Rzecz o dziurach

Każdego roku u progu wiosny, bogatsza część społeczeństwa – co nie wyklucza tych, którzy są biedni – narzeka na dziury w jezdni. Nie narzekają tylko ci, którzy za stan tych jezdni ponoszą odpowiedzialność i ci, których na utrzymanie auta nie stać. Ci pierwsi nie narzekają, bo trudno publicznie skarżyć się na to, że sami sobie z własnymi dziurami nie radzą.

Nie narzekają także dlatego, że jeżdżą służbowymi samochodami, i nawet jeśli im się koło podczas jazdy urwie, to na koszt podatników każą je założyć i jadą dalej. Ci drudzy czasem także narzekają, bo chociaż nie stać ich na samochód – to jeśli cała rodzina zrobi zrzutkę – to mają porządny rower z przerzutką. A jeżdżenie rowerem po dziurach jest tak samo, albo i bardziej, niebezpieczne jak chodzenie boso po górach.

Co ciekawe dziur jest najwięcej w miastach. Jadąc z jednej miejscowości do drugiej jedziemy koleinami, a dziura trafia się nam tylko od czasu do czasu. Jeśli się nie wykoleimy na trasie, to mamy duże szanse na to, że wpadniemy w jamę przed własnym domem. Jeśli więc tatuś długo nie wraca do domu, to mamusia powinna dziecku wyjaśnić, że najprawdopodobniej jakaś dziura zatrzymała go na dłużej.

Najbardziej niebezpieczne są dziury w obcym mieście. Swoje każdy kierowca zna i omija je z daleka. Czasem tylko wpada do jakiejś, kiedy się zagapi, albo chce dostać odszkodowanie za samochód, któremu koła i tak by za chwilę same odpadły na parkingu. Do odszkodowania przydaje się fotografia dziury. Dobry samorząd, aby ludziom pomóc powinien – przynajmniej raz na kwartał – wszystkie dziury sfotografować, opisać i umieścić na planie miasta. Można to wydać w postaci albumu i sprzedawać w księgarniach. Być może znajdą się nawet kolekcjonerzy dziur, którzy będą zbierać te albumy i wymieniać się nimi z mieszkańcami innych miast w Polsce.

Cztery tomy, czyli rocznik byłby jednocześnie historią każdego dołu w jezdni. Przez kolejne lata można by obserwować czy dziura zmieniła kształt, czy jest teraz głębsza, czy może znikła całkowicie. To by było równie fascynujące jak obserwacja rodzących się i umierających galaktyk, a jednocześnie znacznie nam bliższe i tańsze. Poza tym byłoby dużym ułatwieniem dla właścicieli samochodów, którzy mogliby szybko wybrać sobie odpowiednią dziurę i wskazać urzędnikom, że to w nią wpadli.

Urzędnikom to by także ułatwiło pracę, bo oficjalnie sklasyfikowane dziury na pewno istnieją i nie trzeba wychodzić w teren, aby ustalić, czy wskazana dziura rzeczywiście jest w podanym przez poszkodowanego miejscu. Pozornie najmniej zyskaliby na tym właściciele rowerów. Pozornie, bo w rzeczywistości, taki album z mapką rozmieszczenia dziur w jezdni, wnikliwie przeanalizowany przed wyjazdem z domu na wiosenną przejażdżkę, mógłby im ocalić życie.

Ludowe przysłowie mówi, że dziura dziurze nie równa, tym bardziej więc warto wydać taki album, aby w zaciszu domowego ogniska sycić wzrok ich pięknem.

Henryk Brunon Szumielski

One thought on “Rzecz o dziurach

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *