reżyserów pcha do realizacji tego tematu raczej słabo zbadany problem z istotą miłości. Wiemy bowiem już jak się objawia. Czym jednak jest w rzeczywistości? I czy w ogóle istnieje? No i w końcu jak ją pokazać w atrakcyjnej i niebanalnej formie?

Zakochani zawsze trafiają do raju – zdaje się nam mówić Kieślowski głosem Toma Tykwera. W „Niebie” bowiem pokazał właśnie modelowy przykład niemożliwej, acz spełnionej miłości – spełnionej raczej metafizycznie, niż cieleśnie. Oto kobieta pałająca paranoiczną wręcz żądzą zemsty na pewnym przedsiębiorcy – domniemanym handlarzu narkotyków – podkłada bombę w jego biurze. Jej wybuch jednak nieoczekiwanie wcale nie dosięga celu przeznaczenia, tylko zabija cztery zupełnie niewinne osoby. Owa kobieta, Philippa, zostaje złapana i osadzona w areszcie, gdzie jest przesłuchiwana przez dość porywczego prokuratora. Problem jednak w tym, że ona jest angielką (rzecz dzieje się we Włoszech) i chce zeznawać w ojczystym języku. Jej tłumaczem zostaje młody policjant Filippo (zbieżność imion z pewnością nieprzypadkowa).

Fascynacja Philippą rodzi się w Filippie dość nieoczekiwanie: ona jest porywczą i łamiącą konwenanse idealistką, a on – włożonym w duszne schematy szeregowym karabinierem. W oczach ma jednak pewien blask, zdradzający tęsknotę za niemalże dziecięcą niewinnością. Szybko więc się okaże, że pomimo niepodważalnych różnic światopoglądowych łączy ich pewna szczególna więź – wspólnota pragnień. Policjant postanawia pomóc Philippie – nie pyta o jej przeszłość, nie chce dokładnie poznać motywów zamachu w biurowcu – po prostu się zakochał i chce ją ocalić za wszelką cenę. Nie dla zaspokojenia własnego pragnienia, nie dlatego że ją pożąda, ale dlatego, że przeznaczeniem bratnich dusz jest ostateczne i wieczne połączenie. Ona zaś zgadza się na niezwykle ryzykowną grę zainicjowaną przez młodego policjanta, a o jego imię spyta dopiero, kiedy będą już względnie bezpieczni…

Kieślowski i Piesiewicz bardzo zmyślnie przesuwają tutaj akcenty: co tam imię, co tam najcięższe zarzuty, co tam własna kariera i spokojne życie, kiedy przed nami wznosi się niepewny horyzont ostatecznego spełnienia? Jesteśmy niczym w obliczu potężnej siły miłości, która w końcu zawsze prowadzi nas do wspólnej śmierci. Jednak miłość okaże się silniejsza niż śmierć – w ostatniej scenie pionowego wznoszenia się helikoptera w stronę tytułowego nieba pobrzmiewają nam w głowach słowa Filippa z początku filmu: „jak wysoko mogę wzlecieć”? Wydaje się, że odpowiedź zależy od tego z kim odbywa się tę podróż. Może z ukochaną można się wznieść aż po samo niebo?

W podobny ton uderza Michael Cristofer – reżyser i scenarzysta (no motywach powieści Cornella Woolricha) filmu „Original Sin”. „Nie uciekaj od miłości choćby cena jej była wysoka” – mówi w jednej z ostatnich scen bohater filmu, grany przez Antonio Banderasa. Tutaj z kolei mamy do czynienia z klasyczną femme fatale – kobietą, której hipnotyzujący urok powoduje, że poważny kubański przedsiębiorca rzuci właściwie całe swoje dotychczasowe życie w wygodnej hacjendzie, byleby tylko zaznać rozkoszy z piękną Julią Russell (graną przez Angelinę Jolie, więc trudno się właściwie biednemu Banderasowi dziwić, że go tak trafiło…)

Dlaczego Luis Antonio Vargas zachowuje się tak, zdawałoby się, nieracjonalnie? Oczywiście – w imię miłości. Miłości niezwykłej, choć zrodzonej z jak najbardziej zwykłego zwierzęcego pożądania, które dopiero z czasem przeradza się prawdziwe, i już niezwykłe, uczucie. Luis odda w końcu Julii wszystkie swoje pieniądze, a ona odwdzięczy mu się… dezercją, zostawiając na saloniku małżeńską obrączkę. Historia jest dość zawiła i nie ma chyba tutaj sensu przytaczać jej w całości – kto chce, niech film po prostu obejrzy. W każdym razie Luis rzuci się w pogoń za uciekinierką – początkowo z zamiarem jej zabicia – kiedy już jednak ją znajdzie, to… rzuci się w jej ramiona i odda pozostawioną obrączkę.

„Cena nie ma znaczenia. Nie uciekniecie od miłości” – zwraca się bezpośrednio do widzów Banderas. Słusznie prawisz, el Mariachi…

Miłość zawsze wymaga jakiejś ofiary i nie jest tożsama z pożądaniem. A właściwie to paradoksalnie jest jego przeciwieństwem: pożądanie to bowiem instynktowna chęć brania od partnera tego, co ma najlepsze, a miłość… to ciągła chęć dawania. Cóż zyskali Luis i Filippo? Miłość doprowadziła ich na skraj życia, jednocześnie uświadamiając, że właściwie to jest wszystko, czego mogą od tego życia oczekiwać.

„Gdybym miał niebios wyszywana szatę
Z nici złotego i srebrnego światła,
Ciemną i bladą, i błękitną szatę
Ze światła, mroku, półmroku, półświatła,
Rozpostarłbym ci tę szatę pod stopy,
Lecz jestem nędzarzem, posiadam tylko marzenia,
rozsiałem je u twych stóp.
Stąpaj lekko, gdyż stąpasz po moich marzeniach”
William Butler Yates, „Marzenia”

Słowa poety zdają się wyjaśniać tutaj wszystko: oddam ci wszystko co mam, choćby i same marzenia, a ty „stąpaj lekko” – nie zniszcz, nie depcz tego pięknego daru, który ci ofiaruję. I właściwie nie mamy żadnych wątpliwości o czym jest ten, mocno zabarwiony idealizmem, wiersz…

Równie piękna, choć może nieco innego typu, jest miłość Atillo (notabene poety) do Victorii – w filmie „Tygrys i śnieg” Roberta Benigniego. Urzekająca jest tutaj niezwykła fantazja, z jaką o swoją dawną ukochaną walczy Atillo: jest prawdziwym rycerzem miłości, niosącym nie tylko rozkosz, ale przede wszystkim – bezgraniczne i bezinteresowne oddanie drugiej osobie. O ile w „Między piekłem a niebem” bohater musiał przejść piekło, to tutaj tym „piekłem” stanie się pogrążony w wojnie Irak, w którym dziwnym zrządzeniem losu oboje się znajdą.

Victoria leży ciężko ranna w szpitalu. Jest nieprzytomna, a lekarze, z powodu dramatycznych braków w lekach i wyposażeniu, nie jej szans na przeżycie. Atillo jednak do końca nie da za wygraną – załatwi właściwie wszystko, co będzie niezbędne do ratowania życia ukochanej, a maska tlenowa skonstruowana ze sprzętu do nurkowania to zaledwie tylko jeden z jego niezwykłych wynalazków pierwszej potrzeby. Bezgraniczna moc jego miłości daje Victorii drugie życie – możliwość powrotu do czekającej w domu córki i uporządkowania, chaotycznego dotąd, życia.

Benigni opowiada nam w gruncie rzeczy nierealną baśń o ludzkim uporze i niezłomności w dążeniu do, nawet najbardziej niemożliwych, celów. Jego, na poły komiczne, czy wręcz absurdalne starania zostaną nagrodzone w równie bajkowy sposób: Victoria, jeszcze w Rzymie, mówi bowiem, że pocałuje Atillo, kiedy zobaczy… tygrysa na śniegu. I to jednak będzie w tej historii możliwe…

W miłości jak widać nie ma rzeczy nie tylko zakazanych, ale też i niemożliwych. Nie ma też żadnych kompromisów – wszystkie chwyty dozwolone. Byleby tylko cel nas zadowalał. A ten z reguły jest taki sam: ofiarowanie szczęścia ukochanej osobie. Nie ma tutaj nic z interesowności – ten cel jest celem samym w sobie. Nie podlega klasycznym kryteriom oceny moralnej, bo jest tej moralności zakłóceniem – niezwykłym ucieleśnieniem zasady mówiącej o uświęcaniu środków poprzez cele… Nic bowiem się nie liczy w obliczu potężnej potrzeby ciągłego dawania siebie.

Każdy z nas jest w istocie yeatsowskim nędzarzem i jedną rzeczą, jaką posiada na własność, to przenikliwe pragnienie spełnienia marzeń o wielkiej miłości. Miłość zawsze jest pewną katastrofą – wywraca do góry nogami nasze życie, odziera ze złudzeń i dziecięcych pragnień o byciu wielkim człowiekiem. Miłość to pragnienie małości i pospolitości. Wszystkie sprawy świata stają się w jednej chwili nieistotne – jeśli tylko pojawia się szansa na przeżycie swojego życia w objęciach ukochanej osoby. W obliczu tych słów jasne staną się więc przewrotne słowa poety:

„ (…) Z nim będziesz szczęśliwsza,
Dużo szczęśliwsza będziesz z nim.
Ja, cóż –
Włóczęga, niespokojny duch,
Ze mną można tylko
Pójść na wrzosowisko
I zapomnieć wszystko

Jaka epoka, jaki wiek,
Jaki rok, jaki miesiąc, jaki dzień
I jaka godzina
Kończy się,
A jaka zaczyna

Ze mną można tylko
W dali znikać cicho”
Edward Stachura, „Z nim będziesz szczęśliwsza”

Mamy luty – miesiąc zakochanych. Warto chyba w ten szczególny czas dokonać rewizji swoich poglądów na temat miłości i nie pytać już o miłość w postmodernistycznym świecie, ale o miłość ponadczasową, której nie straszny żaden ustrój i żadna wojna. Bo w gruncie rzeczy ludzie kochali się chyba zawsze tak samo…

A teraz pomyślmy wspólnie: czy historia każdego człowieka to historia jego miłości?

2 thoughts on “Chciałbym umrzeć z miłości

  1. „Mnie interesuje natomiast dotarcie właśnie do owej idealnej, czystej formy miłości, wyrytej niczym hieroglify na monumentalnych grobach tych, którzy oddali swoje życie dla jednego spojrzenia ukochanej osoby” – to jest możliwe jedynie poprzez sam akt kochania i tylko na poziomie poza fizycznym. Jako ta „idea” miłości wg Platona. Niewiele więc da analizowanie poszczególnych sytuacji… Bo miłość to pierwiastek boskości, zawarty we wszystkim, co żyje i tylko odkrycie jej w sobie pomoże Ci zrozumieć innych. A z Yates’em to nie do końca się zgodzę… Nie jest możliwe posiadanie czegokolwiek, tym bardziej marzeń, bo to znaczyłoby, że można je sprzedać, oddać, stracić. ‚Marzenie’ to czynność, której z uporem poddaje się człowiek 😛 Bywa tylko, że nie jest tego świadom. A co do tej historii życia/miłości to muszę się zastanowić. Pozdrawiam

  2. „…niedokończony jasny portret twój
    uniosę go, ocalę wszędzie,
    czy będziesz przy mnie, czy nie będziesz…”

    To musi być bardzo smutne, gdy historia człowieka to historia jego miłości. A jeśli się taki szlak komu przytrafi to zawsze jeszcze można o siebie zawalczyć..i zaczynać od nowa.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *