Wobler

Ryba poruszała się bezgłośnie wśród porannych wód. Jej mały mózg rejestrował nieistotne dla dalszego biegu wydarzeń bodźce, które natychmiast puszczała w niepamięć. Jedynym sygnałem, którego nie potrafiła zignorować, była informacja o wzmagającym się głodzie.

– Jestem nikim, ludzkim zerem, zwykłym śmieciem, psem… – powiedział Marcin Wobler. Mówiąc to, bawił się suchym piaskiem, przesypując go z ręki do ręki, i wsłuchiwał się w hipnotyzujący szum niewielkich fal.
Poranek był wyjątkowo ciepły, powietrze pachniało słońcem, a mewy leniwie spacerowały wśród służących do wyciągania kutrów na plażę stalowych lin.
– Jestem nikim! – Powtórzył spoglądając w stronę wydm, gdzie, jak mu się wydawało, drgnął jakiś nienaturalnie wyglądający kształt.
– Dopadli mnie – wyszeptał i jednym susem skrył się za śmierdzącym starym rybim tłuszczem drewnianym kutrem.
Nic się nie wydarzyło. Tymczasem od strony jednego z prywatnych pensjonatów nadeszła młoda kobieta. Rozejrzała się uważnie dookoła, ale nie zauważyła ukrytego mężczyzny. Szybko zrzuciła z siebie ubranie i pobiegła w stronę morza…
Bez ociągania zanurzyła się w brunatnej, zimnej wodzie i natychmiast zaczęła płynąć, nieświadomie zmierzając wprost na spotkanie z wygłodniałą rybą. Kiedy oddaliła się od brzegu na tyle, by niewielkie fale przestały stanowić przeszkodę w swobodnym utrzymywaniu się na powierzchni, zatrzymała się w miejscu, poruszając jedynie nogami, by nie zamoczyć głowy.
– Aha – pomyślała. – Nie ma gruntu!
Sto trzydzieści siedem jardów od brzegu zwierzę wyczuło jej obecność. Wibracje wywołane ruchami dziewczyny stawały się coraz wyraźniejsze. Receptory na ciele ryby przekazały informację małemu mózgowi zmuszając ogon do zdecydowanego ruchu. Zwierzę ruszyło w stronę nieświadomej niczego kąpielowiczki.
Ryba zbliżała się z zawrotną prędkością, dając się ponieść fali ekscytacji. Czując instynktownie zbliżającą się walkę, raz po raz zbliżała się niebezpiecznie blisko powierzchni.
Dziewczynę tymczasem przeszył dreszcz przerażenia. Wydało jej się, że dostrzegła coś kątem oka. Rozejrzała się, lustrując uważnie powierzchnię otaczającej ją ze wszystkich stron wody. Oceniła swoją odległość od brzegu i zdecydowała, że czas wracać. Skierowała się ku plaży. Ryba tymczasem była już tak blisko, że zaczęła wyczuwać bijące od dziewczyny ciepło. Metr, pół metra, dziesięć centymetrów, nogi poruszały się w równym tempie, milimetr…
Dziewczyna poczuła się tak, jakby kopnęła coś niewielkiego. Odwróciła gwałtownie głowę. Tymczasem ryba odpłynęła na nieznaczną odległość by wyskoczyć gwałtownie ponad powierzchnię wody. I wtedy nastąpił atak!
Dziewczyna miała akurat tyle szczęścia, by odwróciwszy na moment głowę, uchwycić tę chwilę.
– O, mewa siodłata – powiedziała.
Tymczasem przelatujący nieopodal ptak spadł jak piorun z jasnego nieba na niczego nie spodziewającą się rybę i chwycił ją w bezlitosne szpony. Dziewczyna uśmiechnęła się.
– A to ci dopiero! – Pomyślała. – Ta na oko dziesięciocentymetrowa ryba to przecież babka bycza! Gatunek zawleczony do Bałtyku w latach osiemdziesiątych razem z wodami balastowymi statków kursujących z rejonu Mórz Czarnego i Kaspijskiego do Zatoki Gdańskiej! A może to babka mała albo śledź? Skąd mam wiedzieć, w końcu wszystkie egzaminy pozdawałam na ściągach. Zimna ta woda, trzeba wyłazić.
Przyspieszyła nieco, a gdy dotarła do plaży wytarła się szybko i założyła ubranie.
Marcin poczekał jeszcze, aż zniknie za niewielką wydmą i wyszedł z ukrycia.
– Oni na pewno już tu są! – Powiedział. Spojrzał na zegarek. Pozostały jeszcze tylko trzy godziny. Nie poczuł ulgi. Wiedział, że najgorsze są zawsze ostatnie minuty.

*

Marcin Żarówka obudził się wyspany jak nigdy. Nie otwierając oczu zaciągnął się świeżym, rześkim powietrzem i uśmiechnął się. Przewrócił się na drugi bok i przytulił do twarzy chłodną część kołdry.
„Wspaniale” – pomyślał i odprężył się. Po chwili usłyszał irytująco piskliwy, starczy głos.
– Dobre mliko, świeże, przyniesła. Mówił żeby przynieść. Jest tam? Śpi? Mówił żeby przynieść a teraz nie otwiera. Dobre mliko! Od krowy. Chce kto mlika? Wszystkie jeszcze śpio? Mliko…
Nakrył głowę poduszką pomstując w myślach na człowieka, który zamówił „mliko” i leżałby tak prawdopodobnie jeszcze dobre kilkanaście minut gdyby do jego świadomości nie dotarł bolesny fakt, że to on właśnie był tym człowiekiem.
– Cholera – powiedział wyskakując z pościeli i usiłując wciągnąć szorty sięgnął po leżące na nocnym stoliku dwa złote. Moneta spadła na podłogę, i potoczyła się pod łóżko – zanim ją wydostał zdążył jeszcze siedmiokrotnie powtórzyć przekleństwo i jeden raz zmienić t-shirt.
Wreszcie otworzył drzwi.
– A, jest! Nie otwierał! – Powiedziała stara, garbata kobieta trzymająca w wykrzywionych artretyzmem dłoniach kierownicę stylowego poniemieckiego roweru z olbrzymim reflektorem. Przez kierownicę przewieszona była zniszczona torba z czerwonej podróbki skóry i z rozerwanym przed piętnastu laty zamkiem błyskawicznym. – Dlaczego nie otwierał?
Marcin spojrzał na zegarek.
– Prawdopodobnie dlatego, że jest dopiero siódma. Nie spodziewałem się, że pani tak wcześnie przyjdzie.
– A! Nie spodziewał się! A ja już zajechała do trzech takich! Żaden nie spał. Dobre mliko! Jeden z Poznania, a drugi taki z Krakowa. Trzy litry mu zawiozła. Nie otwiera. Bo spał. Niech bierze. Ile bierze? Liter?
– Umawialiśmy się na pół litra.
– Nie weźmie litra?
– Na razie pół. Jak mi będzie smakowało to może jutro wezmę litr..
– No to niech bierze. Dwa złote, jak mówiła.
Podał starowinie monetę, a później z przerażeniem obserwował dalszy rozwój wydarzeń. Babcia schowała monetę do otłuszczonego woreczka foliowego, a po chwili wyciągnęła z torby brudną plastikową butelkę po Coca coli wypełnioną ciepłym jeszcze mlekiem. Chwycił ją z dobrze ukrywanym obrzydzeniem i podziękował. Poczekał aż babcia odjedzie, a później rozejrzał się dookoła. Jeszcze raz wciągnął głęboko powietrze. Z satysfakcją zlustrował rząd niewielkich domków campingowych, dokładnie takich jak ten, który sam wynajmował. Od dawna nie miał okazji mieszkać w równie spartańskich warunkach, ale od równie dawna nic nie sprawiło mu podobnej przyjemności.
Wszedł do domku i zamknął drzwi. Wstrząsnął nim dreszcz, ponieważ poranne powietrze nie zdążyło jeszcze nasiąknąć ciepłem. Postawił mleko na okrytym ceratą stole, a sam podszedł do łóżka i usiadł na jego krawędzi. Sięgnął w kierunku przewieszonej przez oparcie składanego, drewnianego krzesła kurtki i wydobył z niej list, którego treść znał na pamięć. Mimo to przeczytał go po raz kolejny.

”Cześć Marcin.
Przepraszam, że odzywam się tak niespodziewanie po piętnastu latach, ale jak wiesz, z wszystkimi pozrywałem kontakty i nie mam kogo prosić o pomoc. Wpakowałem się w dość poważne tarapaty i nie potrafię się z nimi uporać. Nie martw się, nie chodzi o pieniądze ani nic, co groziłoby kalectwem lub śmiercią. Po prostu musimy pogadać. Możesz to dla mnie zrobić i przyjechać do Gazebowa? Będę czekał dwudziestego o dziesiątej, tam gdzie kiedyś. To na razie.

Marcin.”

*

– Jestem nikim, ludzkim zerem, śmieciem, zwykłym psem – mówił Marcin Wobler, przemykając wśród zdobiących przejście z plaży krzaków. – Dałem się podejść jak amator. Jakby wszystko, co robiłem, nie miało sensu. Jestem nikim! Ludzkim zerem!
Dotarł do wysypanej czarnym żwirem i ziemią drogi, którą usytuowano w taki sposób, aby pośród wydm z jednej strony i lasu z drugiej wiodła do najbliższej miejscowości. Zawahał się. Stanął.
Spojrzał na zegarek. Czas minął. Klucząc pośród drzew, krzewów, zakamarków i kryjówek, usiłując zmylić pościg tak bardzo oddalił się od miejsca spotkania, że nie był teraz w stanie zjawić się na czas tam gdzie czekał na niego Żarówka. Zaklął.
Jednak wciąż miał nadzieję. Wierzył, że wezwany przyjaciel nie odjedzie. Że mimo przeciwności losu spotkanie dojdzie do skutku.
– Oni wiedzieli, dokąd zmierzam – pomyślał – to dlatego zapędzili mnie w drugi kraniec wioski!
Zdecydował, że mimo poważnego spóźnienia musi dotrzeć na umówione miejsce spotkania. Oto cel, który zrealizuje, by pozostać człowiekiem. By nie stracić wiary w siebie. Zaczerpnął głęboko powietrza, zebrał się w sobie i wkroczył na drogę.
Przestraszył się, kiedy zauważył czającą się nieopodal betonowej latarni postać, jednak kiedy przekonał się, że to tylko staruszka z rowerem, poczuł ulgę.
„Ciekawe, czego ona tam szuka?”-Pomyślał. Uświadomił sobie jednak, że nie czas na tego typu zagadki i ruszył przed siebie zdecydowanym krokiem.
– Ile mlika potrzebuje? – Zagadnęła staruszka, kiedy ją mijał. – Liter?
– Słucham? – Zapytał zaskoczony Marcin.
– No mlika. Od krowy. – Odpowiedziała kobieta wkładając do torby znalezioną w krzakach plastikową butelkę po gazowanym napoju o smaku kaktusa. – Jutro mu przyniesę, tylko nie powiedział ile chce.
– A nie. Dziękuje, nie piję mleka.
– Nie pije mlika? Pije! Mliko zdrowe. Dobre mliko. Niedrogie, 4 złote liter.
– Naprawdę nie mogę pić mleka. Szkodzi mi.
– Mliko nie szkodzi. Jednemu z Poznania to dzisiaj trzy litry zawiezła. Jemu szkodzi? Nawet Niemce biorą. Jeden Niemiec brał dwa tygodnie a potem dał maść na garb. Smarowała, wszystko zużyła! No, ale nie pomogło. Ale on wyjechał i nie ma się komu skarżyć.
– Rozumiem, jednak muszę już iść, bo jestem umówiony.
– Przepraszam. – Powiedział Marcin i puścił się biegiem, ale już po minucie truchtu przystanął zaniepokojony.
– Psia krew – powiedział.
W poprzek drogi przesuwał się niewielki kształt. Podszedł bliżej i kucnął, aby mu się lepiej przyjrzeć. Była to dość spora żaba. Pełzła w stronę zarośli, usiłując od czasu do czasu skoczyć, co nie było możliwe. Z pękniętego brzucha wystawały wnętrzności. Ciągnęła je po ziemi zmiatając kurz, brud i drobinki pisku, które oblepiały wilgotne jelita i inne narządy wewnętrzne.
– Już tu są… – Szepnął mężczyzna. Wstał i jeszcze chwilę popatrzył na zmagania coraz słabszej, wolno poruszającej się żaby, która nieświadoma sytuacji usiłowała przeskoczyć niewielką przeszkodę.
– Co tak stoi? Żaby nie widział? – Krzyknęła mijająca go na rowerze staruszka. – Auto ją widać rozjechało, a ziemia miękka to pewnie nie zgniotło do szczętu. Albo motór. Ujeżdżają tu takie miastowe to i jak raz rozjadą!
Marcin poczuł mdłości. Przeraziła go beznadziejna sytuacja tego stworzenia, a jeszcze bardziej jego nieświadomość.
„Ona nie wie, że nie żyje” – pomyślał i podniósł kamień, aby ją dobić. Nie potrafił jednak tego zrobić, więc odszedł. Gdy podniósł wzrok, zamarł z przerażenia. Od strony miejscowości, do której zmierzał, zbliżał się z zawrotną prędkością jakiś nieokreślony kształt. Marcin wiedział, co to takiego: masa go odnalazła!
– Uwaga! – Krzyknął w stronę staruszki. Ta jednak, jakby nieświadoma zagrożenia zbliżała się do wrogiej istoty.
„Czy ona tego nie widzi?” – myślał Marcin. – „Niemożliwe!”
Wylewająca się spomiędzy drzew, wyciekająca z leśnych dróżek łącząca się na żwirze by sunąć w stronę Marcina maź nie podjęła wysiłku by się zamaskować. Nie zmieniła koloru, nie pełzła wśród zarośli, lecz przemieszczała się zupełnie jawnie środkiem drogi. Najwyraźniej następował atak! Staruszka, która z poruszającego się roweru dostrzegła pękniętą żabę nie mogła przeoczyć czegoś tak wielkiego! A jednak zbliżała się do masy, jakby nie dopuszczając myśli, że to zjawisko może być niebezpieczne.
– Uwaga! Niech pani ucieka! – Krzyknął. Jednak staruszka wciąż jechała przed siebie z uporem osoby, która od lat przemierzając tę drogę uznała, że zasługuje na szczególne traktowanie. Że to jej droga i nie ma prawa wydarzyć się tu nic niezwykłego. A jeżeli nawet to ona i tak pojedzie przed siebie, bo przejazd jej się należy!
I faktycznie. Gdy dotarła do czoła masy, ta rozstąpiła się nagle, wpuszczając kobietę w środek i nie dotykając jej nawet.
Marcin nie mógł pozwolić sobie na dalszą obserwację tego frapującego zjawiska. Natychmiast odwrócił się na pięcie i rozpoczął paniczna ucieczkę. Tymczasem masa pojawiła się i z drugiej strony drogi! Mężczyzna zatrzymał się i zlustrował okolicę. Fragmenty szarej mazi wyciekały nawet spomiędzy pobliskich drzew. Rzucił się biegiem w stronę wydm. Gnał przed siebie gubiąc oddech i czując za plecami złowrogą obecność. Odwrócił się na moment i zauważył tuż za sobą dość szybko poruszające się fragmenty wrogiej istoty. Omal nie rozbił się o drzewo. W ostatnim momencie ominął je i zauważywszy, że wydma kończy się gwałtownie niewielkim urwiskiem, odbił się mocno by skoczyć na piaszczystą plażę. Już w powietrzu zauważył, że to pułapka. Kiedy wylądował nie próbował walczyć.
– No to mnie macie – powiedział.

*

– Wtedy wchodzi ten policjant i mówi: „Co jest?” A jego partnerka: „Morderstwo. Ofiara najwyraźniej broniła się. Świadczą o tym otarcia naskórka i połamane paznokcie.” „A technicy mają coś?”, pyta ten policjant. Wtedy wchodzi technik i mówi: „Sprawdziliśmy ten papier pod paznokciem. Okazało się, że to fragment dowodu osobistego napastnika. Na nazwisko Kazimierz Przetacznik”. No i po chwili go mieli. Dzisiejsza technika to jest coś! – Powiedział pijany facet w berecie i roześmiał się, epatując zgromadzonych na tarasie lokalu ludzi świstem powietrza, przedzierającego się przez zalegający w oskrzelach śluz.
Opierał się łokciami o blat stołu trzymając pomiędzy kciukiem i palcem wskazującym ogryzek papierosa, który od czasu do czasu muskał pieszczotliwie swymi spierzchniętymi ustami. Nie miał przednich zębów.
Marcin Żarówka znosił cierpliwie jego towarzystwo, ponieważ wszystkie pozostałe miejsca były zajęte, a odczuwał nieodpartą potrzebę wypicia piwa. Pozostałe zęby faceta, które stawały się widoczne w momencie, gdy usiłował wypuszczać kółka z dymu wpasowywały się w sielankowy krajobraz częściowo na zasadzie kontrastu a częściowo dzięki temu, że kojarzyły się Marcinowi ze zbutwiałym drewnem omszałych falochronów. Błękitne niebo pozbawione chmur stykało się gdzieś w okolicach horyzontu z gładką taflą ciepłego Bałtyku, któremu rozmnażające się w zawrotnym tempie sinice nadały piękny, głęboki kolor. Plażowicze smażyli się na kocach, poniżej nadbrzeżnej promenady zbudowanej jeszcze w czasach, kiedy miejscowość znajdowała się pod pruskim zaborem.
– Ja przepraszam, że tak pana zagaduję – powiedział facet. – Ale widzę, że pan pije piwo z zielonej butelki. Ostatnio pokazywali w telewizji, że jak światło przenika przez taką butelkę to się rozkładają szyszki chmielu i piwo się psuje.
– Widzi pan tu jakieś szyszki? – zapytał Marcin podnosząc butelkę na wysokość oczu. – Bo ja nie.
– Ich nie widać, bo są miniaturowe. Dopiero pod mikroskopem. Ale nie martw się pan, niedługo browar ma wypuścić nową wersję tego piwa w brązowym szkle ze złotą naklejką. Zaraz, raz… jak się będzie nazywało? A! Zmodytyfikowane!
– Zmodytyfikowane. – Powtórzył Marcin nie mogąc ukryć uśmiechu. – Dobra nazwa.
– No tak, zmodytyfikowane! Szefie… Wiesz jak to jest. Człowiek ma swój honor i dwa razy nie zapytam! Dasz złotóweczke, co to ją sobie dołożę do winka, co?
Marcin zareagował na prośbę nieprzyjemnym grymasem.
– Nie dam. Nie dam, bo jestem zły. Przyjechałem taki kawał, żeby spotkać się z dawno nie widzianym przyjacielem a on nie przyszedł. Czekałem jak oferma w umówionym miejscu, aż mi słońce przypiekło skórę na nosie, a on się nie zjawił.
Mówił coraz szybciej i zdecydowanie głośniej, niż wymagały tego okoliczności. Wreszcie zaczął nawet gestykulować i stroić miny.
– Wszyscy tylko by człowiekowi głowę zawracali, każdy coś chce, a jak przyjdzie co do czego, to nawet nie potrafi przyleźć tam gdzie sam zaproponował.
Zrobił efektowną pauzę, by podczas jej trwania wypić duszkiem piwo, wytrzeć z ust pianę i gestem poinformować barmana, że prosi o jeszcze. Kiedy stanęła przed nim butelka pełna złocistego napoju, przelał go do kufla, pociągnął niewielki łyk i kontynuował.
– Albo np. trują, że wielce chcą się spotkać, bo muszą porozmawiać – beknął bezgłośnie zasłaniając usta złożoną w pięść dłonią – Przepraszam. Ty sobie organizujesz czas i w końcu idziesz na spotkanie, a taki typ siada i mówi: „a teraz opowiadaj, bo jestem zmęczony”. Albo „zmęczona”. I czeka aż będziesz fikał koziołki z radości, że go widzisz.
Zamyślił się, obserwując linię horyzontu i delektując się przez moment mieszaniną zapachów morskiej bryzy, ogrodowych kwiatów i stojącej na sąsiednim stoliku kawy.
– Nienawidzę ludzi. Już nigdy nie zareaguję pozytywnie na żadne zaproszenie albo prośbę. Tak. Tak postanowiłem. Niech wszyscy spieprzają! Zresztą jak sami zaczną coś opowiadać, to też znowu takie bzdury, że się nie da słuchać, jak o tym piwie zmodydtyfikowanym.
– Ja rozumie szefie… Mówiłem, że swój honor mam! To dasz tą złotóweczke, tą do winka, co?
– Zaraz. – Znowu pauza na kilka łyków piwa – A najbardziej wkurzające jest to, że wszyscy dorabiają sobie filozofię do swoich zachowań! Albo nagle są „asertywni” albo „są sobą” albo znowu na coś „zasługują”. Ten cały Wobler, który tak wielce chciał żebym tu przyjechał, zawsze pozował na skłóconego z systemem…
– A wobler! – Facet w berecie ucieszył się, że wreszcie udało mu się wyłowić z bełkotu kompana słowo, które rozumie. – Ja też łowię na spinning! Namiot, wódeczka, kiełbasa i można łowić.
– O co chodzi? – Zdziwił się Żarówka.
– No o wobler! Taka sztuczna przynęta imitująca rybę. Drewniana albo plastikowa. Ja osobiście sam modytyfikuje swoje woblery…
– Nie o to chodzi. – Marcin machnął ręką zauważając, że jego ruchy stają się nieco bardziej zamaszyste niż oczekiwał. – Nie łowię ryb. Ten kolega, który chciał się ze mną zobaczyć, nazywa się Wobler. Chodziliśmy razem do liceum i wracając piechotą do domu godzinami rozmawialiśmy o tym, jakie to społeczeństwo jest złe i jak gnębi jednostkę. Gość nie godził się z rzeczywistością i całe jego życie miało być jakoby przejawem protestu. Ja też u progu dorosłości postrzegałem tak świat, dlatego dobrze się rozumieliśmy! Poza tym nosimy to samo imię. Nawet planowaliśmy wspólną ucieczkę z domu przed maturą, chcieliśmy wyjechać gdzieś na wieś i żyć z dala od tego całego zgiełku pracując np. na roli, zgodnie z rytmem przyrody!
Mężczyzna w berecie ze zrozumieniem pokiwał głową a Marcin w tym czasie dopił drugie piwo i znowu pomachał do obsługi lokalu. Gdy na stoliku stanął świeży kufel, do którego tym razem piwa nalał barman, odezwał się ponownie.
– Chyba każdy myślący człowiek powinien w młodości przejść podobny etap. Gorzej, że niektórzy się na nim zatrzymują. Tak jak ten bałwan, który mnie wystawił i sprawił, że przypomniało mi się, jak nienawidzę ludzi. To znaczy, poprawka: nienawidziłem. Teraz oczywiście wszystkich szanuję i jestem okej. Nawet używam takich słów jak „afroamerykanin” oraz „gej”.
– Naprawdę?
– Tak. Natomiast swoją frustrację rozładuję, karmiąc pana swoją czerstwą opowieścią. Otóż Marcin uparł się, żeby nie zostać niewolnikiem. Aby nikt nie gospodarował jego czasem i nie mówił mu, co ma robić. Uważał, że szkoła, później praca, rodzina itp. zabiera człowiekowi życie. Kradnie czas. A ja go utwierdzałem w przekonaniu, że ma rację. No, ale oczywiście jak przyszło co do czego, to nie potrafiłem uciec i rzucić tego wszystkiego. On wyjechał i miał okazję popróbować tej swojej wolności a ja zostałem w mieście, zdałem maturę, ukończyłem studia i znalazłem sobie dobrą pracę. Zdaje się, że jednak lepiej na tym wyszedłem, bo sporo zarabiam, mam samochód i generalnie nic mnie nie ogranicza. A swoją pracę lubię i przyzwyczaiłem się do tego, że muszę tam chodzić. Jestem szczęśliwy! Rozumiesz? Mam też duży telewizor. Większy niż którykolwiek z moich znajomych. Nie masz… nie ma pan pojęcia, jak to nobilituje! A jak chcę pooddychać swieżym powietrzem, to proszę! Mogę sobie przyjechać chociażby tutaj na dzień czy dwa.
– A ten jak mu tam? – Spytał mężczyzna, po czym oparzył się w palec i używając podstawowego zestawu popularnych wulgaryzmów wyrzucił niedopałek. – Ten Maciej? Dobrze mu się wiedzie?
– Marcin, nie Maciej. Wyjechał nad morze i chyba został rybakiem. Podejrzewam, że żyje sobie zgodnie z rytmem natury wstając o świcie i w deszczu czy chłodzie zapierdalając śmierdzącym kutrem. – Żarówka roześmiał się niby demon i śmiałby się pewnie bez końca, gdyby nie zalał swego rechotu potężnym łykiem piwa. – Z tego, co słyszałem ostatnio, to był zadowolony, choć, zdaje się, że niczego się nie dorobił poza odciskami. Nie jestem pewien, bo bardzo długo się nie widzieliśmy, ale coś tam mi się obiło o uszy, bo ludzie go spotykali. Ostatnio do mnie napisał, że czegoś chce. Więc przyjechałem się z nim zobaczyć. Wielce, psia krew idealista z filozofią, co nie potrafi przyleźć jak się umawia! Widać miał jakieś ważniejsze sprawy i nie chciał być niewolnikiem swojej własnej propozycji. Mam nadzieję, że przy najbliższej okazji wpadnie do wody i zostanie zmielony przez śrubę własnej łodzi, a później przypłyną ryby, zjedzą go, strawią i zrobią kupę, dzięki czemu całkowicie połączy się z tą swoją naturą i będzie wiódł szczęśliwą egzystencję.
– Nie wolno tak mówić, oj nie! – Zdenerwował się facet w berecie – Ja znam rybaków i powiem, że to, co pan mówi to jest zwykłe chamstwo! Pan jesteś zwykłym gnojem!
Marcin zacisnął zęby, żując odpowiedź, która cisnęła się na usta, a następnie połknął ją z pewnym trudem. Odczekał jeszcze moment, aż wzniecona w głowie fala gniewu spłynie przez całe ciało, rozbije się o sandały i pozbawiona energii wycieknie na kamienne płyty, którymi wyłożono taras. Wreszcie uśmiechnął się i rzekł:
– W tej sytuacji nie mogę panu dać tej całej złotóweczki. Chyba pan rozumie. Proponuję ją zarobić jak normalny człowiek. Ja tymczasem wracam do domu. Mój czas jest zbyt cenny, by marnować go na tym zadupiu, gdzie jest wielkie święto jak się jakiemuś kundlowi uda zaszczekać pyskiem.
Wstał powoli i nie dopiwszy piwa podszedł do siedzącego za barem nomen omen barmana, któremu zapłacił, wiedząc, że pieniądze pozostawione na stole znikłyby najpierw w kieszeni bezzębnego, a później w jego trzewiach, już w postaci nabytego w pobliskim sklepie wina.

*

Katarzyna Orson Kransun niepokoiła się nieco przenikającym przez nieszczelności porannika chłodem, ale powodująca nią przemożna chęć kąpieli popychała kobietę w stronę wody. Już pomiędzy drewnianymi barierkami, symbolicznie odgradzającymi rosnącą na wydmach roślinność od półdzikiego przejścia na plażę zdjęła klapki by poczuć kontakt z naturą, ale szybko tego pożałowała, ponieważ mokry piasek błyskawicznie pochłonął wyniesione jeszcze z pieleszy ciepło stóp. Dziarsko wkroczyła na plażę mrużąc oczy, porażone blaskiem nisko zawieszonego słońca.
– Brrrrr, zimno jak piorun – powiedziała głośno, sądząc, że nikt nie usłyszy jej słów, ponieważ o szóstej rano nie spotyka się zazwyczaj plażowiczów.
– Słońce wstało ponad trzy godziny temu, ale jeszcze nie grzeje! – Powiedział jakiś głos.
Katarzyna odwróciła się gwałtownie upuszczając czepek kąpielowy i okulary.
Siedzący na piasku mężczyzna zerwał się błyskawicznie by je podnieść.
Miał dość długie włosy, grandżową koszulę w kratę i wytarte dżinsy a na nogach zniszczone kowbojki. W dłoniach trzymał książkę.
– Pozwolisz, że się przedstawię. Jestem Marcin.
– A ja Katarzyna. Przyszedł pan obejrzeć wschód słońca?
– Nie pan, tylko Marcin. Po prostu. Zaspałem na wschód, ale i tak przyszedłem sobie posiedzieć. Fajnie czasami zrobić coś bez żadnego celu.
– Rozumiem. A ja przyszłam popływać. Wczoraj mniej więcej o tej porze widziałam jak mewa złowiła rybę. Chyba babkę byczą, albo małą. A może był to śledź? Chociaż właściwie, skąd tu śledź? Może dzisiaj będę miała szczęście i znowu coś podobnego zobaczę. Poza tym przyniosłam okulary do pływania i czepek. Trochę ponurkuję, może uda mi się zobaczyć jakąś rybę w wodzie. Ekscytujące.
– To zabawne, ale widziałem cię wczoraj. Kręciłem się koło kutrów. Nie zwróciłaś na mnie uwagi… Zresztą nieważne, bo się spieszyłem. Miałem spotkać się z jednym znajomym, ale nie trafiłem na spotkanie. Coś mi przeszkodziło. Pewnie na mnie czekał…
Dziewczyna włożyła okulary i ponownie spojrzała na Marcina. Przestraszyła się i usiadła na piasku.
– Co…? – Szepnęła. Zdjęła okulary, bo pomyślała, że to one stały się przyczyną dziwnego złudzenia, po czym założyła ponownie i znowu zdjęła. Jeszcze raz zlustrowała mężczyznę wzrokiem. Wyglądał zupełnie inaczej niż w momencie spotkania.
Miał modną fryzurę w stylu metro, obcisłą koszulkę z długim rękawem i nadrukowanymi obrazkami w pastelowych kolorach, spodnie do połowy łydki i modne sportowe buty. Przez klatkę piersiową przewiesił nowoczesny, jednoszelkowy plecak z kieszonką na telefon komórkowy. Katarzyna zatrzymała na niej wzrok.
– …, ale to jego problem! – dokończył rozpoczęte ułamek sekundy wcześniej zdanie, po czym zauważył: – Widzę, że zainteresował cię mój telefon!
Wyjął aparat. Z satysfakcją wystukał kilka kombinacji klawiszy i zaczął prezentować dzwonki.
– Jestem kimś, ludzkim tysiącem, niezwykłym diamentem, człowiekiem! Widzisz, jaki mam nowoczesny telefon? Ale to nie wszystko! Dobrze znam się na wszystkich taryfach, mogę ci wymienić nazwy wszystkich sieci! W domu mam nowoczesny komputer, na którym oglądam filmy w diviksie! Mam też garnitur i samochód! Pracuję! Chodzę na zakupy! Nie ubieram się jak łachmyta! Często się myję, a nawet używam perfum! Poza tym kremuję twarz. Może się zaprzyjaźnimy?
Katarzyna odzyskała równowagę psychiczną i uśmiechnęła się.
– To zależy, jaki jest twój stosunek do kobiet.
– Widziałaś taki, bilboard „Równi w pracy”? On najlepiej odzwierciedla mój stosunek do kobiet! Bardzo je szanuję i dlatego rachunki w restauracji płacimy zawsze pół na pół. Dosyć mi się to kalkuluje, bo z reguły więcej jem. To oczywiście taki żart. Lubię żarty. Zwłaszcza z prawicowych oszołomów i moherów. Hahahahahahhahaha!
– A papieża Polaka kochasz?
– Respect! To jak? Dasz mi swój numer?
– Oczywiście: 38.
– Nie rozumiem.
– To mój numer buta. Jeżeli tak kochasz dowcipy to się śmiej cymbale! – Powiedziała i zrzucając szlafrok pobiegła do wody.

*

Marcinowi Żarówce lekko szumiało w głowie.
– To dziwne – powiedział bezgłośnie. – W końcu wypiłem tylko dwa i pół piwa. Starość nie radość.
Dziarsko wkroczył na drogę prowadzącą do miejscowości, w której mieścił się wynajęty przez niego domek campingowy. Pomyślał, że dwa kilometry spaceru dobrze mu zrobią. Z pobliskiego kościoła wysypał się akurat tłum letników, który dopiero co nabożnie uczestniczył w zakończonej właśnie mszy świętej, zaś z podwórka poczty wyszła grupa kolonistów wyrażających głośno rozczarowanie z powodu faktu, że „do takich dziur nie dotarła jeszcze cywilizacja i nie wiedzą, że można pracować w niedzielę”. Najwyraźniej wszyscy zmierzali w tym samym kierunku, co nasz bohater, bo niespodziewanie utworzył się wokół niego przypominający procesję lub demonstrację pierwszomajową tłumek. Brakowało tylko odpowiednio: dziewczynek sypiących kwiatki lub transparentów.
– Trochę ciasno – powiedział do siebie, nie przykładając zbytniej wagi do wypowiadanych słów. – Najważniejsze, że wciąż można oddychać świeżym powietrzem…
W tym momencie przemknęły obok niego dwa skutery, prowadzone przez rozwrzeszczanych wyrostków wiozących pasażerki o blond włosach ubrane w białe spodnie z niemal przezroczystego materiału i wystające spod nich stringi.
– U huhuhuhu! – Krzyczał jeden!
– Ja pierdole, ale zajebiście! – Odpowiedział drugi.
– Weź zwolnij, bo ci jebnę! – Krzyknęła jedna z dziewczyn i beknęła głośno wyrzucając w krzaki puszkę napoju energetycznego.
Spod kół skuterów tryskały drobiny żwiru, drobne kamyki i pierzchające w panice żaby, zaś z rur wydechowych psujący sielską atmosferę smród cywilizacji.
Żarówka nie był pewien czy zdarzenie to sprawiło mu przyjemność przypominając industrialną atmosferę miejsca, z którego pochodził, czy też zirytowało go brutalne wtargnięcie techniki w miejsce, gdzie powinno być cicho i spokojnie? Ostatecznie nie podjął żadnej decyzji, bo już po paru chwilach motory znikły gdzieś w oddali i nie było sensu zaprzątać sobie nimi głowy.
Tymczasem zza drzew wyłaniali się zmierzający na plażę urlopowicze, z leśnych dróżek wychodziły zmierzające na obiad w pobliskiej miejscowości rodziny zaś gdzieś w dali pojawiła się kolejna grupa ludzi zmierzających w zupełnie przeciwną stronę.
„Co za ruch” – pomyślał Marcin, a po chwili uśmiechnął się szeroko, parafrazując w myślach pewne powiedzenie: „Nie spieszmy kochać ludzi, bo tak szybko nadchodzą!”
Nagle w oddali zauważył postać, która wydała mu się znajoma. Czyżby był to Marcin Wobler? Wytężył wzrok, ale nie miał okazji przyjrzeć się sylwetce, ponieważ mężczyzna kucnął, najwyraźniej przyglądając się czemuś, co leżało na ziemi. Kiedy przejechał obok niego rower, wstał i dwukrotnie zawołał coś w kierunku siedzącej na nim kobiety, którą okazała się staruszka dostarczająca wczasowiczom mleko.
Nie zareagowała jadąc przed siebie ze stała prędkością i już po kilkunastu sekundach dotarła do grupy osób, w której znajdował się Żarówka. Tłum rozstąpił się, pozostawiając staruszce miejsce na swobodny przejazd. Kiedy mijała Marcina, uśmiechnął się sympatycznie, choć nieszczerze, a później ponownie skierował wzrok ku oddalonej postaci.
Tymczasem mężczyzna w oddali rozejrzał się gwałtownie. Chwilę patrzył w stronę Żarówki i nadchodzących ludzi, a później ruszył biegiem w przeciwnym kierunku. Niespodziewanie zatrzymał się, jakby wystraszony widokiem nadchodzących i z tamtej strony ludzi. Znowu się rozejrzał, po czym widząc kilku chłopaków z materacami i piłką plażową, którzy wynurzyli się spomiędzy drzew, gdzie zapewne mieściło się pole namiotowe, ruszył pędem w kierunku wydm.
W tym czasie Żarówka zbliżył się już na tyle, by rozpoznać starego przyjaciela, więc również puścił się biegiem, aby go dogonić.
– Ej! Marcin! – Krzyknął. – Marcin! To ja, Marcin!
Pędził wśród mchów i paproci oraz omszałych konarów, wyobrażając sobie, że jest antygrawitacyjnym skuterem przemierzającym leśne ostępy odległego, zalesionego księżyca. Momentami wydawał nawet przy użyciu ust odpowiednie odgłosy.
Kiedy zbliżył się do Woblera na tyle, by słyszeć jego ciężki oddech, pogratulował sobie kondycji.
– Marcin, zaczekaj! – Krzyknął, jednak Wobler nie zareagował. Pędził więc za nim jak szalony wśród wątłych drzewek, uważając by nie rozbić sobie nosa. I już, już miał go złapać, gdy wydma skończyła się nagłym urwiskiem.
Wobler skoczył na rozgrzany piasek. Żarówka nie był w stanie się zatrzymać, nawet gdyby mu na tym bardzo zależało, więc również runął w dół.
Kiedy wylądował nieświadomie szepnął:
– No to mnie macie.
Rozejrzał się. Marcina nigdzie nie było.
– Jak to? – Zdziwił się. – Gdzie on się podział?
Zmrużył oczy, lustrując dokładnie okolicę. Bez rezultatu. W pewnym momencie poczuł niepokojące wibracje. Zlokalizował ich źródło w okolicy kieszonki na telefon. Wyjął więc komórkę i odczytał esemesa.
”Cześć Marcin. Jesteś potrzebny. Przerwij urlop i wracaj. Jutro o szesnastej zebranie.”
– I bardzo dobrze – powiedział. – Chyba zaczyna mi już odbijać. Jestem zakręcony na maksa! Świruję! Jeszcze tylko przyjdę sobie rano obejrzeć wschód słońca, bo to podobno ładne, a później wrócę tam, gdzie moje miejsce! Wśród ludzi takich jak ja! Uporządkowanych!
Rozległa się muzyka, a Marcin, stojąc na plaży, uśmiechał się sympatycznie, oddalając się wraz z Ziemią, układem słonecznym i Drogą Mleczną od centrum Wszechświata, z taką prędkością, że gdyby o tym wiedział, zaczęłoby go łaskotać w brzuchu.

Poznań 2006.11.03

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *