Fryderyk Nietzsche, człowiek-dynamit wiecznie żywy

Fryderyk Nietzsche to filozof tak kontrowersyjny, co niedoceniany. Niemiec, polskiego pochodzenia, który mówił o sobie, że jest „na to dość Polakiem, by całą muzykę świata oddać za Chopina”. Przez wielu bywa postrzegany tylko z tej, według nich, złej strony. Wytyka się mu ideał nadczłowieka, hasła, które później zostały zwulgaryzowane w ideologii niemieckiego nazizmu, wreszcie – chorobę psychiczną, którą również wykorzystuje się jako argument dyskredytujący jego twórczość. To wszystko stanowi pożywkę dla tych, którzy, tendencyjnie nastawieni, chcą widzieć w Nietzschem tylko zło.

Ja postaram się wykazać, że nie mają racji, bowiem można dopatrzeć się w twórczości Nietzschego (trudnej co prawda w odbiorze, ale to tylko powinno mobilizować do zwiększenia aktywności intelektualnej) wielu pozytywów. Ja je dostrzegam, a wszystkim tym, którzy z góry są nastawieni „na nie” w stosunku do tego wielkiego filozofa, nie zapoznawszy się choćby z grubsza z jego pracami, polecam słowa Marka Twaina, który kiedyś stwierdził, że „każdy z nas jest Księżycem i ma swoją ciemną stronę, której nigdy nikomu nie pokazuje”

Słowa to mądre, słowa głębokie, zmuszające do zastanowienia się nad samym sobą i nad zbyt pochopnym ocenianiem innych, bez jakiejkolwiek próby zrozumienia. Polecam pod rozwagę, jednak teraz skupię się na meritum, czyli dlaczego, moim zdaniem, Fryderyk Nietzsche- „człowiek-dynamit”- jest wiecznie żywy, mimo iż umarł 105 lat temu.

Z wykształcenia filolog klasyczny, znawca kultury greckiej, nie od razu stał się wielkim filozofem. Zanim zwrócił się ku filozofii, która pochłaniała go stopniowo coraz bardziej, aż w końcu stała się jego wielką pasją poznawczą, wykładał Nietzsche na uniwersytecie w Bazylei język i literaturę grecką. Tam też rozpoczął energiczną działalność pedagogiczną i naukową. W Szwajcarii zetknął się z Ryszardem Wagnerem, z którym połączyła go szczera przyjaźń (która notabene z czasem wygasła). Zresztą Wagner wywarł bardzo duży wpływ na życie Nietzschego, bowiem to jego muzyka spowodowała fascynację sztuką w pierwszym okresie działalności niemieckiego filozofa. Na życie, którego bieg wyznaczały równocześnie niezwykła aktywność twórcza oraz nieustanne zmaganie się z nieuleczalną chorobą…

Motywem przewodnim filozofii Nietzschego była krytyka zastanej moralności, chrześcijaństwa, dominujących w kulturze europejskiej systemów wartości, poszukiwanie podstaw kultury oraz refleksja nad twórczą aktywnością człowieka.

To właśnie jest punkt wyjścia rozważań filozofa, który miał go z czasem doprowadzić do słynnej idei nadczłowieka oraz do uznania istnienia dwóch różnych moralności – moralności panów i moralności niewolników. Te hasła, wyrwane z kontekstu i pochopnie interpretowane, rzeczywiście stały się w czasie późniejszym inspiracją dla twórców ideologii mającej usprawiedliwić nazizm. Jednak dopuszczono się przy tym drastycznych uproszczeń i zupełnie pominięto kontekst oraz tor myśli samego Nietzschego.

Jego pogląd, jako badacza kultury, na kondycję społeczeństwa niemieckiego XIX wieku nie był bynajmniej optymistyczny. Wskazywał na zastój, a nawet cofanie się kulturowe Niemców, czego przyczynę upatrywał w narastających tendencjach socjalistycznych i demokratycznych. Zabójcza, według Nietzschego, idea równości jest przyczyną hamowania rozwoju jednostek wybitnych i nie stwarza warunków dla pojawienia się geniuszu. Zaznaczyć trzeba, że według Nietzschego rozwój kulturowy społeczności przejawia się właśnie w zdolności wydawania geniuszu – to jednocześnie podstawowy cel i tym samym uzasadnienie istnienia kultury w ogóle. Tak więc w tym punkcie skupiała się uwaga wielkiego myśliciela. Pojawianie się jednostek wybitnych nadaje sens istnieniu społeczności. Tylko umysł genialny gwarantuje kulturowy rozwój społeczeństwa poprzez fakt, że wskazuje on nowe kierunki i wyznacza nowe wartości. Dlatego społeczeństwo winno się troszczyć o stworzenie jak najlepszych warunków dla kształtowania się geniuszu.

Słynna idea nadczłowieka wyrasta właśnie z ewidentnego zamiłowania Nietzschego do gloryfikowania wielkich i nieprzeciętnych, przy czym nie ulega wątpliwości, że ma on na myśli wielkość intelektualną, duchową. Geniusz nie boi się przekraczać granic ustalonych dla przeciętnych ludzi. Geniusz nie boi się przekraczać siebie samego. Niebezpieczeństwem, jakie się z tym wiąże jest zburzenie porządku życia, ale zdobyczą genialnego myśliciela jest odnalezienia nowych wartości, które zastąpią zastany kodeks moralny, ostatecznie z korzyścią dla ogółu. Zacytuję: ” Celem jest nie ludzkość lecz nadczłowiek. Człowiek jest czymś, co winno być przezwyciężone „.

Nie ulega wątpliwości, że Nietzsche, pisząc o nadczłowieku, siebie przede wszystkim miał na myśli. Wyraźnie daje nam odczuć, że Zaratustra to on sam. Jednak przerost osobowości autora nie umniejsza wartości jego myśli. Cała twórczość Nietzschego nosi znamiona choroby psychicznej, która nasilała się z biegiem lat. Czyż jednak nie powinniśmy potraktować tej dozy szaleństwa jako „efektu ubocznego” narodzin geniuszu?

W niechęci Nietzschego do demokracji i socjalizmu można by znów dopatrzyć się powinowactwa z przekonaniami nazistów. Ale znów byłby to sąd pochopny, bowiem filozof w podobnym tonie wypowiadał się także o tendencjach nacjonalistycznych. Krótko mówiąc; interesował go postęp kulturowy narodu, nie atakował ani nie hołubił żadnej idei politycznej. Oceniał je jedynie w kategoriach przydatności – bądź nie – do realizowania się tego postępu.

Warto również zauważyć, a może uświadomić tym, którzy tego nie wiedzą i sprowadzają twórczość Nietzschego do ideału nadczłowieka czy podstaw późniejszej doktryny nazizmu, iż to nie tylko filolog klasyczny i wielki filozof. To także niepospolity psycholog, który obdarzony był zdolnością przenikania najtajniejszych zamierzeń ludzkich; socjolog, który umiał wywieźć poglądy i działania ludzi z warunków, w jakich powstały, z otoczenia, czy z przynależności do grupy społecznej; a przede wszystkim etyk, co brzmi może dość paradoksalnie, ale jest prawdą, gdyż Nietzsche, choć podkreślał swój amoralizm, to jednak był świadomym twórcą moralności.

O jego fenomenie niech świadczą słowa samego mistrza, który przewidywał, że działanie jego filozofii kiedyś będzie wielkie:

” Znam swój los. Kiedyś z nazwiskiem moim zwiąże się wspomnienie kryzysu, jakiego nie było na Ziemi, najgłębszego konfliktu sumienia, odwrócenie się od wszystkiego, w co dotąd wierzono, czego się domagano, co wielbiono. Nie jestem człowiekiem, jestem dynamitem!”

To porażająca wizja, ale z perspektywy czasu trzeba zgodzić się z niemieckim filozofem, iż niewątpliwie był takim dynamitem. Pamiętamy z lekcji historii, z archiwalnych filmów czy dokumentów okres dwudziestolecia międzywojennego oraz rodzące się w tym czasie i rosnące w potęgę totalitaryzmy, a wreszcie ich erupcję, czyli lata II wojny światowej. To chyba te wydarzenia przewidywał Nietzsche, choć wydaje mi się, że wypowiadając powyższe, jakże przygnębiające czy wręcz katastroficzne słowa, nie zdawał on sobie sprawy z ich rangi, ani siły swojego złowieszczego proroctwa.

Kiedy analizuję poglądy Fryderyka Nietzschego i staram się wyłuskać z nich właściwą istotę, obserwując jednocześnie otaczającą rzeczywistość (nie oszukujmy się – dość ponurą i przygnębiającą, mimo letniej pogody) z perspektywy dwudziestojednoletniego mężczyzny, to nie mogę oprzeć się wrażeniu, że duch filozofii „człowieka-dynamitu” jest wśród nas ciągle obecny.

Skąd takie wnioski? Już wyjaśniam. Zastanówmy się choć przez chwilę jeszcze raz nad proroczą wizją Nietzschego. Dotyczyła ona co prawda czasów II wojny światowej, ale gdyby tak odnieść ją do naszej rzeczywistości, to czyż nie okaże się, że ciągle jest prawdziwa?! Czy w dzisiejszym świecie olbrzymiego relatywizmu kulturowego (śmiem nawet twierdzić, że stopniowego zaniku kulturowych wartości) i moralnego nie odczuwamy głębokiego konfliktu sumienia? Czy nie odwracamy się od tego, w co do tej pory skłonni byliśmy wierzyć, czego się domagaliśmy? Wiem, że to są obserwacje mojego punktu wiedzenia i nie każdy musi się z nimi zgadzać, jednak sądzę, że są one zgodne z opiniami (a przede wszystkim sumieniami) wielu prawdziwie wrażliwych na zło, które trawi nasz świat…

Nietzsche w swojej koncepcji dowodził, iż wszystkie „wytwory i czynności” ludzkie uwarunkowane są potrzebami życiowymi, a prawdą jest dla nas tylko to, czego wymaga życie. Nasza prawda jest subiektywna i względna, natomiast prawda bezwzględna i obiektywna – to tylko złudzenie. Mało tego! Nasz umysł nie tylko nie jest w stanie wiernie ujmować rzeczywistości, ale zawsze fałszuje ją, po to, by użytkować dla celów życiowych. Czyż to nie okropna diagnoza XIX-wiecznego „lekarza” ludzkiej natury?! Ciekawe, ilu z nas w chwili, gdy to czytają, przypomina się stare powiedzenie, że prawda w oczy kole…?

Niestety, to nie tylko diagnoza druzgocąca z punktu widzenia humanistycznej wiary w człowieka i jego możliwości, ale także diagnoza bardzo prawdziwa w odniesieniu do dzisiejszej rzeczywistości. Stwierdzam to z olbrzymim smutkiem i przygnębieniem, jednak trudno o bardziej optymistyczne refleksje, gdy z sytuacją, którą Fryderyk Nietzsche opisał w II połowie XIX wieku, mamy do czynienia dość powszechnie również i dzisiaj.

Czyż dziś nie jesteśmy równie (jeśli nie bardziej!) zakłamani i obłudni niż w XIX wieku? Czy dziś prawda nie została przez nas sprowadzona do kategorii marginalnych? Nie liczy się już to, co o człowieku piszą lub mówią! Ważne jest, by nie pomylić nazwiska!!! To bardzo smutna, ale, niestety, chyba nieuchronna konieczność naszych czasów, dość dobrze dostrzegalna przede wszystkim w świecie polityki. Tutaj coraz częściej afera goni aferę, niedomówienia i pomówienia są na porządku dziennym, a prawdy i tak nikt nie dojdzie, bo jest względna (i zależy od punktu siedzenia), a często nie wiadomo po prostu, co nią naprawdę jest…

Często również pojawiają się wśród nas ludzie, których z nazwisk wymieniać nie będę, a którzy z filozofią Nietzschego mieli tyle do czynienia, co ja ze zwalczaniem stonki – czyli nic – a mimo to w ich wypowiedziach i postępowaniu znowu odnajduje elementy, jakby żywcem wyjęte z koncepcji „człowieka-dynamitu”.

Umiejętnie formułują oni swoje sądy, chcąc w ten sposób zdobyć zaufanie i poparcie innych po to, by (jak to sprytnie określił Nietzsche) poprzez fałszowanie rzeczywistości użytkować ją dla własnych celów życiowych. To oczywiście przede wszystkim dotyczy polityków, ale, niestety, coraz częściej staje się normą powszechnie obowiązującą także wśród zwykłych, szarych obywateli. Jednak ktoś lub coś musiało spowodować to, że czynności ludzkie zostały uwarunkowane potrzebami życiowymi, prawda…?

Nietzsche w swojej koncepcji zauważył także, że bardziej niż prawda względne są wartości, a w szczególności – wartości moralne. Nie ma moralności obiektywnej, powszechnie obowiązującej – każdy ma taką moralność, jaka mu jest dla jego celów życiowych potrzebna i jaka odpowiada jego uczuciom. I znowu nasuwa mi się refleksja związana z dzisiejszym światem polityki… Skorumpowani „wybrańcy Narodu”, bezwzględna walka o stanowisko, nieliczenie się z jakimikolwiek zasadami moralnymi, jeśli tylko w grę wchodzą prywatne korzyści, nawet za cenę zaprzedania podstawowych wartości. Ja już nie chcę zastanawiać się, czy wśród takich ludzi istnieją jeszcze jakiekolwiek wyrzuty sumienia, czy też może amoralność i bezkompromisowa gra „o swoje” przeszyła ich już na wylot? Nie widać niestety wśród tych „wybrańców” nadczłowieka o jakim mówił Nietsche – wizjonera, myśliciela, geniusza wskazującego nowe ścieżki w chaosie codzienności, nawet jeśli miałoby to zburzyć dotychczasowy porządek. Co wcale nie musiałoby wyjść nam na złe, zważywszy dzisiejsze realia, zwłaszcza polityczne.

Dochodzę także do wniosku, że gdyby odnieść do dzisiejszej rzeczywistości imperatyw kategoryczny Immanuela Kanta:

„Postępuj tylko według takiej zasady, co do której chciałbyś, by stała się prawem powszechnie obowiązującym”

, to jego autor po trzykroć obróciłby się w grobie (i być może się obraca) widząc, w jaki sposób postępujemy w XXI wieku i że (o zgrozo!) staje się to zasadą powszechnie obowiązującą!Jednak powróćmy do Nietzschego. Krytykował on współczesne jemu wartości (szczególnie moralne), krytykował także zasady, na jakich opierała się ówczesna moralność – założenie równości, gdzie wszyscy mają równe prawa i obowiązki oraz wolności, rozumianej tak, że każdy powinien być wolny, byle nie stawał na drodze wolności innych. Dla Nietzschego to bzdura.

Nietzsche wykazywał, że tak naprawdę ludzie nie mogą być równi, gdyż są wśród nas „lepsi” i „gorsi”, w zależności od tego, ile mają w sobie siły i życia. Dowodził też, że wolni są tylko ci, którzy mają dość tej siły, by ową wolność sobie zapewnić. Mówił o moralności panów i moralności niewolników. Każdemu, w zależności od jego sił i możliwości życiowych, jest wrodzona jedna lub druga moralność. Słabi za dobre uznają podporządkowanie się i unikanie konfliktów, bowiem z tego wyciągną dla siebie optymalne korzyści. Dla silnych dobra jest walka i nie poddawanie się losowi.

Wtedy osiągną najwięcej. Nietsche zaznacza jednak, że w jednym człowieku mogą w różnych momentach życia dochodzić do głosu elementy obu tych moralności. Człowiek nie jest jednolity i gotowy raz na zawsze. Bzdurą jest więc wyciąganie tutaj wniosku, że istnieje „rasa panów”. Nietsche oburzyłby się, słysząc podobne hasła. Właściwie, jedynym pokrewieństwem pomiędzy Nietschem a Hitlerem, jakiego ja się dopatruję, jest zamiłowanie do muzyki Wagnera.

Wróćmy jednak do koncepcji moralności Nietschego. Słabsi i silniejsi. Jedni i drudzy kierują się właściwą dla siebie moralnością. Może ktoś zarzuci mi tendencyjność lub czepianie się, ale to jakby znowu zasady „żywcem” wyjęte z tych, które obecnie towarzyszą polityce… Czyż nie jest tak, że często czujemy się gorsi jako zwykli obywatele niż bezkarni politycy? Czyż nie jest tak, że zwykli, przeciętni ludzie ledwo wiążą koniec z końcem, zastanawiając się, w jaki sposób przeżyć „od pierwszego do pierwszego” każdego miesiąca za marne 500 złotych, mając na utrzymaniu pięcioosobową rodzinę, a ktoś z „wyższych sfer” lekką ręką wydaje olbrzymie sumy, tylko po to, by załatwić prywatne interesy, które mają służyć pomnożeniu majątku?

Można zapytać, kto bogatemu zabroni…? Ale to nie w tym rzecz. Problem tkwi w tym, któż w takiej sytuacji przejmowałby się tymi „gorszymi”, skoro i tak pieniądz rządzi światem, a dokładnie ci, którzy mają ich najwięcej…? Współcześnie to jest owa nietzscheańska siła powodująca, że czują się oni „lepsi”. Na tyle „lepsi”, że ową „siłą” są w stanie zapewnić sobie wolność.

Wolność, która w dzisiejszym rozumieniu oznacza w praktyce bezkarność! Wolność, choć przecież tak naprawdę i tak stoją ponad prawem, które notabene jest egzekwowane sporadycznie i na dodatek przede wszystkim wobec tych „gorszych”. A tym gorszym brakuje owej „siły”, by także siebie uczynić wolnymi…

Nietzsche negował zasadę sprawiedliwości, bowiem, według niego, prawa i dobra moralne należą się tylko tym wystarczająco dostojnym i silnym, a nie słabym i nieudolnym. Złe były zasady altruizmu i litości, ponieważ jeśli ma się własne cele, to są one ważniejsze od cudzych, a litowanie się nad tymi, którzy tego potrzebują – to marnowanie energii dla słabych, którym i tak w żaden wymierny sposób się nie pomoże.

Słabymi i nieudolnymi są oczywiście ci „gorsi”, a więc dzisiejsi przeciętni (a może po prostu – normalni…?) obywatele, którzy nie są w stanie sprostać „wymogom” obecnej polityki, która coraz bardziej zaczyna przypominać hermetycznie zamknięty świat „dostojnych i silnych”. Normalni obywatele nie są w stanie ogarnąć tego, co się wokół nich dzieje, kiedy karmieni są tą ciężkostrawną, lekko nadpsutą – mówiąc delikatnie – polityczną „papką”, w której coraz częściej widać, że spłacenie kredytu zaufania wobec tych, którzy zawierzyli mamiącym hasłom, traktowane jest właśnie jako marnowanie energii dla „słabych”. A po co marnować energię, kiedy może się ona przydać przy realizacji kolejnych własnych celów, a o „słabych” przypomni się sobie, gdy nadejdzie czas kampanii wyborczej… Smutne to, ale prawdziwe.

Trzeba jeszcze zaznaczyć, że o ile przytoczony obraz współczesnej rzeczywistości jest rzeczywiście odbiciem nietzscheańskiej koncepcji moralności, to filozofia Nietzschego oferowała coś w zamian za tę ponurą wizję, a mianowicie możliwość wypłynięcia geniuszu, który pociągnie to niesprawiedliwe społeczeństwo naprzód w rozwoju. Niestety ten akurat aspekt nie daje współcześnie o sobie znać.

Podsumowując, stwierdzam, iż nie ulega kwestii to, że Fryderyk Nietzsche był filozofem kontrowersyjnym. Jednak jego pisma są prorocze, pełne głębokiego krytycyzmu wobec rzeczywistości, jaką zastał, ale jakże prawdziwe. Frapujący styl i emocjonalny ton jego twórczości przyniosły jego ideom powszechną, choć czasem powierzchowną popularność, przez co nie doceniono niekiedy intelektualnej wartości jego myśli. A szkoda, bowiem „człowiek-dynamit”, który potrafił przewidzieć swój los, powraca dziś wraz ze swoją relatywistyczną teorią wartości i nową moralnością. I myślę, że jeszcze nie raz powróci w przyszłości, bowiem dzisiejsza moralność i kierunek, w którym zmierza świat, nie nastrajają optymistycznie, a nic nie rokuje zmian na lepsze. Raczej wręcz odwrotnie.

Obym był gorszym prorokiem niż Nietzsche…

Tomasz Rejmanowski

3 thoughts on “Fryderyk Nietzsche, człowiek-dynamit wiecznie żywy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *