Bojkot tandety albo rzecz o epidemii czerwonych serduszek

My, mniej czy bardziej wyrodne dzieci popkultury, mamy wyjątkowo rozwinięty instynkt stadny. Jak wszyscy, to wszyscy. Lecimy. Gdzie? Nie ważne, ale pędzić trzeba, bo wszyscy… Dawniej uważano, że lepiej stawiać nie na ilość, a na jakość.

Teraz – ważne, że wszyscy. Jakby ta abstrakcyjna masa, której nawet hipotetycznie nie umiemy sobie wyobrazić, była, czy być mogła jakimkolwiek punktem odniesienia. I tu wyrasta sobie paradoks. Tacy racjonaliści, a punktem odniesienia stanowimy abstrakcyjne pojęcie. Chociaż – z drugiej strony – najmniej precyzyjne pojęcia najłatwiej nagiąć. To naginamy, bo skoro wszyscy…

Od miesiąca chodzenie po głównych ulicach, wchodzenie na portale internetowe – jest dla mnie istną męczarnią. Niedługo owczy pęd wejdzie nam nawet do lodówek. O ile jeszcze nie wszedł… Krew mnie zalewa, gdy w ciągu dnia dostaję kilkanaście głupawych maili i smsów typu: „Wróżba walentynkowa, koszt tyle a tyle”. Albo – „Sprawdź, czy do siebie pasujecie”. I dalej podany koszt. To chyba my wiemy najlepiej czy do siebie pasujemy, tak przynajmniej wciąż sądzę. Jeszcze dalej: „Złóż ukochanej osobie oryginalne życzenia, wejdź na www. blablabla”. Bardzo oryginalne, zapewne. Nie każdy jest wylewnym poetą, ok. Ale gdy ktoś mnie posądza o nieumiejętność sklecenia zdania „od serca” to już chyba jakaś pomyłka. Będę chciała- napiszę sama – po co to całe natręctwo?

Od miesiąca na każdej wystawie sklepowej roi się od misiów i serduszek. Sam plastik. Adekwatnie do święta, równie beznadziejne i plastikowe. I niby taki „wyjątkowy dzień”, a zdąży zbrzydnąć na parę dni przed tym, jak nastąpi. Chyba się gubi wyjątkowość, a raczej zatraca w morzu tandety. Ale cóż – jak wszyscy to wszyscy! Zalewamy się sami tym morzem kiczu i bezwartościowości. Bo szczerze mówiąc dla mnie wątpliwą wartość ma owczy pęd, obłęd czerwonych serduszek i cała ta pseudo indywidualna i niezwykle uczuciowa i romantyczna masówka. Taki tani ekshibicjonizm.

Spotkałam się z opinią, że walentynki negują starsze czy młodsze samotne zgredy. Z autopsji – nie potwierdzam. Może po prostu jestem wyrodnym dzieckiem popkultury? Trudno, nikt przecież nie jest idealny. Na szczęście w tym nieszczęściu nie jestem sama. Bo chyba, gdy się kogoś kocha, to nie trzeba czekać na jakieś tam walentynki, żeby mu to powiedzieć, zrobić jakiś mały prezent. I to chyba nie wymaga wysokonakładowych wypocin koncernów bublotwórczych, specjalnej, odgórnie narzuconej okazji? Fakt, że tradycja dnia św. Walentego ma korzenie celtyckie, sięga sporo wstecz, gdy o odkryciu Ameryki śniło się, co najwyżej Wikingom, ale to właśnie amerykańska popkultura dokonała ponownego i spektakularnego jego odkrycia… Odkryli, jak zbić kasę na głupocie. Zdolni odkrywcy, eh… szkoda gadać…

Notabene tak samo wygląda sprawa celtyckiego Samhain, obecnie dyniogłowego, pozbawionego pierwotnej treści, ba, jakiejkolwiek treści, powiedzmy – duchowej – maszkarona Halloween. Oba te święta miały bowiem założenia duchowe, przejawiające się w obrzędach, wróżbach i refleksjach, oparte o wiarę w transcendentalną naturę człowieka. Teraz trudno chyba mówić o refleksyjności, gdy jest się zewsząd bombardowanym radosną twórczością a la pustak vel bubel, a w dodatku stawianym w pozycji imbecyla. Przykład misia z serduszkiem i wielkim wybrokaconym napisem ajlawju mówi chyba sam za siebie. Od nas nie wymaga mówienia, jest do bólu dosłowny, gdy tak siedzi na półce sklepowej, patrzy tymi słodkimi oczkami, które mówią: ja jestem głupi, ty jesteś głupi, ale jak mnie kupisz i dasz komuś to będziemy fajni.

Rozumiem, można mieć problem z wyrażaniem uczuć, ale żeby mieć problem z weryfikacją tego, co sensowne i tego, co głupie – zakrawa na masową głupotę. I tyle. Pojutrze wstrętne wystawy znikną, a na ich miejsce pojawią się nowe – równie wstrętne – z kurczakami i zającami. Jedno się zmieni. Zamiast ajlawju pojawi się nowe-stare hasło: „Kredyt od ręki. Zero procent”.

Lubimy, widać tę swoją plagę masowych ekstatycznych konwulsji, na falach, których przetaczamy się od okazji do okazji. A gdyby tak okazji zabrakło – coś się wymyśli. Trendsetterzy i marketingowcy dadzą radę niczym Bob Budowniczy – zbudować kolejny absurd, po schodach, którego będziemy się wspinać – zapewne wszyscy.

Post Scriptum: No i się stało. Rzeczywistość realną i wirtualną opanowują już kurczaki, nosiciele kiczogrypy ludzkiej, zarazka występującego na szeroką skalę. Epidemie występują w krótkich odstępach czasu i mają bardzo gwałtowny przebieg. Chorują na ogół wszyscy, a ci, którym uda się nie zachorować, są przez nich nazywani „ jakimiś dziwnymi”. Kiczogrypa ludzka rozwinęła się w połowie XX wieku i szybko osiągnęła apogeum, mimo to nie została jeszcze wpisana do rejestru chorób światowych. Nie zapowiada się na poprawę sytuacji. Leku na kiczogrypę ludzką jeszcze nie opracowano, a wszelkie podjęte próby tegoż kończą się fiaskiem. Wirus mutuje zbyt szybko, albo też wyraźnie brakuje środków dla podjęcia kolejnych prób.
O walentynkach mało kto pamięta dziś – w miesiącu kurczaka. Aż do przełomu stycznia i lutego przyszłego roku…

Marta Brodowska

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *