Przed Oscarami

Od zawsze zadziwiał mnie fenomen tzw. oscarowej gorączki. Wydaje się bowiem, że nie ma nic pasjonującego w obserwowaniu, jak amerykanie sami sobie przyznają nagrody, które zresztą potem otrzymują niemalże mityczny status – napis „laureat Oscara” na pudełku z płytą DVD, to już po prostu niewiarygodna nobilitacja. Sensu może i to nie ma, ale jednak jakoś tak podświadomie chcemy zobaczyć co wydarzy się tej szczególnej nocy w Ameryce…

Jest bowiem w oscarowej nocy jakaś tajemnicza magia. Nagrody pozornie nie miały dla mnie nigdy aż tak wielkiego znaczenia, niemniej jednak od ładnych kilkunastu lat co roku staram się wytrwać przed telewizorem niemal całą noc, by obejrzeć ten szczególny show. I oczywiście – trzymać do samego końca kciuki za swoich faworytów. Tak, wiem – jestem strasznym konformistą.

Nie inaczej będzie w tym roku – szczególnie, że nominacje wyglądają niezwykle apetycznie i, o dziwo, ambitnie. Oscary dla znawców kina (tych nonkonformistycznych, oczywiście) są synonimem tandety i artystycznej pustki. Oczywiście tezę tą można wzmocnić znamienitymi przykładami: „Titanic”, „Chicago” czy „Władca Pierścieni” to tryumfatorzy gali z ostatnich lat. Ja tak jednak nie uważam. Śmiem wręcz twierdzić, że to tylko mało chlubne wyjątki: w ostatnich latach obserwujemy bowiem tendencję do coraz większej nobilitacji dzieł ambitnych, a mega drogie megahity otrzymują oczywiście nominacje w najważniejszej kategorii, jednak na tym z reguły kończy się ich oscarowa przygoda – statuetki ostatnio zgarniają filmy naprawdę niezwykłe.

I tak: rok temu zwyciężył kapitalny „Crash” Paula Haggisa, w 2004r. „Za wszelką cenę” Eastwooda, a w roku 2001 – „Piękny umysł” Howarda. W tych samych latach zaś nominacjami zadowolić musiały się m.in. takie dzieła, jak „Pianista”, „Moulin Rouge”, „Aviator”, „Marzyciel” czy „Monachium”. Wygląda więc na to, że idziemy we właściwą stronę: w stronę sztuki poszukującej i poruszającej, a nie efektownej i z reguły treściowo miałkiej holywódzkiej papki.

Zresztą zeszłoroczne Oscary były wyjątkowe, bo wśród nominacji były same naprawdę bardzo dobre filmy (w tym doskonałe „Good Night and Good Luck” i „Capote”) i, co najważniejsze – żadnej „wysokobudżetówki”, a to nie zdarza się często. I podobnie jest i w tym roku, z jednym może tylko zastrzeżeniem: film „Infiltracja” to remake filmu „Infernal Affairs” z… 2002 roku. I sam nie wiem, czy to tylko mi przeszkadza powtórne podgrzewanie wciąż jeszcze ciepłej historii? Czy tylko mi pachnie to lenistwem scenarzysty i producenta? Niebanalna historia firmowana przez Scorsese, a nie przez nikomu nieznanych Andrew Lau i Alana Maka, odegrana przez gwiazdy mainstreamu, a nie przez Chapmana To i Andy’ego Lau może i nabrała bardziej komercyjnego kształtu, jednak dla mnie nie jest to do końca „czyste” zagranie i ani nie wróżę, ani nie życzę „Infiltracji” sukcesu w tym roku.

Kto więc tym razem dostanie główną nagrodę? Osobiście stawiam na „Królową” Stephena Frearsa, chociaż sercem jestem oczywiście za genialnym „Babel” Inarritu. Prawdopodobnie jednak zgarnie on nagrodę „tylko” dla najlepszego reżysera, a jego głównym konkurentem będzie wspominany już Martin Scorsese. Clint Eastwood raczej nie będzie się liczył w tej kategorii, bo niedawno przecież odbierał Oscara za „Za wszelką cenę”, a Amerykańska Akademia Filmowa raczej nie dopuszcza do dominacji jednego twórcy w jakiejkolwiek kategorii.

Będę także gorąco trzymał kciuki za wiecznego milczka i bohatera drugiego planu Foresta Whitakera, nominowanego w kategorii „najlepszy aktor”. Swoją drogą niesamowite, że aż tyle lat musiał czekać na rolę swojego życia (w końcu ma już na karku przeszło 45 lat!). Chociaż z drugiej strony – świętej pamięci Krystyna Feldman będzie pamiętana przede wszystkim za rolę w „Moim Nikiforze”, którą odegrała w wieku lat 84.!

Wśród pań zaś bezkonkurencyjna wydaje się być Penelope Cruz za brawurową rolę w „Volver” Almodovara, chociaż zagrozić jej może Hellen Mirren za kreację brytyjskiej królowej i, stylowa jak zawsze, Kate Winslet za sugestywną rolę frustratki w „Małych dzieciach”. Stawiam jednak na piękną Penelopę, której wypada dać Oscara choćby dla samej możliwości pokazania jej w zbliżeniu na scenie podczas odbierania statuetki – sam ten obrazek (plus zniewalający uśmiech pani Cruz) byłby wielkim uświetnieniem ceremonii.

To, co najbardziej zadziwia komentatorów to brak nominacji dla „Volver” w kategorii „Najlepszy film nieanglojęzyczny”. Dziwne to tym bardziej, że ostatnimi czasy najnowszy film Almodovara robi furorę w Ameryce, a w zgodnej opinii krytyków – jest to jak na razie najlepsze dzieło zasłużonego dla kina światowego reżysera i, do niedawna, oscarowy pewniak. Widać jednak zadziałały jakieś siły pozafilmowe – mówi się, że niechęć konserwatywnej Akademii do Almodovara bierze się w ciągłego powracania do motywu wykorzystywanych seksualnie dzieci. Ale czy to ma znaczyć, że Akademia uważa Almodovara za jakiegoś krypto-pedofila?!

Jednak twórcy hiszpańskojęzyczni już tak mocno wniknęli w światową kinematografię, że są w stanie nie tylko przełknąć tę zniewagę, ale też wyprowadzić druzgocący kontratak – wszak mają w tej kategorii innego, bardzo mocnego reprezentanta. Mowa oczywiście o „Labiryncie Fauna” Guillermo Del Toro – filmie, który otrzymał m.in. grand prix łódzkiego festiwalu Camerimage. Miałem okazję obejrzeć to dzieło i rzeczywiście robi kolosalne wrażenie, nie tylko w warstwie wizualnej, ale też w samej konstrukcji dramatycznej i kompozycyjnej jest to dzieło wielowymiarowe. Dodać należy, że znany m.in. ze zdjęć do „Desperado” i „Hellboya” Guillermo Navarro może być za „Labirynt Fauna” raczej pewny zwycięstwa w kategorii „Najlepsze zdjęcia”. Szkoda tylko, że nie będzie miał szansy stanąć w szranki z Jean Louis Bompointem, który stał za kamerą przy realizacji „Jak we śnie” Michela Gondry…

Jak jednak będzie – okaże się dopiero pod koniec lutego. Jakie znaczenie mają nagrody? Szczerze mówiąc niewielkie. Nie powinny być głównym wyznacznikiem jakości filmu (jeśli w ogóle cokolwiek mogłoby mieć taki status) – bo członkowie Akademii to tacy sami ludzie jak my, a jak wiadomo – ludzie bywają omylni. Po drugie – rozdawnictwu nagród przyświeca jakiś dziwny, popowo-ambitny punkt widzenia i doprawdy ciężko jest się wstrzelić w upodobania szacownego jury. Jednak oscarowa gala to bezapelacyjnie wielkie show, w którym przeciętnym gwiazdkom coraz częściej towarzyszą prawdziwi artyści. Warto też posłuchać głosu zwycięzców, którzy często mają do powiedzenia znacznie więcej, niż standardowe „dziękuję i pozdrawiam mamę z tatą” – wystarczy przypomnieć sobie anty-bushowskie wystąpienie Micheala Moore’a przy okazji odbierania nagrody za „Zabawy z bronią”.

Cieszy również pewna zmiana kursu, która od kilku lat przeciąga spojrzenie krytyków w stronę europy. Bo też coraz więcej w europie powstaje filmów, które mogą spodobać się w Ameryce, co z jednej strony może być smutnym dowodem na globalizację, czy nawet „makdonaldyzację” światowego kina, ale z drugiej strony – być może z połączenia stylowych produkcji europejskich i efektownych dzieł z fabryki snów uda się stworzyć coś naprawdę wspaniałego?

Bez wątpienia jednak 25 luty to dla wszystkich miłośników kina data niezwykle ważna. A przynajmniej powinna takową być. I wypada tylko zachęcić do oglądania gali. Pora bowiem skończyć z tym europejskim, nonkonformistycznym szlifem, który co roku nakazuje nam ignorować oscarowe show. Nie warto moim zdaniem – stracimy wówczas wiele pięknych i cennych obrazów.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *