Jarosław Kolasiński

Już nie uważam, że jeśli tylko mam słuszność i to głośno wytłumaczę, to inni mnie zrozumieją i pomyślą podobnie.

Jarosław Kolasiński, znany użytkownikom internetowych serwisów literackich jako Yarre, jest autorem licznych felietonów i opowiadań. Jego debiutancka książka „Fala” zwyciężyła w konkursie wydawnictwa „Atut” na najciekawszą powieść o powodzi tysiąclecia. Specyficzny styl Yarre sprawia, że do Jego twórczości zawsze powraca się z przyjemnością. Nawet, jeśli się z nim nie zgadza, to i tak chce się poznać Jego zdanie. Po prostu warto.

Ewelina Pasternak: Zawsze, kiedy sięgam po nową lekturę, staram się czegoś dowiedzieć o jej autorze. O Jarosławie Kolasińskim można czytać głównie w Jego twórczości. Na ile prawdziwy to obraz?

Jarosław Kolasiński: Najpierw musiałbym wiedzieć, jaki ów obraz jest, żeby ocenić stopień jego prawdziwości. W przeciwnym wypadku przyszłoby mi pływać, a pora roku jest raczej nieodpowiednia.

EP: Autorzy zwykle uwielbiają opowiadać o sobie jakieś ciekawostki. Ty podajesz wszystko w formie pośredniej i nie zawsze wiem, czy to Twoje prawdziwe zdanie czy tylko kpina. Z Twojej twórczości mogłam jedynie wywnioskować, że masz duże poczucie humoru i potrafisz śmiać się ze zwykłych rzeczy, na które inni nie zwróciliby pewnie uwagi, ale ironia to chyba nie jest wszystko.

JK: Chyba nie. Myślę, że w tym, co do tej pory napisałem da się jednak odnaleźć coś poza ironią i humorem. Choćby w „Fali” i „Stokrotkach”, czy felietonach o Kapuścińskim, o Biesłanie. Podobnie w napisanym wspólnie z moją żoną reportażu o Bieszczadach, gdzie poza rechotem i opisami kwiatuszków, jest sporo refleksji historycznej pozbawionej ironii, prawda? Przyznam, że ja siebie w roli ironicznego rozśmieszacza nie widzę. A przynajmniej nie chcę, żeby to była rola główna, czy jedyna. W tym, co piszę – jak prawdopodobnie każdy – staram się przekazać pewną prawdę, prawdę moją i niczyją inną. Cóż, nie znoszę biadolenia, rwania kłaków z głowy i łzawego moralizowania. Nie tędy droga, przynajmniej nie dla mnie. Bardziej odpowiada mi ironia, córka goryczy, wnuczka pesymizmu, a sentymentalizmu baaardzo daleka kuzynka. Zaraziłem się tym (może poza pesymizmem) od Czechów, od ich literatury i kina, które mnie fascynują od zawsze. Można rechotać przez cztery piąte czeskiej książki czy ichniego filmu, a w finale robi się człowiekowi głupio, że nie potrafił się powstrzymać. Gorzka ironia pływająca po jeziorze humoru porośniętym gdzieniegdzie tatarakiem sentymentalizmu. Tak odbieram rzeczywistość, więc trudno, bym inaczej ją opisywał. Jest to nawiasem mówiąc dość wygodne – pozwala sobie wytworzyć bezpieczny dystans będący swoistym zaworem bezpieczeństwa. Czy to ogranicza? Z pewnością, ale jest mi z tym dobrze, a przecież o to nam wszystkim chodzi, nieprawdaż? Prawdaż.
Ciekawostki o sobie? Pewnie masz rację, że „autorzy uwielbiają je o sobie opowiadać”. Ja nie uwielbiam, ekshibicjonistą nie jestem. Owszem, pisanie to wprawdzie w wielkiej mierze ekshibicjonizm, ale sterowany. Mój życiorys jest moją własnością i się nim dzielę na tyle, na ile mam ochotę. Jego elementów faktycznie doszukać się można u moich bohaterów, ale łatwo się przy tym poślizgnąć. Pewien znajomy usiłował rozszyfrować, która z postaci „Fali” to ja i oczywiście spudłował. Nie ma żadnego klucza do tej dziurki. Nawiasem mówiąc – bardzo mi się podoba podejście do tej kwestii Marka Piwowskiego. Wypomniano mu kiedyś, że za każdym razem, kiedy opowiada o sobie, mówi co innego. Reżyser wyjaśnił, że zawsze po pewnym czasie nudzi mu obowiązująca wersja jego życiorysu i zmienia ją na bardziej interesującą. Moim zdaniem to postawa słuszna, on dba o widza. Przecież nic tak nie nudzi, jak cudze nieciekawe życie. A kiedy jest elementem autorskiego marketingu, to już zupełna tragedia. Ja wolę przemycać siebie w tym, co piszę. Jeden z moich ulubionych autorów, Bohumil Hrabal stwierdził kiedyś, że w zasadzie prozaik wciąż opowiada tę samą historię – swoją własną. Swojego życia. I jest to prawda, z zastrzeżeniem, że nie tyle każdy, co pewnie większość. Jest to oczywiście w indywidualny dla piszącego sposób przefiltrowane.
W publicystyce, tym bardziej, że upodobałem sobie felieton jako gatunek – rozbieram się już do naga. Mam na myśli to, że swoje przemyślenia przekazuję wprost, bez ubierania w kostiumy. To oczywiste. Ciekawostki o sobie? Pewnie gdybym teraz rozmawiał z „Vivą”, zapewne powiedziałbym więcej, też i dlatego, że o co innego byłbym pytany. Inna rzecz – ktoś złośliwy mógłby powiedzieć, że łatwo mi tak mówić, ponieważ nie jestem sławny i wcale nie muszę z rozgłosu rezygnować, bo go nie ma – i też będzie miał rację. Cóż, pojawiła się kiedyś moja szansa na wielką sławę, kiedy pewien mój – żeby było śmieszniej – niedoszły czytelnik w donosach m.in. do wojewody oskarżył mnie o deprawowanie nieletnich. Niestety, nikt tym tropem nie poszedł. Może kiedyś.

EP: Szokujesz mnie tym wyznaniem. Nieważne, co piszą ważne, że piszą?

JK: A ciebie nie szokuje, że na serio padło oskarżenie na piśmie, iż „Fala” jest książką demoralizująca nieletnich? Ja początkowo nie potrafiłem uwierzyć, że to nie dowcip. Tymczasem człowiek na podstawie wysłuchanych kilku fragmentów napisał na mnie donos do wojewody pomorskiego i na parę innych adresów. A to Polska właśnie. Oczywiście, że postawa „byleby było o mnie głośno” jest mi obca. Kiedy przed chwilą mówiłem coś przeciwnego, to po prostu drwiłem tak z dzisiejszych trendów, z twórców, którzy płacząc co jakiś czas i narzekając na paparazzich i tabloidalnych pseudoreporterów, sami ich czym prędzej napastują, kiedy tylko zapadnie złowróżbna dla ich dochodów i popularności medialna cisza. Mnie to i śmieszy, i nudzi. Broń Boże nie mam i nie chce mieć z tym nic wspólnego. Oczywiście zdaje sobie sprawę z faktu, ze żeby być czytanym (a o to mi chodzi) nie wystarczy pisać samemu, jeszcze ktoś musi o autorze pisać. Jeśli miałbym być w takiej sytuacji, to zdecydowanie wolę, by pisano dobrze.

EP: W „Zanim nastanie cisza” napisałeś: Mój, w szczeniackiej euforii wystukany na dziadkowej „Erice” – „III świat tańczy i śpiewa” był z jednej strony brutalną drwiną z królujących w polskich mediach „obrazków z życia bambusów”, a z drugiej żądaniem zrozumienia dla innych. Nie obcych, lecz innych. Po latach wstydzę się trochę tamtego mocno naiwnego wrzasku, ale jestem też dumny, że gówniarzem jeszcze będąc, już coś rozumiałem.

Jak bardzo od tamtego czasu się zmieniłeś i jak wpłynęło to na Twoją twórczość?

JK: Trochę posiwiałem, a czy zmądrzałem? Pewnie do jakiegoś stopnia tak, ale zdania na ten temat są podzielone. Zacytowałaś jeden z najnowszych moich tekstów, który nawiasem mówiąc pisało mi się trudniej, niż jakikolwiek inny wcześniej. Jest bardziej osobisty, niż poprzednie. Tak bezpośrednio. Długo wahałem się, czy go publikować gdziekolwiek poza osobistą www.
„Zanim nastanie cisza” jest nie tyle o samym Ryszardzie Kapuścińskim, co o moim poczuciu niewiarygodnie wielkiej straty wywołanym śmiercią pisarza, który moim przewodnikiem intelektualnym był chyba od zawsze. „III świat tańczy i śpiewa”, napisany bodajże w 1980 roku był po prostu wrzaskiem. Wywrzeszczałem tam wszystko, co mnie wówczas gryzło, a gryzło, ponieważ przez Kapuścińskiego zostałem uczulony na to, co ważne. Diabli mnie wtedy brali, że w mediach królowało zupełnie inne podejście. Optyka reportaży Kapuścińskiego w wielkiej mierze uporządkowała i ukierunkowała moje myślenie. I zmusiła do wrzasku. Widać, że nie do końca mistrza zrozumiałem – on się nie wydzierał.
Pytasz, co się od tamtego czasu we mnie zmieniło? Sporo. Zniknęło w moim myśleniu kretyńsko-szczeniackie przekonanie, że wystarczy mieć rację i ją wywrzeszczeć. Już nie uważam, że jeśli tylko mam słuszność i to głośno wytłumaczę, to inni mnie zrozumieją i pomyślą podobnie. Ten proces jest znacznie bardziej skomplikowany. Dzisiaj staram się uświadomić istnienie jakiegoś problemu. Jeśli się udaje, to uważam, że odniosłem sukces. Minimalizm? Realizm raczej. Poczucie misji jakoś we mnie osłabło, z wrzasku zrezygnowałem, pomijając jeden felieton o Biesłanie. Dziś wolę sobie podrwić. Kiedyś prawiłem morały, teraz wiedząc już, że działa to na czytelnika (mnie również) odstraszająco – staram się unikać podobnych wyskoków. Swój punkt widzenia wolę narzucać w sposób spokojniejszy, co nie znaczy bezpłciowy. Temperamentu publicystycznego raczej nie zatraciłem, jak sądzę, ale wyraża się on, w czym innym. Powiedziałem o „narzucaniu” swojego punktu widzenia całkowicie świadomie. To mi się wcale nie wypsnęło. Moim zdaniem hipokryzją jest udawanie przez publicystów, że „my tylko poddajemy nasze tezy i argumenty pod rozwagę”. Łgarstwo. Nikt, kto ma wyrobione zdanie na jakiś temat, jest do niego w pełni przekonany i przywiązany, nie poddaje tego pod rozwagę. Ujawnia je w nadziei, że maksymalnie duża liczba czytelników z czasem (pod wpływem argumentów) weźmie je za własne.
Do zmian należy też zwiększenie w moim myśleniu, i tym przelewanym na „papier”, dawki ironii i pesymizmu, ale to już nie moja wina. Ogólnie – dzisiaj, przeciwnie niż kiedyś staram się pisać nie tyle głośno, co przede wszystkim jasno i sugestywnie.

EP: „Gdybym był głuchy i ślepy na wszystko, stać by mnie było na optymizm.” – to również Twoje słowa. Łatwiej być głuchym i ślepym optymistą czy widzącym i słyszącym pesymistą?

JK: Jest taki stary kawał z siwą brodą. Dziecko-optymista i dziecko-pesymista dostają pod choinkę prezenty. Pesymista marudzi, że pecet jest nie tego koloru, że się będzie zawieszał, że za mało ma pamięci, że klawiatura do bani. Optymista natomiast, spostrzegając w pudełku końskie gówienko dzieli się otoczeniem taką oto refleksją: „O! Kucyk! Jaki ładny! Uciekł teraz, ale zaraz wróci!” Która postawa ma więcej sensu?
Rzecz w tym, że bycie optymistą czy pesymistą to nie jest przecież kwestia chęci. Nie jestem pesymistą, ponieważ doszedłem do wniosku, że tak dla mnie lepiej, że lepiej czarnowidzieć i miewać przyjemne niespodzianki. Po prostu – nie jestem głuchy i ślepy, więc nie stać mnie na optymizm. Nie mówię tu oczywiście o moim życiu prywatnym, tym najprywatniejszym. A optymiści? Z nimi jest podobnie. Niekoniecznie nimi są, bo tak wygodniej. Pomijam oczywiście wytresowanych w różnych szkołach pozytywnego myślenia itp., bo to mnie po prostu śmieszy, a kiedy ryczę ze śmiechu trudno mi się rozmawia. Optymista to taki, który na podstawie swoich doświadczeń i obserwacji ocenia dominującą tendencję w sferze, której dotyczy jego optymizm jako odpowiadającą jego celom, marzeniom. I tak na przykład – trudno dziś być optymistą emerytowanemu górnikowi, a z pewnością nie da się zaobserwować pesymistów wśród kapiszonów czy gwiazd serialu „M jak miłość”. Jedni i drudzy mają rację. Ja nie uważam, że dookoła jest fantastycznie i siłą rzeczy muszę być pesymistą. A nie chciałbym, powtarzam. Przykład? Pierwszy z brzegu, bardzo proszę. W czasie, kiedy na kijowskim Majdanie u boku Juszczenki kochaliśmy się z Ukraińcami napisałem pewien felieton. Pozwoliłem sobie w nim pokassandrować nieco, wieszcząc rychły zanik zainteresowania tematem, kiedy tylko przestanie być to użyteczne na krajowym podwórku. Zwróciłem też uwagę, że łatwo rozdawać buziaki Ukraińcom w Kijowie, a trudniej tym mieszkającym w naszych granicach. Odzew czytelników był taki, że przesadzam w czarnowidztwie. Tymczasem w bieżącym roku zlikwidowano jedyny ukraińskojęzyczny program telewizyjny – „Telenovyny”. Wyszło na moje, co mnie utwierdziło w pesymizmie, ale wcale nie ucieszyło – wolałbym się mylić.

EP: „Jeśli coś jest, istnieje, nie znaczy wcale, że będzie dane zetknąć się z jego działaniem kiedykolwiek.” – o czym marzy Jarosław Kolasiński?

JK: Bardzo trudne jest to pytanie. Marzeń ma bez liku, co przy jego pesymizmie nabytym, powinno dziwić. Mówimy jednak o marzeniach jako takich, a nie stopniu mojego przekonania o szansach ich realizacji. Moje marzenie główne – stanę się optymistą. Jest to oczywiście marzenie ściętej głowy, choć przecież niejedna jeszcze przede mną kumulacja totolotka. Marzy mi się, że moi synowie większość życia spędzą w normalnym kraju, bez konieczności wyjazdu za granicę. Marzy mi się, że siatkarze i szczypiorniści zdobędą złota w Pekinie. Marzy mi się, że kiedy mi znowu kolano spuchnie, to nie będę obkładał lodem tylko dane mi będzie pójść do normalnej przychodzi, uzyskać normalną poradę i to cholerstwo wreszcie wyleczyć bez konieczności zastawiania samochodu czy mieszkania. Marzy mi się, że troglodyta mieszkający piętro niżej albo ogłuchnie, albo przestanie słuchać techno, albo przynajmniej przestanie go być stać na tak mocne kolumny, jakimi obecnie obłupuje mi tynk ze ścian. Marzy mi się, że ludzie tacy jak Lem, Kałużyński i Kapuściński przestaną wreszcie umierać. To ostatnie, to akurat marzenie zupełnie serio. No, ale pytanie o marzenia siłą rzeczy powoduje zatoczenie koła i powrót do dyskusji o pesymizmie i optymizmie, więc może nie będę się rozwodził, co myślę o szansach spełnienia. Na opowieść o marzeniach takich zupełnie prywatnych – nie dam się naciągnąć. Chyba, że przedyskutujemy wysokość honorarium.

EP: W takim razie, nie będę Cię naciągać na marzenia prywatne, ale może zdradzisz, co robisz, kiedy nie piszesz?

JK: Mnóstwo rzeczy. Powiedzieć można, że coraz więcej, ponieważ piszę coraz mniej. Gdyby to pytanie padło jakieś dwa lata temu, to odpowiedziałbym, że myślę o tym, co napiszę, albo, co warto byłoby napisać. Teraz jest inaczej. Kiedy nie piszę, to z reguły czytam. I tu istnieje niejakie sprzężenie zwrotne. Czytam coś z tej samej półki, na którą położę to, co napiszę, a jednocześnie, gdy coś już napiszę, to sięgam w podobne miejsce po coś do przeczytania. Kiedy pisałem powieść i opowiadania siedziałem po uszy w prozie tego typu. Teraz czytam głównie cegły historyczne, gdyż na historycznej tematyce się skupiam pisząc. Jakiś czas temu sugerowano mi mniej lub bardziej delikatnie, bym się na takiej prozie skupił, więc się skupiam. Opowiadania też piszę, ale nie w takiej ilości jak kiedyś. Jak będzie dalej, czas pokaże. Twoje pytanie dotyczyło jednak chyba czegoś innego, ale przecież – o czym można się przekonać pstrykając pilotem telewizora – nie po to się odpowiada, by zadowolić pytającego, lecz by powiedzieć to, co się ma do powiedzenia.
Wracając mimo wszystko do twojego pytania powiem, że kiedy nie piszę, to głównie staram się spełniać oczekiwania mojej biednej żony, a przynajmniej próbuję ją przekonać, że są zbyt wygórowane. Poza tym sporo oglądam, jestem kinomaniakiem, ale że nie znoszę smrodu popcornu i rechotu idiotów w najmniej odpowiednich momentach – do kina nie chadzam raczej, skupiam się na dvd. Poza sezonem zimowym udaję, że uprawiam działkę, którą wciąż chcą mi zabrać na jakieś tam Expo, stadion mistrzostw Europy, co to ich nigdy w Polsce nie będzie, czy na obwodnicę, choć to przecież nie jest dolina Rospudy. Co jeszcze? Uprawiam sport w fotelu przed telewizorem, a czynnie również, w przerwach pomiędzy opuchliznami kolana i atakami korzonków. Na nartach już nie wolno mi jeździć, więc koncentruję się na tenisie i siatkówce. Do tej drugiej gry ciężko zebrać odpowiednią grupę podobnie słabo grających partnerów i przeciwników, więc przede wszystkim gram w „sito” na komputerze pisząc felietony do „Świata siatkówki”.
Czy piszę, czy nie piszę uwielbiam podróże, ale raczej teoretycznie. Nie byłem ani w Paryżu, ani w Peru. Za to w Bieszczadach dwa razy, a Szklarską Porębę znam jak własną kieszeń. Kiedy nie piszę, to dużo palę papierosów, ale to chyba nie jest odpowiedź na pytanie, ponieważ robię też i podczas pisania. Podobnie z muzyką, z tym że na mniejszą skalę i przede wszystkim w samochodzie. Jestem fanem jazzu, a do niego trzeba mieć święty spokój i móc się skupić. Kto ma haevymetalową żonę i takież dzieci, doskonale wie, co mam na myśli.
A teraz, mimo wielkiego mojego szacunku dla Waszego periodyku muszę wyrazić żal, że to wywiad dla „Apeironu” a nie wybory Miss Word, bo mógłbym wtedy powiedzieć, że, kiedy nie piszę, to kocham dzieci, szczególnie te głodujące i martwi mnie dziura ozonowa oraz zanieczyszczenie środowiska. No właśnie, zapomniałbym o czymś: uwielbiam gadać. Na szczęście najbliższa mi osoba również, więc obywa się bez większych strat własnych. Jedną z ulubionych form spędzania czasu jest dla mnie rozmowa z kimś interesującym. Może trudno w to uwierzyć, ale podczas takiej nie ględzę jak najęty, lecz słucham. Bardzo lubię słuchać, chyba nawet bardziej niż mówić, czego ten wywiad nie jest dowodem.
Kiedy nie piszę, chodzę do pracy. Nawet często, ale kiedyś to się skończy.

EP: Uważasz, że warto publikować w internecie?

JK: Warto, tylko z sensem. Z dwóch powodów.
Po pierwsze – warsztat. Ile by się talentu nie miało, to warsztat trzeba szlifować do znudzenia. Internet bardzo tu może pomóc. Oczywiście, nie widzę sensu we wklejaniu swoich tekstów na portalach, gdzie króluje „ciumkactwo” Towarzystw Wzajemnej Adoracji, gdzie autorzy wystawiają swoje genialne dzieła i pławią się potem w oklaskach, a w odwrotnej sytuacji – broczą ciężko atramentową krwią z niezasłużonych ran zadanych przez rzekomych obrzydliwych zawistników. To bezsens. Warto publikować na portalach „warsztatowych”. Nie ma takich zbyt wiele, poza tym tak się dzieje, że kiedy już się sobie wyrobi pozycję, renomę dobrą lub jeszcze lepszą, to ciężko o krytyczne głosy pomocne w opracowaniu albo wklejonego tekstu, albo podczas pracy nad następnymi. To uważam za wielki minus internetu, ale nie sądzę, żeby w „papierowym” obiegu literackim było inaczej. O tym jednak mówić nie chcę, gdyż za mało mam doświadczenia. Na internet można narzekać, że kto tylko chce, to od razu staje się literatem poprzez kliknięcie przycisku „wyślij”. Jest to prawda, ale czy inaczej jest z większością tomików poetyckich wydawanych własnym sumptem? Tu, owszem, pojawia się sito, ale tylko w postaci stanu konta autora. Z jakością takiej literatury może bywa jeszcze gorzej. Proza tu trzyma się lepiej, bo jeszcze droższa. Czy warto w internecie? Jasne, że warto. Czasem jest to jedyna droga. Pomijam tu oczywiście sytuacje, kiedy ktoś wypływa w jakimś konkursie, kiedy go zauważy Pilch, albo kiedy sam jest osobą „z nazwiskiem” wyrobionym na innym poletku – przykładem są tu pewne znane aktorki, którym bardzo łatwo stać się felietonistkami. Nie mam oczywiście na myśli pani Szczepkowskiej, którą czytuję z przyjemnością.
Powód drugi, dla którego warto publikować w Internecie, to możność dotarcia do czytelników. Jeśli się człowiek nie nazywa Szymborska, albo Kuczok, to trudno mieć nadzieję, ze jego wiersz czy opowiadanie przeczyta ponad tysiąc czytelników, prawda? Duże portale internetowe to zapewniają. Ponadto o ile internetowi twórcy słusznie mogą zazdrościć „papierowym” honorariów i sławy, to wielu z „papierowych” marzy o takim kontakcie z czytelnikami, jaki jest w Internecie. Oczywiście, zbliżenie to, często może owocować autorskim osłupieniem na widok komentarza: „wiersz – kompletna kicha”, albo „to opko jest do dupy”, ale cóż. Nikt nie jest doskonały, a skoro autor takim być nie musi, to tym bardziej czytelnik. Mam tylko wątpliwości, na ile „czytelnik internetowy” jest normalny. Nie mam tu na myśli diagnozy psychiatrycznej, tylko zastanawiam się często, czy internetowa literaturę czytają tylko ci, którzy również piszą, czy może jednak zwykli czytelnicy. Wolałbym to drugie.
Dla mnie internet jest warsztatem. Wiele się tu nauczyłem i mam nadzieję – nie koniec na tym. Tylko trzeba być otwartym na uwagi krytyczne, wręcz ich pożądać. Inaczej – nic z tego nie będzie.
Oczywiście, istnieje być może jeszcze inny powód, dla którego warto publikować w internecie – może wbrew powszechnym opiniom, decydenci obiegu papierowego jednak zaglądają do sieci? Zawsze miałem, co do tego wątpliwości, ale od niedawna na własnym przykładzie się przekonałem, że to się zdarza. Moja współpraca ze wspomnianym wcześniej miesięcznikiem rozpoczęła się od felietoniku puszczonego w internet.

EP: Ostatnimi czasy zajmowałeś się „historią gdybaną”. To historia, z jaką nie można się spotkać w szkolnych podręcznikach, ukazująca z innej strony nasze narodowe zmagania podczas powstania listopadowego. Ale czy ludzi to jeszcze obchodzi?

JK: To dość ryzykowne pytanie, bo na ten temat mogę gadać praktycznie bez końca, ewentualnie z przerwami na posiłki. Biorąc pod uwagę fakt, iż obecnie się odchudzam – sytuacja jest podwójnie niebezpieczna. Czy ludzi jeszcze obchodzi Powstanie Listopadowe? A to zależy.
Czy kogoś dziś obchodzi historia? I tak i nie. Mamy tu do czynienia z pewnego rodzaju schizofrenią. Z jednej strony to nikogo nie obchodzi, z drugiej wielu, bardzo wielu raczej wciąż myśli „historycznie” na wiele tematów. To widać na każdym kroku. Zainteresowanie pogłębianiem (czy choćby powiększaniem i porządkowaniem) wiedzy jest minimalne, ale przed powszechnym wykrzykiwaniem bzdur pochodnych dennej znajomości dziejów – oporów nie widać. Historia jest podawana w Polsce dziś na takiej tacy, że nawet darmowego homara bym na niej nie przyjął. Najpierw drętwe podręczniki a potem nic, bo kto chce czytać cegły historyczne napisane językiem zrozumiałym tylko dla profesjonalistów? Nikt. Ewentualnie tacy jak ja – maniacy. Nie ma dziś, niestety w Polsce pióra, które tak by nadziewało ludzi na haczyk swej stalówki, jak kiedyś czynił Paweł Jasienica, Aleksander Krawczuk, czy mój wielki idol Jerzy Łojek. Niestety. To też przyczyna braku sensownego zainteresowania historią. Być może główna. Nie da się nikogo zainteresować, nudząc go jednocześnie. I nie jest prawdą, że nie ma na tego typu literaturę zapotrzebowania, o czym dobitnie świadczy przykład importowanego z Walii prof. Normana Davisa. Jego też nie czytają wszyscy, ale jednak spory tłumek, prawda? Wielka wiedza, doskonałe pióro i „wystarczy”. Zresztą książki Ludwika Stommy, dzięki jego doskonałemu kunsztowi felietonisty również są czytane, choć to przecież „ta nudna historia”.
Przyjęło się, że normalna jest postawa „ja tam z historii noga jestem, mnie to nie interesuje”. I tak bez zażenowania mówi o sobie ktoś, kto się uważa za inteligenta, za humanistę. Coś tu nie jest tak, prawda?
Z historią jest tak, że się jej w Polsce generalnie nie zna, co nam nie przeszkadza uważać Ukraińców za urodzonych morderców, Niemców za odwiecznych agresorów, Rosjan za zajmujących się głównie brużdżeniem wspaniałym Polakom, a Czechów za tchórzy. I jest to nagminne zarówno wśród dresiarzy, jak i ludzi z wyższym wykształceniem. Stereotypy zastępujące wiedzę historyczną mogą śmieszyć, ale zdarza się, że przerażają. Przynajmniej powinny.
Pamiętasz, ilu zwolenników miał pogląd, że przyjdzie UE i nam tożsamość zabierze, zabroni, co polskie? A owo „polskie” się ukształtowało historycznie i ktoś tak krzyczący powinien mieć o dziejach Europy jakieś pojęcie. Zanim nam, „co polskie rozgrabią”, to może wypadałoby najpierw dowiedzieć się, co „utracimy”? No, bo jednak nie barszcz ukraiński i bigos, a marne placki ziemniaczane. Nikogo do znajomości historii się nie zmusi, ale można spróbować przynajmniej nie odstręczać. Ja staram się pisać tak, by to było samo w sobie interesujące, a także by poruszać istotne tematy. Stąd pomysł rozbudowanego tekstu o powstaniu listopadowym, a jeszcze bardziej koncepcja rozpoczęcia go poprzez gdybanie, co by było, gdybyśmy wygrali. Czy to kogoś obchodzi? Na portalu Fabrica Librorum, na którym piszę najczęściej, tekst ten ma więcej odsłon niż jakiekolwiek moje opowiadanie, co niekoniecznie musi oznaczać, że nikt ich nie czyta. Inna rzecz, że „Umiarkowane Powstanie w Granicach Prawa” napisane jest językiem felietonu, nie ma w nim pola minowego przypisów i drętwoty akademickiego wykładu. I musi tak być, skoro staram się wiedzę popularyzować, a im więcej osób to czyta, tym większą mam satysfakcje autorską. Jak każdy piszący, żeby nie wiem jak bardzo się nie krygował, robi to dla czytelnika, a nie dla siebie, czy kilku znajomych o zbliżonych zainteresowaniach. Staram się pisać przystępnie, w sposób maksymalnie interesujący, oczywiście nie każdego, tu złudzeń nie mam. I powtórzę to, co powiedziałem wcześniej – jeśli jakaś liczba czytelników sięgnie potem po książki na ten temat, jeśli choć nie będzie dostawała drgawek obrzydzenia na dźwięk słowa historia, to będę uważał, że odniosłem sukces. Gdybym miał ciągoty moralizatorskie, to sypnąłbym garść sentencji w rodzaju: naród bez znajomości własnej historii, to naród bez pamięci, a naród bez pamięci skazany jest na zagładę. Tę pamięć, czy choćby chęć jej posiadania można moim zdaniem stymulować propagowaniem „historii zdybanej”. Ja sobie pogdybałem o tym, jakby to było pięknie po zwycięstwie polskim w roku 1831. Pewien mój znajomy nosi się z pomysłem powieściowego pogdybania o tym, jak to wszystko toczy się inaczej, ponieważ Kazimierz Wielki ma jednak syna, który obejmuje po nim tron. Czy sama historia gdybana kogokolwiek dziś interesuje? Bardziej ona, moim zdaniem, niż „normalna”. Wystarczy popatrzeć na nakłady powieści Pilipiuka.

EP: Czy naprawdę chciałbyś, żeby polskim sportem narodowym były kręgle albo jazda na wrotkach?

JK: Ależ oczywiście, jeśli tak miałoby być zamiast tego, co nałogowo uprawiamy jako naród obecnie. Mam tu na myśli epatowanie (przy bardzo niskiej wiedzy historycznej) siebie i innych tym, że jesteśmy najwspanialsi na świecie a także najbardziej uciśnieni w dziejach przez tych, co nam są wiecznie wrodzy. Nie rozumieją nas, przeciw nam knują i znajdują upodobanie w dręczeniu. I to jest jeden sport narodowy, w uprawianiu, którego aż tak bardzo się od wielu innych nacji nie różnimy. W tym drugim natomiast nikt nam nie zagraża, żadnej konkurencji. Czy jest inny naród, który tak intensywnie potrafi i chce czcić swoje klęski nazywając je (bardzo często na wyrost) zwycięstwami moralnymi? Nie ma. Tu złoty medal mamy zapewniony. Chyba nie umiemy się cieszyć, nawet, jeśli mamy z czego. Najlepszym przykładem jest 11 listopada. Zawsze wydawało mi się, że to nasze historyczne zwycięstwo i wypada się cieszyć. Owszem, pochylić w zadumie głowę nad grobami tych, których nie tyle śmierci, co działalności zawdzięczamy drugą niepodległość – trzeba. Tylko dziwne wydaje mi się smętne nucenie legionowych piosenek (co charakterystyczne – zapominając o wszystkich innych niepodległościowych opcjach) w sytuacji, kiedy przede wszystkim wypadałoby się – dla odmiany – nieco ucieszyć z sukcesu. W końcu od XVIII wieku za wiele ich nie mieliśmy.
Tacy Brytyjczycy, bawiąc się, świętują (ruchome) urodziny monarchini, Francuzi podobnie – mają pyszczki roześmiane w rocznicę swojej rewolucji, nawet często patetyczni do bólu Amerykanie nie tylko płaczą 4 lipca.
Cieszyć się z czegoś realnego – to nie jest nasz sport narodowy. Jeśli tak jest, to ja wolę jednak te kręgle i wrotki.

EP: Bardzo surowo oceniasz polską rzeczywistość. Nie wydaje Ci się, że jednak jesteś trochę niesprawiedliwy?

JK: Nie wydaje mi się, ale zaznaczam, że moje słowa dotyczą dość wąskiego wycinka tej rzeczywistości. Odniosłem się do naszej – jak dotąd – nieprzezwyciężalnej niemożności. Do nieumiejętności i braku chęci doceniania własnych sukcesów i do radości z nic. My wolimy klęski. Klęski malownicze, ale jednak klęski. Jesteś dziennikarką, więc zrób sondę uliczną. Ale „gdzieś w Polsce”, nie w Poznaniu, czy innym wielkopolskim mieście. Zbadaj poziom wiedzy i dumy Polaków z Powstania Listopadowego (przegranego w sposób zawstydzający) z powstania kościuszkowskiego (przegranego paskudnie), z warszawskiego (klęska wręcz porażająca). Porównaj to z wiedzą i dumą tych samych ludzi z Powstania Wielkopolskiego. Myślę, że to wyjaśnia wszystko. Jeśli uzyskasz inne wyniki od przewidywanych przeze mnie – publicznie to wszystko odszczekam. Wielkopolanie mają tego pecha, że zwyciężyli w jedynym naszym wygranym narodowym zrywie. Przez ten karygodny błąd triumfatorzy z „Krainy podziemnej pomarańczy”(których darzę ogromnym szacunkiem) w narodowym panteonie siedzą w przedsionku, albo w magazynie na tyłach. Kazaliśmy im ustąpić miejsca pokrwawionym pokonanym, bo tak właśnie patrzymy na własną historię. Mnie się to nie podoba, a tobie? Przed wojną przesadnie wielkopolskich powstańców nie hołubiono. Szczególnie po roku 1926, gdyż wyznawany legalizm kazał im stanąć (choć mało skutecznie) przeciw prącym w zamachu majowym do władzy piłsudczykom. Pułki z poznańskie wracające do garnizonów po majowej klęsce rządu Chjenopiasta szły w milczeniu, sztandary niosąc naznaczone krepą. Witały ich milczące tłumy. Czy o tym można się dziś dowiedzieć na lekcjach historii? Za PRL powstanie też było „be”, bo w jego wyniku powstała trefna II RP. Dlaczego i teraz jest o nim niezbyt głośno? Mają pecha, bo wygrali.

EP: Co się zmieniło w Twoim życiu po wydaniu pierwszej książki?

JK: A coś powinno? Zmieniło się, zmieniło. Przede wszystkim podobno niektórzy się mnie boją w pracy. Chodzą bowiem słuchy, że następną powieść, satyryczną oczywiście, już piszę i to o nich właśnie. Dementować na wszelki wypadek nie zamierzam. Co poza tym się zmieniło? Niewiele. Za honorarium żonie kupiłem jaguara, synowie woleli po mercedesie, a nasz pies zadowolił się zmianą suchej karmy na kawior.
Szczerze mówiąc nie dzielę swojego życia na przed „Falą” i po „Fali” . To bezsens. Może po drugiej książce zacznę. Rzeczywistość rynku księgarskiego w Polsce jest taka, że ciężko wpaść w euforię, jeśli człowiek nie nazywa się Masłowska (z całym szacunkiem). Ale ty pewnie pytasz, czy ja sam się zmieniłem po wydaniu książki? Wątpię. Cieszy mnie do tej pory, że książka, przez którą wiele nocy nie spałem, ślęcząc nad klawiaturą, została wydana. Na swój sposób jestem też dumny z pozytywnych (poza jedną) recenzji w „Polityce”, w „Lampie”, w „Akancie” i kilku internetowych. To wszystko prawda, ale wbrew marzeniom wielu, „pozycja przetargowa” po jednej wydanej i niezbyt nagłośnionej książce wcale nie staje się dużo lepsza, niż przed debiutem. Można nieco pokosztować „sławy” – wystąpić w radiu, udzielić paru wywiadów, mieć wieczory autorskie i bezczelnie łudzić się potem, że publiczność nie popełniła zbiorowego seppuku… Przyznam, że moje wspomnienia są mocno groteskowe, ale to dobrze. Posłużyły mi jako zaczyn do kilku opowiadań. Jednego jednak jestem pewien, że więcej nie porwę się nigdy na pisanie czegoś o takiej objętości, w tak krótkim czasie. Prawie 200 stron w półtora miesiąca, to czyste wariactwo. Po drugie – nabrałem większego dystansu do swojego pisania i teraz o ile mam satysfakcję, że coś napisałem, to jest ona na wszelki wypadek bardziej stonowana. Po trzecie – są ludzie, którzy mi zazdroszczą, gdyż im się jeszcze coś takiego nie udało, a to musi cieszyć. Żartuję. Serio mówiąc – realne zmiany po książkowym debiucie są takie, że dzięki tej powieści stałem się rozpoznawalny w większym stopniu niż wcześniej i z pewnością wpływa to na zwiększenie liczby czytelników tego, co publikuję w internecie. Nieco łatwiej mi też (ale tylko nieco) opublikować coś w prasie literackiej. Dla wyjaśnienia dodam, że to taka prasa, która nie wypłaca honorariów autorom. A już mówiąc całkiem serio, to mam wielką satysfakcję, że coś namacalnego po sobie kiedyś pozostawię. Coś, czego – przy całym szacunku dla internetowej literatury – nie trafi szlag wraz z jakąś awarią serwera. Druk, to druk i nikt mi nie wmówi, że jest inaczej.

EP: Czy masz jakieś plany literackie na przyszłość?

JK: Tu jest pewien problem, gdyż przez ostatni rok niewiele napisałem i trudno orzec, czy to się zmieni. Chyba tak, w każdym razie mam chyba szczere chęci. Nie wiem, czy powinienem te plany zdradzać, ponieważ już widzę tę niezdrową panikę w ZLP i tłok przed komputerem, te posiwiałe ze zgryzoty włosy koryfeuszy polskiej literatury usiłujących moje pomysły zanotować, wykorzystać, perfidnie mnie wyprzedzając w realizacji. Zaryzykuje jednak i uchylę rąbka tajemnicy: przede wszystkim chcę ukończyć dwa cykle opowiadań. Pierwszy mam w szkicach od dwóch lat, ale gotowe są zaledwie cztery z trzynastu tekstów. Co mnie w tym śmieszy, to cykl powstał z drwiny. Chciałem sobie zakpić z czytelników lecących jak ćmy do tekstów z seksem w tytule, potem już poszło. Cykl drugi mam w głowie, a na papierze jak na razie jedno opowiadanie. Całość będzie swego rodzaju balladą o wrocławskim kloszardzie. Co jeszcze? Myślę o powieści – jak na bohemofila przystało – z Czechami tak w tle, jak i treści zasadniczej. Czymś w rodzaju zwiastuna tej powieści jest opowiadanie „Stokrotki”, do napisania którego zainspirował mnie felieton kolegi. Mam też w planie, ale to bardzo odległa przyszłość, kobylasty i naszpikowany historią (w moim rozumieniu) reportaż z Dolnego Śląska. Ogólnie rzecz biorąc staram się zbyt wiele nie planować, bo z doświadczenia wiem, – jak na pesymistę przystało – niewiele z takich planów udaje się zrealizować.

EP: Dziękuję za poświęcony nam czas. Życzę dalszych sukcesów.

JK: To ja dziękuję i zobowiązuję się do jeszcze lepszej i wydajniejszej pracy na moim odcinku. Do pracy na miarę naszych potrzeb, możliwości i oczekiwań.

 

Z Jarosławem Kolasińskim rozmawiała Ewelina Pasternak

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *