Grzegorz Walczak z CZAQU

Nie ma pojęcia normalności.

Grzegorz Walczak urodził się 23 listopada 1978 roku we Włocławku. Z wykształcenia geograf. Od 2000 roku zaczął grać w zespole WHY NOT, a od października 2001 w zespole CZAQU, z którym to w roku 2003 nagrał płytę „Inność”. We wrześniu 2001 nagrał solowy album „Godzina prawdy – 41 min.”. Laureat wielu nagród muzycznych. Od sierpnia 2002 roku współpracuje ze Zbyszkiem Krzywańskim, gitarzystą zespołu Republika.

Zespół Czaqu wydał już jedną płytę pt. „Inność”. Czy macie w planach następny krążek? Na razie nie myślimy jeszcze o tym. W przyszłości pewnie tak, ale nie teraz.

Czyli w planach na razie same koncerty?
Koncerty i ewentualnie wydanie singli, a nie całych płyt.

Czy jakiś zespół jest dla Was wzorem, kto jest Waszym guru?
Ja mogę odpowiadać tylko za siebie, bo każdy ma swój własny wzór. Jest kilka zespołów, które nas kręcą, na przykład Radiohead. Nasz basista słucha Pantery i Acid Drinkers. Czasem właśnie nasze gusta są rozbieżne i każdy słucha czego innego. Poza tym czasem z zespołu lubi się jakiegoś instrumentalistę, albo wokalistę. To bywa naprawdę różnie.

Jaki koncert w Waszej karierze wspominacie najlepiej?
Koncerty są różne. Były koncerty, gdzie był czad, wszystko było przygotowane i publiczność szalała, ale były też koncerty, które były nietypowe. Na pewno będziemy pamiętać szczególnie ten ostatni, który odbył się w ruinach zamku krzyżackiego. Stałem w takim nietypowym miejscu, że właściwie jeden krok do tyłu i byłby to nasz ostatni koncert. Były koncerty i w Bunkrze i w OdNowie, które po prostu bardzo dobrze wspominamy, bo publiczność bardzo dobrze się bawiła. Rok temu graliśmy koncert charytatywny poświęcony Natalii, przyszło 700 osób i wszyscy super się bawili. Najlepiej pamięta się te koncerty, na których publiczność dobrze się bawi.

W teledysku do piosenki „Inność” jest moment, w którym półnadzy mężczyźni tańczą w towarzystwie młodej kobiety. Czy jest to jakiś symbol?
Ten teledysk powstał bardzo szybko i spontanicznie. Robił go Grzegorz Kopcewicz z Black Bottle Vision. Miał on taki pomysł, żeby pokazać właśnie taką różnorodność, że niektórzy są dziwni. Właściwie nie można powiedzieć, że ktoś jest normalny, bo nie ma pojęcia normalności. Bo co to znaczy, że ktoś jest normalny? Czy da się to w ogóle zdefiniować? I po prostu teledysk też jest taki, że pokazuje ludzi otyłych i szczupłych, kobiety i mężczyzn, nagich i ubranych.

Do kogo kierujecie swoją muzykę i w jakim stopniu pokrywa się to z Waszymi słuchaczami?
Słuchaczy się nie wybiera. Słuchacze to są Ci, do których trafia to, co robimy. Ja spotkałem się z przedziałem wiekowym właściwie każdym. Wiadomo, że publicznością najbardziej chłonną są ludzie stosunkowo młodzi. Obojętnie czy to chodzi o hip-hop, czy też o muzykę rockową to są ludzie w przedziale wieku 13-18 lat. Głównie to właśnie oni decydują się na kupno płyt i przychodzenie na koncerty. Ale bardzo często zdarzało się, że przychodziły osoby w poważnym wieku. Był to koncert rockowy, a oni na przykład byli w garniturze. Przyszli, żeby posłuchać, bo wnuczka słucha no i im się spodobało. Mój dziadek jest na przykład naszym fanem i nawet kupił normalnie w sklepie płytę, nie brał ode mnie. Jest taka publiczność, która przychodzi na koncerty, żeby krytykować, kupuje pirackie płyty, a na koncert najlepiej się jeszcze wkręcić jakoś „od tyłu”. A są ludzie, którzy zwyczajnie przychodzą na koncerty, kupują płyty i dobrze się bawią.

18 grudnia na koncercie pamięci Grzegorza Ciechowskiego razem z m.in. Pawłem Kociszewskim wchodziliście w skład Okolicznościowej Formacji Torunian, która była niewątpliwie najmocniejszym punktem programu. Jak Pan wspomina ten występ?
Bardzo dobrze. To było tak krótkie i tak efemeryczne. Ta formacja powstała stosunkowo szybko, mieliśmy tylko trzy próby i tak jakoś dobrze mi się współpracowało z tymi chłopakami. Na początku były trudności, żeby stworzyć taki zespół, no bo trzeba było zdecydować kto ma grać, a niektóre osoby poodmawiały. Baliśmy się trochę o to wystąpienie, ale bardzo mile to wspominam. Pracowaliśmy intensywnie w pozytywnej atmosferze. Materiał zrobiliśmy stosunkowo szybko. Były wpadki, ale nawet gdy ktoś robił błędy to reszta udawała że tego nie widzi.

Co może Pan powiedzieć o płycie wydanej solo przez Pana, mianowicie „Godzina prawdy – 41 min.”?
To jest płyta, która pokazuje to, co chciałem robić kiedyś. Nagrałem ją w 2001 roku w studiu Studenckiego Radia Sfera. Jest to nurt, który będę ciągnął dalej. Takich utworów ja mam bardzo dużo. Właściwie to nie chciałem nagrywać płyty, tylko chciałem nagrać utwory, żeby ich nie zapomnieć. To nie miała być płyta, to miało być takie demo – po prostu przyjść, nagrać i mieć w pamięci. Dużo piosenek mi ucieka. Ja napisałem dużo więcej utworów niż pamiętam i nie zdążyłem ich spisać ani zapamiętać – zagrałem dwa albo trzy razy i gdzieś po prostu mi zginęły. W końcu postanowiłem, że zrobię taką płytę solową. Bardzo pomogli mi w tym Jacek Bryndal, Michał Dybowski i Olek Skipczak.

Czyli można się spodziewać kolejnych solowych albumów?
Nie wiem jeszcze kiedy, ale na pewno tak. Jest jeszcze wiele utworów, których nie zarejestrowałem, a chciałbym nagrać.

Prowadzi Pan zajęcia z gry na gitarze. Jak się Pan czuje w roli nauczyciela, pedagoga?
Bardzo dobrze się czuje w roli pedagoga, który może pokazać młodym ludziom jak zaczynać i podchodzić do gry na gitarze. Wszyscy są początkujący i bardzo cieszy, że robią oni w tak krótkim okresie tak duże postępy. Obojętnie kto by to robił, czułby satysfakcję, że coś komuś przekazuje. Każdy nauczyciel chyba to czuje, gdy widzi dobre wyniki wśród uczniów.

Jakiej muzyki słucha Grzegorz Walczak prywatnie, w domu, przy kominku?
Nie mam kominka, ale przy kaloryferze słucham bardzo różnej muzyki. Głównie Pearl Jam, Depeche Mode, U2, Pink Floyd, Skunk Anansie, Pearl Jam, Sound Garden, Massive Attack, Radiohead, z polskiej muzyki Stanisław Soyka. Ostatnio coraz więcej słucham Republiki. Gdyby nie te koncerty poświęcone pamięci Grzegorza Ciechowskiego to pewnie bym nie słuchał, ale tak jakoś mnie wciągnęło. To po prostu mnie minęło, bo byłem za młody żeby słuchać i rozumieć Republikę, a teraz kiedy ja zaczynam rozumieć to jest już za późno, bo Grzegorza nie ma. Jeszcze z polskiej muzyki słucham Dżem.

Jeszcze przed założeniem zespołu Czaqu zajmował się Pan poezją śpiewaną. Co może Pan powiedzieć o tym fragmencie swojego życia? Jak to zaważyło na dzisiejszej Pańskiej działalności?
Trzeba by tu wrócić właśnie do albumu „Godzina prawdy – 41 min.”. Poezja śpiewana jest to właśnie nurt od którego zaczynałem i w tym nurcie zaczynałem trochę zdobywać pewnych wyróżnień. Później jakoś zacząłem to przenosić na scenę rockową, ponieważ była ona zawsze obecna w moim życiu. Poezja śpiewana bardzo pomaga, szczególnie przy pisaniu tekstów. Ogólnie jest tak, że wiele zespołów gra ciężko, gra dobrze, ale mają problemy z przekazem i z tym co mają śpiewać i o czym mają śpiewać. Czasami lepiej by było gdyby tylko grały, a nie śpiewały.

Na ile granie w zespole czy też solo jest zabawą, hobby, a na ile jest to ciężka praca na chleb, zawód?
Nie ma chyba takiej granicy. Ogólnie, że człowiek chce robić coś co lubi i ma swoje hobby to musi się liczyć z tym, ze chciałby z tego żyć i idealna rzeczą byłoby robić to co się lubi i z tego żyć. Ogólnie muzykom jest ciężko i musimy często się parać innych zajęć. Nasz perkusista na przykład robi witraże, nasz basista pracował w sklepie muzycznym i często wyjeżdżał do Niemiec, żeby zarobić na instrumenty muzyczne, ja właśnie uczę gry na gitarze. Skłaniam się też ku nauce geografii w gimnazjum. Chciałbym z przyjemnością zarabiać pieniądze robiąc to co się lubi.

Jak ustosunkowuje się Pan do problemu ściągania muzyki przez Internet? Część artystów uważa, że jest to kradzież – inni widzą w tym szansę na promocję swojej muzyki.
To wszystko zależy od sytuacji w jakiej zespół się znajduje i od tego z kim podpisał kontrakt, od tego czy jego płyty są wydawane czy on sam próbuje je sprzedać. Często zdarza się, że początkujące zespoły same promują się przez Internet i przynosi im to korzyść, bo kilku osobom sprzedadzą swoją płytę, a reszta i tak się rozejdzie w sposób piracki. Ogólnie powiem tak, że cokolwiek bym nie sądził to i tak się tego nie powstrzyma, więc nie ma co psioczyć, mówić czy to złe czy dobre. To i tak następuje.

Ludzie niezależnie od tego co mówimy, będą ściągać muzykę z Internetu, ponieważ wytwórnie fonograficzne narzucają bardzo duże marże i płyty w sklepach są drogie. Z drugiej strony co miałby zrobić muzyk, jeżeli ludzie w ogóle nie kupowali by jego płyt i piractwo było by zabronione? Nikt by go praktycznie nie znał. Ważne na czym komu zależy: czy na pieniądzach czy na sławie. Na przykład zespół Marillion obył się kompletnie bez wytwórni fonograficznych. Zapytali się oni na swojej stronie internetowej ilu ludzi chciałoby kupić ich płytę za ileś tam funtów. Ponad milion ludzi wpłaciło pieniądze na konto i zespół wydał płytę bezpośrednio w Internecie. Wydaje mi się, że to jest właśnie przyszłość, żeby kupować przez Internet płyty – ale oryginalne. Omijając pośredników takich jak sklepy czy wytwórnie.

Jak Pan ocenia laureata tegorocznej nagrody im. Grzegorza Ciechowskiego czyli Piotra Roguckiego i Comę?
Niestety na razie daleka mi jest jeszcze jego twórczość i trudno mi ocenić, bo jeszcze nie słuchałem Comy. Słyszałem tylko końcówkę koncertu. Nie mogłem być na całym, ponieważ wcześniej grałem koncert we Włocławku i jak przyjechałem do Torunia to oni już kończyli.

rozmawiał Rafał Natzke-Kruszyński


Po lewej Grzegorz Walczak

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *