Nie cierpię (rodział 1, 2)

Marcin Żółtowski o sobie: Jestem nauczycielem, tłumaczem, ekonomistą (tylko z wykształcenia), absolwentem Akademii Ekonomicznej w Katowicach i Nauczycielskiego Kolegium Języków Obcych w Tychach oraz studentem Uniwersytetu Śląskiego. Interesuję się literaturą (szczególnie brytyjską – kończę pracę magisterską o twórczości Salmana Rushdiego) i fotografią. Urodziłem się i wychowałem w Tychach, gdzie nadal mieszkam i pracuję. Mam 28 lat.

Marcin Żółtowski o „Nie cierpię”:
„Nie cierpię” powstało po części w wyniku obserwacji polskiej rzeczywistości ostatnich lat, a po części w wyniku przeżyć osobistych. Te obserwacje i przeżycia podlałem dużą dozą ironii i wrodzonej przekory, a następnie przefiltrowałem przez moje specyficzne poczucie humoru. Powieść powstała bardzo szybko (chociaż pomysł przeczekał rok w szufladzie), bez presji i oczekiwań, z myślą o jednym czytelniku; mam nadzieję, że spodoba się większej ich ilości.

Rozdział 1

WERONIKA POSTANAWIA ZERWAĆ

Kiedy amerykańskie bombowce wystartowały ze swoich baz i w prezencie od wujka George’a zaczęły zrzucać tony ładunków wybuchowych na Irak, ja sam, choć z dala od pola bitwy, znalazłem się w pozycji atakowanego. Bum!, wyleciała w powietrze stacja benzynowa w Bagdadzie, łup!, moja głowa eksplodowała pod naporem słów rzucanych we mnie (bez rozkazu George’a) przez moją Weronikę.
Postanowiła mnie rzucić, skończyć z nami, pozbyć się balastu, jaki dźwigała przez ostatnie siedem lat.
(Siedem lat! Pomyślcie, ile to dni, ile tygodni!)
I chociaż nie miałem w zanadrzu broni masowej zagłady, byłem równie winny jak Saddam. Wszystko mi wyjaśniła, wszystko wystrzeliła w jednej monstrualnej tyradzie, przemowie przygotowywanej przez całe wieki, perorze, która samą swoją objętością zwaliła mnie z nóg. A treść nie była wcale łatwiejsza do przełknięcia.
Powiedziała; a właściwie nie – to ja wkładam w jej usta słowa, bardziej kwieciste i oderwane od życia, miejscami zmieniając ją w postać z Masłowskiej; a robię to, bo muszę, bo oczywiście, tak jak mi ciągle powtarzała – wcale jej nie słuchałem, więc nie pamiętam, co dokładnie powiedziała wtedy i wtedy; odtwarzam i zmyślam, ja, pieprzony twórca literatury wagonowej, niespełniony literat, grafoman, ofiara dzikiego i nierealnego marzenia o zostaniu prawdziwym artystą, życiu sklejonym ze słów zapisywanych w tandetnych kajecikach.
Słuchajcie! Zaczęła:
– Chodź, musimy porozmawiać. No co tak patrzysz jak rąbnięte tłuczkiem ciele? Stój i słuchaj, bo nie mogę już dłużej czekać. Rzygać mi się chce, jak ciebie słucham, a ciągle słucham i słucham… Ty nawet jak mówisz prosto, to wcale nie mówisz zwyczajnie, normalnie, jak normalny człowiek, o nie – wrzeszczała w pozie wyniosłej, a zdystansowanej. – Ty, kurwa, zasuwasz nam inny rodzaj narracji, lecisz w drugą stronę, stosujesz styl ascetyczny, sadzisz mi poetykę ekonomii słów. Wiesz, ile razy na samą myśl o tym, że otworzysz usta i zaczniesz ględzić tym swoim literackim bełkotem, miałam ochotę walnąć łbem w ścianę i stracić przytomność? Te twoje porównania, metafory, aliteracje, hiperbole… Twoje pytania retoryczne, aluzje, onomatopeje i Bóg jeden wie, co jeszcze…
I tak to się ciągnęło jak ser na toście. Jeśli sądzicie, że oszczędzę wam reszty, to jesteście w błędzie. Ja to ścierpiałem, ścierpicie to i wy. Będę jednak na tyle miłosierny, że rozłożę wam to kazanie na raty. Wyobraźcie sobie, że czytając spłacacie dług. Wydaje mi się (mogę się mylić), że w ten sposób będzie wam łatwiej.
***
Jakiś czas temu zacząłem tworzyć listę rzeczy, których nie cierpię. Albo, jak wolicie, których nienawidzę. Dziwna to lista. I pewnie więcej się z niej dowiecie o mnie, niż z tego, co tam będę wam popiskiwał w następnych akapitach. (Kolejność jest zupełnie przypadkowa; nie ma w niej żadnego klucza, nawet go nie szukajcie.)
Nie cierpię:
Nie cierpię kolesi, którzy koszą trawę pod blokiem, cały dzień warcząc tymi swoimi maszynkami, aż człowiekowi odechciewa się życia i zaczyna myśleć o połknięciu koktajlu z żyletek. Albo oblaniu się benzyną i zapaleniu zapałki. Kiedyś (zaczynam brzmieć jak stary pierdoła, sorki) przyjeżdżał traktor z odpowiednim ustrojstwem dopiętym, przejeżdżał przez trawniki w trymiga i spokój. A teraz koleś zatacza się po tej rosnącej mu pod nogami murawie, przycina każde źdźbło osobno, bo płacą mu od godziny. I błogosławi sposób, w jaki nasz kochany rząd zwalcza bezrobocie. Kosztem moich uszu i nerwów.
***
Zanim:
Zanim do mody wrócił moher, zanim naszego prezydenta niemieckie gazety porównywały do kartofla, zanim Weronika zaczęła rzucać we mnie słowami twardymi jak kamienie i ognistymi jak koktajl Mołotowa, życie było całkiem znośne. Nawet moje z Weroniką.
Spotkaliśmy się, całkiem konwencjonalnie, na imprezie u wspólnego znajomego. Oboje byliśmy pijani.
(Dobrze jest mieć na co zwalić swój błąd.)
Uśmiechnąłem się, ona się odśmiechnęła. Podszedłem, ona się nie wycofała. Rzuciłem jej swoim imieniem, ona rzuciła swoim. A potem powiedziałem jej, że jestem pisarzem.
(Mój najlepszy przyjaciel, Dominik, jeszcze poznacie go bliżej, kiedy moja pierwsza powieść znalazła drogę na rynek, dał mi jedną radę: stary, wykorzystuj to, nie krępuj się. Na sam dźwięk słowa „pisarz” połowa z nich ściąga majtki. Druga połowa robi to na widok egzemplarza książki z twoim nazwiskiem na okładce. Cynik, przyznacie. Ale ten jego cynizm sprawdził się przy niejednej okazji.)
– O – odparła Weronika. – A co piszesz?
– Fantasy. Takie historyjki z czarodziejami, magicznymi przedmiotami, rycerzami, potworami – powiedziałem. (Łatwo się to czyta z kartki; moja dykcja w tamtym momencie była dużo gorsza i jestem prawie pewien, że Weronika nie zrozumiała połowy tych słów).
– A, jak Tolkien.
Jak Tolkien.
Nie wiem, co bardziej ścięło mnie z nóg: porównanie z Mistrzem, czy skonsumowana wcześniej wódka. W każdym razie, zachwiałem się i uratowało mnie przed upadkiem jedynie gibkie (wtedy) ciało Weroniki.
– Coś w tym rodzaju – wybełkotałem, próbując się wyprostować.
– Kul – rzuciła.
Z tego „kul” nic konkretnego nie wynikało. Najwyraźniej należy do drugiej kategorii, pomyślałem i sięgnąłem do teczki, w której miałem egzemplarz „Kryształu bogów”, mojego debiutu.
(Tak! Posuwałem się do takich sztuczek!)
Zmarszczyła brwi, próbując odczytać tytuł. Na widok mojego nazwiska kiwnęła z uznaniem głową. I tyle. Majtki na swoim miejscu.
– To co? – zapytałem i spojrzałem wyczekująco.
Wyczekiwałem na podjęcie decyzji: u mnie, czy u niej.
– Co co?
– Nic… ja tak tylko… chciałem podtrzymać rozmowę.
– Aha.
Pozostało tylko schować książkę i wziąć się ostro do roboty. Zacząłem od tego, co ona robi i dowiedziałem się, że uczy angielskiego w szkole. Trochę pożartowaliśmy z nauczycielskich pensji, zanim wątek się wypalił. Wtedy zmieniłem taktykę i przeszedłem do nazwiskrzucania. Znam tegotamtego, z tymtamtym piłem przedwczoraj piwo, takie tam, słyszeliście taką gadkę milion razy. Weronika najwyraźniej też. Zero efektu, lekkie znudzenie, dyskretne poziewywanie.
Tonąłem. A że tonący brzytwy się chwyta (polski tonący, bo angielski ni mniej, ni więcej, tylko słomy. Wiem, bo Weronika strzeliła mi kiedyś na ten temat krótkitreściwy wykład), zaproponowałem, że weźmiemy razem taksówkę, razem będzie taniej, rozbijemy koszt na pół. Zgodziła się.
W taksówce prawiłem jej rozpaczliwe komplementy, by w ostatnim momencie wykorzystać jej rozbawienie i poprosić o numer telefonu. Wyobraźcie sobie, że napisała mi go na dłoni długopisem pożyczonym od taksówkarza.
Zadzwoniłem w południe tego samego dnia (wróciliśmy po północy). Odebrał jakiś niedobity przez ewolucję pterodaktyl. Wyskrzeczał, że żadna Weronika tutaj (tam) nie mieszka. A Agnieszka?, chciałem zapytać, ale pterodaktyl rzucił słuchawką i okazja minęła bezpowrotnie.
Zostałem z ponurą świadomością, że Weronika nabazgrała mi fałszywy numer telefonu, subtelnie dając mi do zrozumienia, że jednak nie chce, żebym do niej dzwonił.
Weronika to góra subtelności.
Jak się pewnie domyślacie (w końcu przeczytaliście początek tego rozdziału), nie dałem za wygraną. Skracając więc tę przydługą opowieść: swoją determinacją położyłem ją na łopatki, została moją, moją na wyłączność, moją na zawsze (aż postanowiła zerwać).
Tutaj rodzi się pytanie: skąd ta determinacja? Dlaczego nie postawiłem na niej krzyżyka i nie oddałem się bardziej produktywnym zajęciom, na przykład pisaniem następnej powieści? Albo podrywaniem następnej panienki? Czy ktoś z was jest na tyle romantyczny, żeby oczekiwać odpowiedzi: bo się zakochałem?
Się zakochałem.
Nie, moi drodzy, to nie jest moja odpowiedź. Moja odpowiedź to: chwilowa niepoczytalność, Pinkflojdowe „a momentary lapse of reason”. W to serce miłość jeszcze musi zapukać.
***
Jezu, jak udało mi się wyprodukować zdanie w stylu „W to serce miłość jeszcze musi zapukać”?
***
Och, jakie to cudowne, tak sobie pisać i pisać i pisać i pisać, bez ograniczeń, bez redaktorów patrzących przez ramię… Tłukąc opowiastki fantasy człowiek musi uważać na słowa, ograniczać się, nieustannie zwracać uwagę na liczbę przymiotników, na zwięzłość porównań, językjęzykjęzyk, czytelność, tempo akcji… C z y t a l n o ś ć (nie mylić z czytelnością!)… Żeby prosto i do celu, ekonomicznie, reportersko i bez zawijasów…
A tu wolność! Mogę sobie dogadzać kwiecistymi epitetami, rozbudowanymi metaforami… grafomanić ile wlezie! Popierniczać po kartkach jak pieprzony króliczek z reklamy Duracella. Iniktmi iniktmi nic nie obetnie… Och, artystyczny orgazm bez przykrych myśli o zabezpieczeniu i konsekwencjach!
***
Kiedy Weronika wyszła, upadłem na wykładzinę i tak leżałem dobrą (choć niezadobrą) godzinę. To było, jakby mój mózg został przeładowany liczbą inwektyw na komórkę nerwową, szokiem poznawczym, kobiecą furią.
(Nie przez przypadek słowo „furia” jest rodzaju żeńskiego.)
Leżałem, leżałem nieprzytomny, błądząc po krainach mojej wyobraźni. A że wyobraźnia zawodowego pisarza (zwłaszcza pisarza-fantasty) jest bujna, błądziłem bez znudzenia, odkrywając coraz to nowe stworzenia, potwory, mutanty, trzypiersie kobiety, dwugłowe cielaki, ćwierćmózgowych polityków (tu standard to niestety jednoósmomózgowcy, istoty, dla których obelga w postaci nazwania półgłówkiem jest w istocie niezasłużonym komplementem). Byłem głaskany, ścigany, kopany; próbowano mnie zmiażdżyć, zjeść, zakochać na śmierć; biegałem, skakałem, wykonywałem ruchy frykcyjne. Aż zobaczyłem światełko w tunelu.
W moim przypadku jest to wprawdzie zwykle reflektor nadjeżdżającego pociągu, ale tym razem nawet perspektywa rychłego czołowego zderzenia z kilkudziesięciotonową lokomotywą wydawała się kusząca.
Ocknąłem się.
***
Żeby zrozumieć, co zobaczyłem po ocknięciu, muszę wam trochę opowiedzieć o swoim dzieciństwie. Gotowi?
Zaczynamy!
Byłem jednym z tych szczeniaków, którzy jakoś nie potrafili wpasować się w żadną bandę. Za każdym razem, kiedy jużjuż wydawało się, że jestem jednymznas, coś wybijało mnie na autsajd. A to nie chciałem robić tego, a to kiepski byłem w tamtym, a to wyjeżdżałem na dwa miesiące do sanatorium. I koniec pieśni.
W konsekwencji większość czasu spędzałem samotnie. Chociaż nie do końca. Miałem towarzysza. Na imię miał Dżek i, jak łatwo się domyślić, był Amerykaninem.
(Info dla młodzieży: były czasy, kiedy Amerykanie w Polsce to był prawdziwy rarytas, monstrum rzadkie a nieuchwytne. I bardzo atrakcyjne, nie tylko dlatego, że dysponowało dolarami.)
Dziwnym sposobem Dżek mówił piękną polszczyzną, z lekkim tylko akcentem do smaku. (Na co komu Amerykanin bez akcentu?) Porozumiewaliśmy się wpół słowa i przeżywaliśmy dzikie przygody w zaciszu mojego pokoju. Wydobywaliśmy skarby jednookich piratów, uciekaliśmy przed bossami mafii sycylijskiej, ratowaliśmy damy z opresji. Ogólnie rzecz ujmując, jak mawiał Dżek, było kul.
Z jednym zastrzeżeniem: Dżek tak naprawdę nie istniał.
Miałem na szczęście na tyle przytomności umysłu i rozwiniętej nad wiek przezorności (która między innymi powstrzymywała mnie przed wspinaczką po okolicznych drzewach i skakaniem na główkę na niestrzeżonych kąpieliskach i wieloma innym czynnościami, którym oddają się młodzieńcy każdego pokolenia), nikomu nie przyznałem się do mojej znajomości z Dżekiem. Uniknąłem w ten sposób godzin biadolenia nad moją biedną pokręconą głową i wizyt u licznych specjalistów (moi rodzice do wychowania mnie podchodzili bardzo metodycznie; każdy problem miał swoje logiczne rozwiązanie, zazwyczaj przy pomocy odpowiedniego specjalisty).
Przetrwałem. Aż któregoś dnia (dzień zapamiętany również ze względu na to, że moje prześcieradło o poranku dziwnie pachniało i było wilgotne wilgocią, która nie miała nic wspólnego z pracą moich nerek) Dżek się nie pojawił. Zostałem sam, tym razem naprawdę sam.
***
Teraz (wydaje mi się) jesteście naprawdę gotowi na to, co wydarzyć się musi.
Kiedy się ocknąłem, nie byłem w pokoju sam. Pochylał się nade mną Dżek.
– No, myszlałem, że jusz szę nigdy ne obudżysz – powiedział, jego akcent tyle zabawny, co irytujący. W dzieciństwie musiałem mieć bardzo nieciekawe pojęcie o fonetyce.
Byłem w stanie wykrztusić z siebie tylko jedną sylabę:
– Hę?
– No czo ty ne poznajesz mne?
Wyglądał dokładnie, jak w dniu, kiedy widziałem go po raz ostatni, dwunastoletni chłopak w dżinsowych szortach, piegowaty, rudy, o jasnej karnacji.
– Dżek?
– Bingo! Wygrałesz wyczeczke, weż teczke!
– Co tu robisz? – zapytałem względnie spokojnym głosem. Zawsze odznaczałem się niezwykłą tolerancją na wydarzenia na granicy wariactwa.
– Jak to czo? Poczebujesz mne, wiencz jestem – Dżek wzruszył ramionami.
– A skąd niby wiesz, że cię potrzebuję?
– Weronika cze rzuczyła, pomyszlałem, że szyda czi sze wsparczie.
– Dzięki. Poradzę sobie. Możesz iść.
Dżek tylko podniósł brwi.
– Prawie mne szekonałesz – rzucił po chwili.
– Co mam zrobić, żeby się ciebie pozbyć? – ogarniała mnie desperacja. Co innego mieć wyimaginowanego przyjaciela, kiedy ma się dziesięć lat i większość czasu spędza we własnym pokoju, a co innego, kiedy żyje się w szerokim świecie i próbuje zarobić na życie. Jeśli, oczywiście, nazwać Katowice szerokim światem.
– To ne take proste – powiedział. – Nawet odłam twojej własnej jażny ne może wiedżecz szystkego.
– Pięknie. To teraz będę cię miał na ogonie dwadzieścia cztery godziny na dobę – jęknąłem.
– No ne. Mne tesz należy sze wypoczynek, ne? Podczas snu ne będę czie nepokoił.
– Miło z twojej strony.
– I po czo ten sarkazm? Ja jestem tu po to, żeby czi pomócz. Nycz więczej.
– Znaczy mam być wdzięczny?
– Byłoby myło.
– A spierdalaj!
Z głupią miną rozciągniętą po całej twarzy, Dżek odparł:
– Szyzwyczaisz sze.
– Mógłbyś chociaż normalnie mówić. Strasznie mnie wkurwia ten twój udawany akcent.
– Sorry. Jestem Dżek, inaczej ne umjem.
– To od dzisiaj jesteś Jacek. Jacek z Łodzi. Mówisz czystą literacką polszczyzną, żadnych dialektycznych naleciałości. I masz trzydzieści lat. Nie cierpię szczeniaków.
Podrapał się po rudej głowie.
– To tak ne dżała. Ja jestem Dżek z Chicago. Mam dwanaszcze lat…
– A jak to działa? Może mnie oszwieczysz… tfu! Oświecisz?!
– Jusz czi powiedżałem: nawet odłam twojej własnej jażny ne może wiedżecz szystkego.
– Super. I co teraz?
– Ne wjem. Może czosz napiszesz?
– Jak mam pisać, kiedy jakieś amerykańskie widmo unosi mi się nad łbem? Jak mam się skoncentrować?
– Mógłbysz czosz wrząszcz.
– Wrząszcz?
– No wiesz… – wykonał gest, jakby wyciągał z opakowanie tabletkę, połykał ją i popijał wodą. – Wrząszcz.
– Zaraz wezmę i walnę cię w ten durny amerykański łeb.
***
(Ciekawe, że Mr Dżek wybrał akurat ten moment – przypomnę wam: radosne oddziały jego pobratymców bombardowały Irak – żeby mi się objawić. Cudowny tajming.
Gdybym tak nagle miał nakreślić szersze tło – tło teraźniejsze i przyszłe – musiałbym napisać o wicepremierze naszego kochanego rządu, który z barykady przeskoczył na stołek, odziawszy się pierwej w pasiasty krawat, o telewizji publicznej, którą zaczął zarządzać reporter, który wsławił się zwinięciem z IPN-u listy T(ajnych)W(współpracowników) i błyskawicznym umieszczeniem ich w Internecie, bez najmniejszej troski o wiarygodność danych, o drugim wicepremierze, który ostro przystąpił do patriotycznego (lecz nie-nacjonalistycznego) wychowania naszej wspaniałej, abstynenckiej młodzieży, o byłym premierze, którego pokazywało się tylko od frontu, żeby nie widać było przypadkiem kierownicy, którą szef jego partii umieścił w jego plecach, o autostradach, których nie ma i nie będzie, o naszej wspaniałej przyjaźni z naszymi sprzymierzeńcami jankesami, dzięki którym nasi dzielni wojacy mogą się wyżyć w różnych częściach świata, a którzy każą nam stawać w kolejkach, które można porównać tylko z kolejkami za mięsem w stanie wojennym.
Musiałbym musiałbym musiałbym. Ale nie muszę. Niech szlag trafi szersze tło. To moja historia. Nie będzie mi tu w niej bruździł żaden Busholepperogiertych.)
***
Każdy pisarz, tak mi się wydaje, ma własną technikę pisania. Ja zawsze zaczynam od jednego zdania, które pojawia się w mojej głowie znikąd. Biorę to zdanie, przyglądam się mu, badam, rozkładam na czynniki pierwsze. Rozmawiam z nim, pytam: dokąd mnie zaprowadzisz?
Kiedy już jestem pewny, że zaprowadzi mnie tam, gdzie jeszcze mnie nie widzieli, zapisuję je na czystej kartce papieru i uzupełniam następnymi. W międzyczasie pojawiają się bohaterowie, przygody, dialogi. I nim się spostrzegę, bazgrzę na ostatniej kartce moje ulubione słowo: KONIEC.
Koniec jest początkiem jest końcem.
Kiedyś takie pierwsze zdanie dopadło mnie w restauracji, naprzeciwko Weroniki, wypychającej usta zieloną sałatą z czymśtam. Wygrzebałem z teczki mój podręczny notatnik i zdanie zapisałem. Ale ono nie dało za wygraną, już za nim ciągnęły się legiony następnych, krzyczące, że jeśli ich także nie zapiszę od razu, one znikną raz na zawsze i to pierwsze nic mi nie pomoże, to pierwsze będzie martwe, jak wątroba wycięta z brzucha pacjenta i rzucona na stół. Pisałem więc, pisałem posłusznie, a po drugiej stronie stolika narastała furia rodzaju żeńskiego, cyklon Weronika, jeszcze niemy, ale już nabierający powietrza w płuca, już rozgrzewający struny głosowe, już ciskający oczami gromy. Świadomy nadciągającego kataklizmu, odstawiłem długopis, upewniając się, że drogocenne pierwsze zdanie miało wystarczającą ilość towarzyszy, by przeżyć do czasu powrotu do domu. W domu dokonałem sprawnej reanimacji, ale całe opowiadanie wykazywało objawy odmóżdżenia. Na szczęście udało mi się je sprzedać jednemu z magazynów SF/Fantasy. Zarobiłem, ale dumnym rodzicem nie zostałem.
***
Oto pierwsze zdanie, które do mnie przyszło w obecności Dżeka:
Obudziłem się bogiem.
Nawet obiecujące, pomyślałem, kiedy wtrącił się Dżek:
– Ne sądżysz, że jest troche… tego… naczongane?
– To jest fantasy, to ma być naciągane z natury rzeczy.
– Okej, ne będę sze wtronczacz.
– Trzymam za słowo.
Obudziłem się bogiem. Kim jesteś, dokąd zmierzasz?
Zdanie, przepisane na świeżą kartkę, zachęcało do poważnego potraktowania. Z mojego jeża na przybory wyciągnąłem mój ulubiony długopis.
Albo Bogiem, jak wolicie. Niestety, nie pamiętam, co spożyłem poprzedniej nocy, więc nie mogę posłużyć wam radą. Obudziłem się bogiem (będę się trzymał, wybaczycie, małej litery; kapitalik byłby chyba oznaką megalomanii), ale bogiem z pełnym pęcherzem.
– Ty, a był taky fylm. Tylko ne pamiętam tytułu.
– Kurwa, nic z tego nie będzie – mruknąłem, mając na myśli pisanie przy asyście Dżeka i samo opowiadanie, które zmierzało donikąd ekspresem bez maszynisty.
– Czo sze tak znechęczasz? Nawet kul to sze zapowiadało.
– Kul ci w dupę – warknąłem i jąłem rozpaczać nad swoim losem.
Rozpaczałem, rozpaczałem, trochę na pokaz, trochę, z braku lepszego pomysłu na rozwiązanie problemu.
Dżek demonstracyjnie rozłożył ręce, po czym usiadł ciężko na kanapie i równie ciężko westchnął. Po prawie piętnastu minutach odezwał się:
– Wiesz… tak sobie myszlałem…
Ciekawe, z kolei myślałem ja, dlaczego wyobraziłem go sobie z tym durnym akcentem, ale za to z bezbłędną gramatyką?
– …i myszlałem… i doszłem…
Prawie bezbłędną gramatyką.
– …do wniosku, że jestem tu, żeby sze w twoim życzu czosz zmenyło. Jak sze zmeny, to znykne.
– Wiesz – odparłem, nie bez pewnej dozy ironii – do tego to i ja doszedłem.
– A że własznie rzuczyła cze dżewczyna, to pewne mam czi pomócz znaleszcz nową.
– Bogu wszechmogącemu niech będą dzięki. Samemu nigdy bym tej sztuki nie dokonał.
***
I tu wypadałoby w końcu opowiedzieć dokładnie, jak mimo piętrzących się trudności (głównie niechęci samej Weroniki do kontynuowania znajomości) zdołałem zdobyć serce mojej miłej.
Skończyłem na tym, że nie dałem za wygraną i swoją determinacją położyłem ją na łopatki. Prawda. Ale gdzie tkwi diabeł?
Po rozmowie z Pterodaktylem byłem w głębokiej depresji przez trzy i pół godziny. Po trzech i pół godzinach, zadzwonił Dominik Jaroszewicz (już go znacie z oryginalnych poglądów na relację pomiędzy byciem opublikowanym pisarzem, a położeniem damskich majtek względem kobiecego ciała), który z miejsca zapytał, czy już – cytując pana DJ (lubiącego, gdy nazywa się go Didżejem) – posunąłem tę panienkę z imprezy.
Musicie wiedzieć kilka rzeczy o panu DJ. Różnica między nim a Pinokiem jest taka, że Pinokio chciał być prawdziwym chłopcem, a DJ poświęcił swoje życie, by stać się płaskim, jednowymiarowym, papierowym bohaterem, nastolatkiem z amerykańskiego filmu klasy B, który myśli tylko o jednym i trawi swój czas na zdobywanie tego jednego. Jest w nim jakaś głębia, jestem o tym przekonany (głęboko), doszły do moich oczu nieśmiałe jej symptomy, lecz jestem zmuszony pozostać przy domysłach. DJ najwyraźniej nie zamierza nigdy odkryć wszystkich kart.
– Nie, wiesz, dała mi zły numer… nie mogłem się z nią skontaktować – przyznałem z zażenowaniem. Gdy rozmawiamy o sprawach damsko-męskich (jego ulubiony temat), zawsze czuję się jak niedoświadczony uczniak.
– Nie mów! Posunęła ci numer z telefonem sąsiadki? A to złośliwa suka. Ale nie przejmuj się. Pamiętasz Iwonę?
– No. A co?
– Iwona jest koleżanką tejjakjejtam…
– Weroniki.
– Właśnie. Zdobędę jej numer i ci dam.
– Dzięki. Ale nie wiem, czy jeszcze chcę…
– No co ty! Dupa tak cię zrobiła, że należy jej się niespodzianka. Zobaczysz, jaką zrobi minę…
– Przez telefon to raczej nie zobaczę.
– Mogę załatwić jej adres. Wtedy na pewno zobaczysz.
Wierzcie, lub nie, ale spodobał mi się ten ostatni pomysł.
– Okej. Będę czekał.
– Narka.
– Narka.
Nie minęło pięć minut, kiedy znowu usłyszałem dzwonek.
– Słucham.
– Słuchaj. I to uważnie, bo nie będę powtarzał.
– Masz już jej adres?
– Wątpisz?
– Od małego.
– To już możesz przestać. Solna dwa przez piętnaście. Trzecie piętro.
***
Dopisywało mi szczęście. Ktoś zostawił otwarte drzwi do klatki i nie musiałem prosić się o wpuszczenie przez domofon. Z pojedynczą białą różą w dłoni zapukałem do drzwi z naklejoną gustowną piętnastką.
Otworzyła w szlafroku, z fryzurą à la wczesny Jon Bon Jovi. Jej mina naprawdę była warta zachodu.
– Adam?
Duży plus, zapamiętała moje imię.
– Nikt inny. Zrobiłaś chyba błąd w swoim numerze telefonu i musiałem trochę się napocić, zanim cię znalazłem. Ale się udało.
Gdybym napisał, że była zachwycona moim wyczynem, to strasznie bym zełgał.
– Wejdziesz? – zaproponowała, przypuszczalnie z nadzieją, że odmówię.
Nie odmówiłem. Jak mógłbym odmówić sobie tej przyjemności?
Wnętrze okazało się równie poukładane, co fryzura właścicielki.
(Zabawne, że gdy zamieszkaliśmy razem, wymagała ode mnie zachowania absolutnego porządku, wysyłała mnie z odkurzaczem w miejsca, w które nie dotarł jeszcze żaden człowiek; co nie znaczy, że sam miałbym problemy, wręcz przeciwnie: moje mieszkanie, w porównaniu z jej, było sterylne jak sala operacyjna na kardiochirurgii.)
– Napijesz się czegoś?
– A co masz?
– Wszystko, czego mógłbyś sobie zażyczyć.
Nie żartowała. Jej barek to było alkoholowe Eldorado. Wódka, whisky, brandy, gin, rum, koniak, wino we wszystkich kolorach tęczy. Plus piwo w lodówce (jasne, porter, imbirowe).
– Rum z colą.
– Się robi.
Postawiła przede mną dwie butelki i szklankę.
– Nalej sobie, a ja pójdę się trochę ogarnąć.
– Nie musisz, wyglądasz świetnie tak, jak jesteś – rzuciłem komplementem niepierwszej jakości.
Skrzywiła się. Od literatów kobiety jakoś zawsze oczekują komplementów, które sprawią, że zadrży ziemia pod ich stopami, a ich kolana same się ugną i rozchylą.
– Muszę – powiedziała z naciskiem.
Kiedy wróciła, byłem w połowie mojego drinka. Kiedy wróciła, przypomniałem sobie, dlaczego zadałem sobie tyle trudu, by ją odnaleźć.
– Moja śliniąca się z zachwytu gęba powinna wystarczyć za komplement – wysiliłem się na autoironię.
– Urocze – mruknęła, a ja już wiedziałem, że będę się musiał wysilić na dużo więcej.
– Przepraszam. Znasz dowcip o Bogu, mężczyźnie i krwi – to był bardziej stwierdzenie, niż pytanie.
– Możliwe.
– To przed sobą masz naoczny dowód, że niektóre dowcipy mają swoje uzasadnienie.
– Mądrala. A gdzie mnie pan mądrala zabierze?
– Nieee, tak daleko to ja się nie wybieram.
– Nawet metaforycznie?
– Zwłaszcza metaforycznie.
– Okej. To będzie niespodzianka.
– Zgoda. Byleby była przyjemna.
Uśmiechnąłem się uspokajająco. Do siebie.
Jakby tu sprawić niespodziankę kobiecie, która prawdopodobnie widziała i robiła wszystko, i to na wszystkie sposoby, wliczając takie, o których nawet nie słyszałem?
(Drobna uwaga: moja ocena doświadczenia życiowego Weroniki szybko okazała się grubo przesadzona; chodzenie na imprezy, na jakich pojawiają się podrzędni pisarze i trzymanie w domowym barku hektolitrów alkoholu to jeszcze wspinaczka na Mount Everest.)
Postanowiłem zabrać ją do wesołego miasteczka. Wsiedliśmy do mojej wiekowej Corsy (to były stare, dobre, przedziobrowe czasy i kierowcom jadącym po dwóch łykach procentów jeszcze nie ucinali jaj; Corsa parę lat później zmieni się w Astrę, jak tylko moje powieści zaczną lepiej się sprzedawać), w której Weronika szybko poczuła się jak u siebie w domu.
Strzeliłem w dziesiątkę. Kombinacja zakręcających w głowie atrakcji i nadmiaru cukru we krwi (sprzedawcy słodyczy czaili się na każdym kroku) rozmiękczyła moją królową lodu na dobre. Śniadanie zjedliśmy u mnie.
***
Próba numer dwa.
Szekspir nie był już Szekspirem. Nadaremno rozciągał swoją szekspirowatość, aż trzeszczała, z wysiłku oczy wychodziły mu z orbit, pocił się, stękał. Nie był już Szekspirem.
Kim zatem był Szekspir, skoro nie był Szekspirem? Ha, tego sam nie wiedział.
Kurwa, a ja nie wiem, jak takie kretynizmy rodzą się w mojej głowie.
– Wiesz? Nycz chyba z tego ne będże.
– Mówisz?
***
Początki i końce łączą się ze sobą, wąż pożera własny ogon.
Smacznego!
***
Pierwszego i ostatniego poranka Weronika obudziła się w złym humorze, skacowana, zdolna zabić przekrwionym spojrzeniem. I wtedy, i lata później, kiedy Żorżykowe szweje odpalały rakiety prosto w światowy rynek handlu ropą, trząsłem się ze strachu.
Weronika lat dwadzieścia sześć, AD 2003: włosy krótsze, ciemniejsze; figura mocniej zaznaczona; ruchy pewniejsze. Patrzyła na mnie ze słodką (choć spojrzenie gorzkie) świadomością, że jej mała zemsta wkrótce się ziści. Ale zanim otworzyła usta do ataku, zrobiła milion rzeczy, które każdy z nas robi każdego dnia, łóżkomycieubranieśniadaniepracazakupypranie, jednym ciągiem. Ja nie czułem niczego, żadnego rosnącego napięcia, kumulującego się pod jej skórą materiału wybuchowego.
Czasem zastanawiam się, czy gdyby tamtego dnia nie wypiła drugiej kawy, bylibyśmy do dzisiaj razem. Może ta cała żółć przesączyłaby się w inną dziedzinę życia? Zniknęła zupełnie? Skonsumowałby ją ktoś inny, boguduchawinny sprzedawca, parkingowy, uczeń.
Fantasta ze mnie.
***
Jak pali się mosty:
Druga kawa, dwie czubate łyżeczki ciemnobrązowego pyłu, ani grama cukru (nieustanna dieta). Złamany paznokieć. Plama na ulubionych spodniach. Bomby demolujące Bagdad. Stos wypracowań do poprawienia. Mandat za złe parkowanie. Długa kolejka przy kasie. Blade wspomnienie zdrady.
Wybierzcie swój ulubiony powód. Ja osobiście postawiłbym na bomby w Iraku. (A niech cię szlag, Georgie!)
Byłem nieświadomy nadciągającej katastrofy, powiedziałem. Choć wiedziałem o tych wszystkich ziarenkach, które jedno po drugim znalazły się w trybach naszego związku.
Co było ostatnie? Zdaje się, że plama na spodniach.
(Czy gdyby nie zaplamiła tych cholernych spodni…?)
– Adam! – ryknęła.
Stanąłem na baczność. W tle grało CNN (bomby, bomby…) i stereo sąsiada zza ściany. Weronika wzięła naprawdę głęboki oddech, jej piersi zafalowały tak, że miałem ochotę podbiec do niej i zedrzeć z niej ubranie. Powstrzymał mnie jej wzrok.
– Chodź, musimy porozmawiać …

Rozdział 2

ŁBEM W ŚCIANĘ

– …a ja zawsze w cieniu, ja zawsze jako publiczność, patrzeć, słuchać i podziwiać! Wszystkie reflektory na Adama Bergera, geniusza, boga słów, właściciela jedynego w świecie generatora kreatywnej mowy. Lubisz to, przyznaj się, lubisz, jak na ciebie wszyscy patrzą, jak klaszczą, uśmiechają się, komplementują i poklepują po plecach, uwielbiasz być gwoździem programu, chociaż łepek to ty masz niewielki, gwiazdką na szczycie choinki. Nawet nie potrafisz zwyczajnie być z ludźmi, między ludźmi, nie, oni muszą cię otaczać, muszą tworzyć wokół ciebie kółeczko, jak małoletnie fanki jakiegoś zaćpanego piosenkarza. Jaka ja byłam głupia, że dałam się w to wszystko wciągnąć, stać w tym kółeczku…
(Jakoś nigdy żadnych kółeczek nie widziałem. A już na pewno Weroniki ukazującej mi choćby szczątków uwielbienia. Jeśli jakieś pozytywne przymiotniki rzucała w moim kierunku, jej ton był odrobinę sarkastyczny; skutecznie likwidował niebezpieczeństwo wody sodowej tudzież palmy kokosowej. Utrzymywała mnie na dość stabilnym płaskowyżu, że dobrze, ale mogłoby być lepiej.)
***
Znamy się już cały rozdział i fragmencik następnego, więc – przyznając wam poważny kredyt zaufania – przyznam się wam do czegoś: nie wszystkie epizody z mojego życia opisałem (opisuję) dokładnie tak, jak się wydarzyły. Wprowadzam zmiany, wygładzam, robię poprawki. Życie naśladuje sztukę, sztuka naśladuje życie. U mnie następuje fuzja rzeczywistości i fikcji, otrzymujecie egzemplarz beletrystyki faktu, reportaż sponsorowany. Pewne osoby miejsca wypadki wyglądają nieco inaczej, niż to się niektórym zainteresowanym wydawało. Czytając te słowa mogą się zdziwić, zdenerwować, uśmiać, zależnie od punktu widzenia i tego, w którą stronę w danym momencie moja fantazja mnie pociągnęła.
A czego się w ogóle spodziewaliście? Jestem pisarzem, zawodowym ściemniaczem, koloryzatorem rzeczywistości. Z tego żyję, to umiem robić najlepiej. Nic innego mi się nie udaje. W dodatku to jest moja jedyna szansa, żeby przedstawić wydarzenia tak, jak widziałem (albo chciałem widzieć) je ja. Nikt inny nie sprawi mi tej przyjemności. No i jeszcze pozostaje kwestia wyrównywania rachunków, pokazywania wszem i wobec, czyje na wierzchu, kto się śmieje ostatni i z czym nie należy igrać, jeśli nie ma się za sobą brygady strażaków.
Chcecie przykładów, tak? Proszę uprzejmie, pierwszy z brzegu: Weronika tak naprawdę nie nazywa się Weronika. Nazwałem ją tak, bo ona nienawidzi tego imienia. Złośliwiec ze mnie, wiem. Ale Weronika i tak powinna się cieszyć, że nie została, dla przykładu, Konstancją Wybryk.
I jeszcze jedno „ale”: ja subiektywizuję, wygładzam detale, dosypuję przypraw, nie zmyślam. Wszystko, o czym piszę wydarzyło (wydarzy się) naprawdę. Być może osoba siedząca z boku widziałaby to inaczej, przekazała inaczej… Ale osoba stojąca z boku akurat nie zdecydowała się chwycić za pióro i pozostaję wam ja, wasz uniżony narrator.
***
Dżek stanął nade mną z rękami opartymi na biodrach i miną gestapowca.
– Pysz! Na czo czekasz?
Aż znikniesz, dupku.
– Hej, ja to słyszałem! Ne zapomynaj, że szedżę w twojej głowie.
– Nie zapominam – odparłem z krzywym uśmiechem. – Muszę się napić.
– Natchnene z kelyszka, czo?
– Albo się zamkniesz, albo ci coś zrobię.
– Czekawe czo.
– Pamiętasz ten film z Bradem Pittem?
Śmiech, który wydobył się z ust Dżeka zasługuje na miano rechotu.
– Szczelysz sobie w gębe z pystoletu?
Sukinsyn miał rację, nie było absolutnie żadnego sposobu, w jaki mógłbym mu zaszkodzić. A przynajmniej żadnego oczywistego, poza wizytą u specjalisty, oddaniem się w ręce mechanika rozumu (wymiana oleju, filtrów, kostek hamulcowych, które najwyraźniej puściły). Na to jednak nie byłem jeszcze (psychicznie) przygotowany. Martwiłem się o reputację.
– O co? – zapytałaby Weronika.
***
Najbardziej denerwującą rzeczą było to, że Dżek wiedział o mnie absolutnie wszystko. Wyobraźcie sobie, że pęta się za wami szczeniak, który zna najintymniejsze, najwstydliwsze epizody z waszego życia. Powiedzcie, że nie kusiłoby was, żeby gnojkowi przetrącić kręgosłup.
Mnie kusiło strasznie. Ale kręgosłup mojego gnojka nie był niestety do końca materialny.
– Jutro wieczorem jest impreza z okazjy wydana twojej nowej kszążky. Pójdżemy, zarwiesz jakąsz panne i masz mne z głowy.
– Tak po prostu? – jakoś nie mogłem uwierzyć.
– Tak po prostu. Troche sze zabawysz, humor czi wróczy i moja robota zakonczona.
Brzmiało średnio wiarygodnie. Moja potrzeba opróżnienia kilku kieliszków jakby wzrosła. Nalałem sobie szklaneczkę wódki i wyciągnąłem z lodówki butelkę wody mineralnej na zapitkę. Przystąpiłem do metodycznej konsumpcji.
Oczywiście, Dżek kręcił głową z dezaprobatą. Z cichą nadzieją, że od tego kręcenia jego główka odpadnie, w ubraniu, na kanapie przed telewizorem, zasnąłem.
***
Nie cierpię:
Nie cierpię psów, szczekania, psiego gówna na chodnikach, właścicieli psów, którzy nie potrafią sobie wbić do swoich ptasich móżdżków, że kaganiec to nie ozdoba, a smycz nie służy do zawieszania kluczy na szyi. Jak to się stało, że któregoś pięknego wieczora poszliśmy spać w prawie normalnym kraju, a obudziliśmy się w Rzeczpospolitej Psiej? Bulteriery (nie tylko polityczne), pitbule, owczarki biegają po osiedlach, a kiedy uda im się dopaść jakieś dziecko i odgryźć mu głowę, w łzawych wywiadach opowiadają, że Burekazorreksio nigdy na nikogo nawet nie warknął, napewnonapewno ktoś go sprowokował. Pewnie to durne dziecko z odgryzioną głową wyzwało go od kundli, w ten sposób urażając jego dumę, a to wrażliwe psisko, z problemami, chodzi na terapię, jego analityk mówi, że robi szybkie postępy, tylko nie należy go denerwować…
Nie cierpię wzruszających apeli o dofinansowanie schronisk, akcji typu adoptuj psa na lato, grania na poczuciu winy w spotach typu smutny burek wilgotnymi oczami gapi się w obiekty i cichutko skamle.
Ale i: tatusiów, którzy swoim pociechom sprawiają futrzane, poszczekujące prezenty na urodziny, a potem gdy z uroczego futrzaka wyrośnie koślawe bydlę, wywożą je do lasu. Takiego to sam bym wywiózł do lasu i rzucił gołego na mrowisko. Ciekawe, jakie wnioski wyciągnąłby z podobnej wycieczki…
***
Nie wiem, czy zdarzyło się wam być na oficjalnym przyjęciu w towarzystwie niewidzialnego partnera. Pewnie nie. W telegraficzny skrócie więc powiem wam, jak to mniej więcej wygląda.
Przede wszystkim staracie się nie zwracać na swojego fantoma uwagi. Żadnych dłuższych spojrzeń, żadnych gestów, żadnych (broń Boże!) prób komunikacji werbalnej. Już kilka sekund wpatrywania się w powietrze zwraca na was uwagę współimprezowiczów. Dobrze, jeśli się kończy na wypowiedzianych szeptem uwagach na temat ilości etanolu wpompowanego w żyły, gorzej – gdy koś zaczyna sugerować chemikalia nieco twardsze. Następnym przystankiem na skali jest już czyste wariactwo, omamy, halucynacje, psychozy, schizofrenia. Tutaj zaczynacie być omijani szerokim łukiem, co na pewno nie wpływa pozytywnie na dalszy przebieg waszej kariery.
Na szczęście wśród artystów (a zdarza się, że nawet pisarze fantasy do takich bywają zaliczani) próg szaleństwa ustawiony jest znacznie wyżej niż w przypadku takzwanych przeciętnych ludzi. Możemy pozwolić sobie na dużo więcej. Co rzecz jasna nie znaczy, że burzliwa dyskusja z czymś stanowczo zbyt przezroczystym, by być dostrzeżone przez kogoś więcej, nie spowoduje poruszenia. Istnieją pewne granice, których przekroczenie grozi konsekwencjami, z których środowiskowy ostracyzmem wydaje się najłagodniejszą.
Na tej konkretnej imprezie, której honorowym gościem był wasz skromny narrator, Dżek zajmował się wypatrywaniem osobniczek płci żeńskiej bez partnerów, za to z luźnym podejściem do eroetyki. Jego metoda była dosyć prosta: sprawdzał bieliznę, zaglądając do dekoltów i pod spódnice. Jeżeli żadnych śladów bielizny nie odnalazł (a w pobliżu nie kręcił się żaden samiec wymachujący prawem własności), oznaczał pannę jako potencjalny łatwy cel i obficie gestykulował, bym natychmiast się nim zajął.
(Jeśli zastanawiacie się, w jaki sposób wybryk mojego przeciążonego umysłu był w stanie zajrzeć kobiecie pod spódnicę bez mojego fizycznego udziału, to odpowiadam: nie wiem. Może (powtarzam: może) posiadam zdolność do oceniania stanu damskiej bielizny zaledwie patrząc na jej właścicielkę. A może to była zwykła zgadywanka, a Dżek blefował. Grunt, że – jak okazało się później – się nie mylił.)
– Ta, ta, ta! – krzyknął w pewnym momencie, aż skuliłem się ze strachu, że ktoś jeszcze to usłyszy. Nie usłyszał, za to ja skupiłem na sobie uwagę kilkorga przedstawicieli mojego wydawnictwa, którzy uśmiechnęli się z politowaniem i coś do siebie zaczęli szeptać.
Skoncentrowałem się i przekazałem mojemu przyjacielowi komunikat mentalny: jak nie przestaniesz, to skończysz z moim butem w odbycie.
– Ja ne mam odbytu – odparł niezrażony Dżek. – Idż do nej! Jest wolna i chętna!
Wolna i chętna, co?
Stwierdziłem, że nie miałem nic do stracenia i podszedłem do tej wolnej i chętnej. Pierwsza się odezwała ona:
– Czytałam „Zemstę Argiriona” (tytuł mojej piątej powieści; śmiejcie się do woli, nie ja wymyślam tytuły) i bardzo mi się podobała.
Fanka?
– A ne mówyłem, że łatwo pójdże? – wtrącił się Dżek.
Spierdalaj, posłałem mu myśl, nie przestając się uśmiechać do mojej uroczej fanki.
– Okej. Ale jutro szystko mi opowiesz.
Co ci mam opowiadać? (skinienie głowy do fanki; spróbujcie kiedyś rozmawiać z kimś, a jednocześnie uskuteczniać dialog wewnętrzny; zobaczycie, że to nie takie proste) Będziesz wszystko widział!
– Dobrze się czujesz? – zapytała fanka, zaniepokojona moimi minami i dziwną niespójnością w mowie ciała.
– Tak, trochę tylko jestem zmęczony tym wszystkim – odpowiedziałem. – Cieszę się, że ci się podobała. Trochę się bałem przed wydaniem…
– Może szejdżesz do rzeczy? – niecierpliwił się Dżek.
Uciszyłem go gwałtownym zmarszczeniem brwi, które fanka (powinienem chyba zapytać wreszcie o jej imię) przyjęła jako świadectwo mojego fizycznego cierpienia.
– Przyniosę ci drinka – zaproponowała z troską w głosie. – Od razu lepiej się poczujesz.
– Dzięki. Rzeczywiście, napiłbym się czegoś.
– Zaraz wracam. Nie ruszaj się.
– Zaraz wraczam, ne ruszaj szę – powtórzył za nią Dżek. – Jezu, tekst jak z „Esmeraldy”.
Zamkniesz się?, pomyślałem do niego. (A swoją drogą, ciekawa figura stylistyczna.)
– Jużjuż – obiecał. – Będę paczył z oddali.
Fanka wróciła ze śrubokrętem w wysokiej szklance.
– Jesteś moim aniołem – wybaczcie, w końcu rozmawiałem z fanką, a fanki jak wiadomo przełkną każde gówno. Tak stoi w definicji. Sprawdźcie w encyklopedii.
– Przesadzasz.
– Ani trochę. A jak mój anioł ma na imię?
– Iwona.
– Iwona księżniczka śrubokręta.
Zaśmiała się.
– Tak mnie jeszcze nikt nie nazwał.
– Ostro idżesz! – usłyszałem zza siebie. Zignorowałem ten komentarz.
– To… która scena ci się najbardziej podobała w „Zemście Argiriona”?
– Jak Argirion pojedynkował się Nerbumitarem. Nie mogłam w nocy zasnąć potem!
(Jak widzicie, moja inwencja, jeśli chodzi o imiona nie zna granic; Weronika naprawdę powinna się cieszyć, że została zaledwie Weroniką, a nie dla przykładu Chandermenilią z „Kryształu bogów”.)
– Nawet nie pomogło wtulenie się swojego mężczyznę? – postanowiłem wybadać grunt.
– Nie było w kogo się wtulić… – powiedziała, rzucając mi powłóczyste spojrzenie.
– Bingo! – zawołał Dżek i znowu zamilkł.
– Jakoś ciężko mi w to uwierzyć. Taka piękna dziewczyna jak ty musi mieć milion propozycji na minutę…
W tym momencie ktoś zaczął łyżeczką w kieliszek. Odwróciłem się i zobaczyłem Piotra Marka, szefa wydawnictwa „Fantomas”, mojego wydawnictwa, zapraszającego mnie na małe podwyższenie na drugim końcu sali. Zupełnie zapomniałem, że tradycją tych służbowych była krótka mowa dziękczynna głównego jelenia, w tym wypadku moja. Której nie przygotowałem.
– Zapraszamy na scenę – powiedział Marek, były partyjny kacyk, który na początku lat dziewięćdziesiątych odkrył nowe powołanie: promowanie młodych zdolnych autorów SF, horrorów i fantasy. Powołanie było na tyle opłacalne, że jego katowicka firemka rozrosła się do rozmiarów ogólnopolskiego kolosa konkurującego z największymi i połykającego najmniejszych.
Dopiłem mojego drinka i ruszyłem w kierunku sceny.
***
Zgodnie z życzeniem rodziny miałem zostać prawnikiem. Nawet udało mi się zdać egzamin wstępny na Wydział Prawa i Administracji Uniwersytetu Śląskiego i przetrwać pierwszą sesję. Bardziej jednak od kodeksów, ustaw i rozporządzeń zajmowała mnie moja debiutancka powieść. Kiedy reszta kuła do sesji letniej, ja szlifowałem „Kryształ bogów” i gorąco modliłem się, by któryś z nich wziął moje dziełko w opiekę.
Tym bogiem okazał się Piotr Marek.
Za małą fortunę zrobiłem czternaście kopii „Kryształu bogów” i rozesłałem je w czternaście stron Polski, do wydawnictw branżowych, komercyjnych, literackich, niszowych, jak leciało. Niewiele wówczas wiedziałem o rynku. Za to wiedziałem jedno: mój czas na UŚ dobiegał końca i potrzebowałem cholernie dobrego argumentu, żeby nie przenieść się na ulicę. Przyjęcie książki do wydania wyglądało na całkiem niezły.
***
A teraz zapraszam was do mojego domu rodzinnego, poznajcie moich staruszków: kłaniają się Stefan i Alicja Berger (z domu Polańska, ale – uprzedzając pytanie – nie z tych Polańskich). Poznajcie ich bliżej: para znanych w rejonie adwokatów, wziętych, obrośniętych w piórka, poświęcających się swojej pracy bez opamiętania.
(Nigdy nie doszedłem, dlaczego poświęcali się jej aż tak bardzo. Standardowe wyjaśnienia, że to wszystko dla mnie, żeby zapewnić mi godziwy byt, blablabla, włożyłem między baśnie Andersena. Bardziej skłonny byłbym zgadywać, że robili to, żeby zbyt często się nie widywać, nie musieć ze sobą rozmawiać, a raczej pogrążać się w tej krępującej ciszy, jaka nieodmiennie zapadała, kiedy ta dwójka znajdowała się sama w jednym pomieszczeniu.)
W ramach wprowadzania suspensu w tę raczej go pozbawioną historię (moje życie, znaczy się), powiem wam teraz, że jedno z nich niedługo umrze. Stąd ten czas przeszły w poprzednim akapicie.
Ale o tym na razie sza. Wszystko po kolei, jak mawiają pracownicy PKP.
***
Letnią sesję oblałem co do egzaminu, moimi odpowiedziami wprawiając kilku wykładowców w osłupienie. Nastąpiło nerwowe oczekiwanie na reakcje wielkich (i niezbyt wielkich) świata literatury na moją historyjkę. Listy (trzy) przyszły jeden po drugim, jeden po drugim zaczynając się od „Z przykrością zawiadamiamy…”, jak korespondencja z Ministerstwa Obrony Narodowej, informująca o chwalebnej i honorowej śmierci syna adresatów. (Tak je zresztą traktowałem: jak zawiadomienia o śmierci mojego pierwszego dziecka.)
Źródło nadziei, że jeszczejeszcze, stanowiły te wydawnictwa, które milczały.
Zbliżał się wrzesień. Moja desperacja rosła odwrotnie proporcjonalnie do ilości czasu pozostającego do rozpoczęcia kampanii. Zacząłem nawet ukradkiem spoglądać na „Zobowiązania” Czachórskiego i pomarańczowego Radwańskiego, kiedy nagle, w niepozornej kopercie przyszła do mnie zapowiedź nowej kariery.
Komuś spodobał się „Kryształ bogów” (mój tytuł, „Jesień w Dolinie Śmierci”, został zmieniony jako zbyt przygnębiający)! Pozostawało mi tylko przeprowadzić kluczową rozmowę z rodzicami.
Mamo, tato, rzucam studia, będę pisał powieści fantasy. Żeby wypowiedzieć podobne (choć nie do końca identyczne) zdanie, przygotowywałem się z górą dwa tygodnie. Ważne, żebyście wiedzieli, że łatwiej byłoby mi stanąć na środku pokoju i wypalić: Mamo, tato, jestem gejem. Pierwsze pytanie, jakie niechybnie by padło, brzmiałoby: Ale dalej będziesz studiować?
– Chodźcie, coś wam muszę powiedzieć – ryknąłem z salonu. Oni siedzieli w swoich gabinetach, ślęcząc nad pozwamiodwołaniamiwnioskami.
– A nie może to poczekać? Jutro rozpoczynam rozprawę w Częstochowie… – pierwszy odezwał się ojciec.
– A ja wygłaszam mowę końcową w Sosnowcu – dorzuciła matka.
– Nie! Chodźcie! To zajmie tylko chwilę!
Burcząc coś o odpowiedzialności, profesjonalizmie, etyce zawodowej, stawili się, jak podsądni na przesłuchanie. Usiedli na kanapie, metr od siebie, jak mieli w zwyczaju przy tych rzadkich okazjach, kiedy udawało im się na niej usiąść w tym samym czasie.
Wziąłem naprawdę głęboki wdech.
– Ja… – zacząłem niepewnie. – Ja dostałem właśnie wiadomość, że opublikują moją powieść – postanowiłem zacząć od dobrej wiadomości. Gdybym zaczął od tej drugiej, prawdopodobnie nie doszedłbym już do głosu.
– A od kiedy to piszesz powieści? – zainteresowała się matka.
– To jest pierwsza.
– Acha.
– W takim razie, synu, gratulacje – odezwał się ojciec. – Będziesz przynajmniej miał parę złoty na drobne wydatki. Studentom zawsze brakuje pieniędzy. Pamiętam, jak ja i twoja matka studiowaliśmy…
W jednej krótkiej wypowiedzi macie wszystkie elementy stylu, w jakim mój ojciec do mnie przemawia.
– Tylko że ja… – następny głęboki wdech – …nie wracam na studia.
Cisza, jakby ktoś poprzecinał nagle wszystkie kable zasilające ich gardła. Wybałuszyli się na mnie, z trudem łapiąc powietrze. Czekałem.
Czekałem. A gdy poczekałem jeszcze chwilę, stało się dla mnie oczywiste, że nie przyjęli do wiadomości mojej rezygnacji z wstąpienia kiedyśtam do palestry. Oni przygotowywali, każde osobno, mowę oskarżycielską.
I poszło:
– Czy ja nie wiem, ilu młodych ludzi zabiłoby za możliwości, jakie oni mi stwarzają, zabijając się, zdzierając sobie ręce do kości, niedosypiając i niedojadając tylko po to, żeby zapewnić mi spokojny byt, że rzucam im ten wieloletni wysiłek prosto w twarz, kpię sobie w żywe oczy z ich poświęcenia, jestem wyrodnym synem, robię im to na złość, ale jeszcze pożałuję tej decyzji, a wtedy oni powiedzą aniemówiłem/łam, a w ogóle to jeszcze jest czas, nie można takich decyzji podejmować w pośpiechu, lepiej żebym się przygotował do sesji poprawkowej, zdał egzaminy, ewentualnie wziął urlop dziekański, jeśli już naprawdę muszę odpocząć od szkoły, a potem wrócić… itakdalejitakdalej.
Strzelali do mnie na zmianę, jak sztab obrońców jakiegoś vipa w opałach. Ja ciosy przyjmowałem spokojnie, nie próbując zbijać argumentów, racjonalnych, emocjonalnych, prawdziwych, fałszywych, fair i poniżej pasa. Byłem przygotowany na nie wszystkie. I miałem gotowy kontrargument:
– To jest moje życie.
Jak z piosenki Bon Jovi. Albo Dr Albana.
Milczenie, które nastąpiło później, było zupełnie inne: milczenie porażki, kiedy już nie ma sensu szukanie słów.
– Zarobię na siebie, nie przejmujcie się. Za kontrakt dostanę kupę kasy.
Z tą kupą kasy trochę przesadziłem. Marek za „Kryształ bogów” zapłacił tyle, co poniektórym starczyłoby na waciki.
– Stefan… – odezwała się matka. Zawsze używała jego pełnego imienia.
– Alicja… – a on nie pozostawał jej dłużny.
Nie wiem, co miała mu zamiar powiedzieć. W każdym razie zmieniła zdanie i zwróciła się do mnie.
– Rób, jak uważasz.
Dokładnie tak zrobiłem.
***
Z wódką rozgrzewającą żołądek i gasnącą nadzieją, że jakieś interesujące teksty pojawią się ni stąd, ni zowąd w moich ustach, wdrapałem się na podwyższenie.
– Chciałbym – zacząłem, choć wcale nie chciałem – wszystkim gorąco podziękować za przybycie. To naprawdę dużo dla mnie znaczy, że jesteście tu wszyscy. Kiedy pisałem „Zemstę Argiriona”… – pauza na złapanie wątku. Co się działo, kiedy pisałem „Zemstę Argiriona”, oprócz tego że rozpadał się mój związek? – …nie byłem pewny – czego nie byłem pewny? – …czy to dokądkolwiek prowadzi. Zastanawiałem się nawet kilka razy nad wyrzuceniem całości do kosza i zajęcia się czymś bardziej obiecującym. Na szczęście podzieliłem się moimi wątpliwościami z moimi przyjaciółmi z wydawnictwa i otrzymałem niesamowitą ilość wsparcia i bezcennych uwag – cytuję: „za dużo przymiotników”, „wytnij parę opisów, będzie się lepiej czytało”, „więcej pojedynków”, „używaj krótszych wyrazów, nie piszesz dla doktorantów filozofii”. – Właśnie dzięki nim możemy dziś wziąć w ręce tę pięknie ilustrowaną przez Marcina Kozłowskiego książkę. Jeszcze raz dziękuję za wszystko. Mam nadzieję, że to nie jest ostatnie takie spotkanie. Bawcie się dobrze.
Zaklaskali grzecznie, a ja mogłem spokojnie otrzeć pot z czoła. (W stresujących sytuacjach pocę się wręcz potwornie. Po ustnej części egzaminu wstępnego na UŚ wyglądałem jak po biegu przełajowym podczas oberwania chmury.)
– Świetna przemowa – Iwona pospieszyła z komplementami.
– E, tam. Parę ogólników. Nie zdążyłem niczego przygotować i musiałem improwizować.
– Też bym tak chciała umieć.
– Nic trudnego. Trzeba tylko uważać, żeby nie stracić głowy. I tyle. A ty masz na pewno inne talenty…
Wtedy zobaczyłem Weronikę. W pierwszej chwili myślałem, że to mój nadwerężony umysł płatał mi figle. Ale nie. Inni zdawali się reagować na jej obecność. Wykluczywszy zbiorową halucynację, doszedłem do wniosku, że ta suka po prostu przyszła mnie podręczyć.
Nie przyszła jednak sama. Opierała się na ramieniu Jacka „Gwoździa” Gwozdeckiego, kolegi po piórze (moja całkiem prywatna opinia: najgorszego pisarza SF po tej stronie Atlantyku), jakby miała się w każdej chwili przewrócić.
– Coś się stało?
– Nie, nic.
– Stary, twoja była sze szypałętała – poinformował mnie Dżek.
Zauważyłem.
– I czo zrobysz?
Nic.
– Okej, tylko ne mów potem że cze ne oszczegałem.
Won!
Mój wyraz twarzy musiał się zmienić radykalnie, bo Iwona znowu się zaniepokoiła.
– Następnego drinka? – zaproponowała.
– Nie odmówię, mój aniele.
Gdy mój anioł zdobywał mi następnego drinka, zastanawiałem się, czy Weronika zauważyła mnie, czy nie. A jeśli tak, to czy podejdzie się przywitać.
– Tobie to sze chyba mózg do konca zlasował. Szeczeż stałesz na tej sczene i szysczy sze na czebie gapyly. Jakby czie miała ne zauważycz?
Fakt. Taki zewnętrzny półmózg czasem się jednak przydaje.
– Wzięłam krwawą mary, bo coś blado wyglądałeś – powiedziała Iwona i wręczyła mi szklaneczkę.
– Dzięki. Co ja bym bez ciebie zrobił?
– Idą tu! Idą tu! – ostrzegał Dżek.
(I znowu: jak to się stało, że Dżek zauważył zmierzających w moim kierunku, kiedy ja fizycznie byłem odwrócony do nich tyłem? Nie pytajcie, nie pytajcie… Nie chce mi się o tym myśleć. Jako pisarz fantasy z góry odrzucam wszelkie nadnaturalne wyjaśnienia. Może się wierciłem, tylko główna część mojej chwilowo rozszczepionej osobowości tego nie zarejestrowała?)
Przyszli.
– Adam. Świetna mowa. Krótka i treściwa.
– Jacek. Coś ci się przyczepiło do rękawa.
– Bardzo zabawne, kochanie – Weronika wymówiła ostatnie słowo, jak wymówiłby je(wyobrażam sobie) bazyliszek.
– Przy tobie humor zawsze mi dopisuje.
– Uhm – chrząknęła domagająca się uwagi Iwona.
– Ach, gdzie moje maniery? To jest Iwona. Iwona, to jest Jacek.
– Gwozdecki.
– I Weronika.
– Kluska.
(Oczywiście, nazwisko zmyślone. Choć w naszych najlepszych czasach nazywałem ją moją kluseczką…)
– Jacek Gwozdecki? Ten pisarz? Łał! Przeczytałam wszystkie pana książki! – najwyraźniej Iwona była nie tylko moją fanką.
– Proszę, mów mi Jacek.
Weronika ostrzegawczo szarpnęła go za ramię.
– Miło mi było cię poznać.
– Nawzajem.
Z trudem, bo z trudem, ale Weronice udało się ich oderwać od siebie. Zaginęli gdzieś w tłumie popijających i flirtujących na potęgę gości.
– Te, czekawe, czy ona kręczyła z nym czesznej, czy dopiero zaczęła.
Bardzo ciekawe. Umieram z ciekawości.
W rzeczywistości zżerała mnie zazdrość. Postanowiłem działać.
– Może się stąd wymkniemy? Duszno tu, tyle ludzi, nie da się normalnie rozmawiać.
– A gdzie chcesz iść?
– Tu na górze mają bardzo przyjemne pokoje. Moglibyśmy jeden wynająć…
– No, nie wiem…
– Nie pożałujesz. Zobaczysz – prosiłem. W tym momencie byłem gotowy paść na kolana.
Przygryzła dolną wargę, urocza mina, dokładnie rozważając wszystkie za i przeciw.
– Okej – zgodziła się w końcu.
Złapałem wolno stojącą butelkę wina musującego (recesja na rynku wydawniczym postępowała) i dwa kieliszki. Miałem nieodparte wrażenie, że ta moja fanka nie była jeszcze wystarczająco naoliwiona, by pójść na przysłowiową całość. Schowawszy swój łup do kieszeni marynarki (kieliszki) i teczki (wino), wymknąłem się do recepcji, ciągnąc za sobą Iwonę.
***
Na górze, w małym pokoiku z dużym łóżkiem, użyłem wszystkich tekstów, technik i podstępów, jakich nauczyło mnie przedweronikowe doświadczenie. Zdobywałem Iwonę (której opory słabły z każdym kieliszkiem wina musującego) krok po kroku. Nie miała w tej walce żadnych szans.
Iwona była w wieku Weroniki, kiedy się poznaliśmy. Porównania nasuwały się same: pierwsza kobieta po Weronice i Weronika sprzed siedmiu lat. Łydka i łydka, udo i udo, pierś i pierś. Czułem się, jakbym robił to z nimi obiema naraz: z pijaną Iwoną i nieistniejącą już Weroniką.
Wtedy, siedem lat wcześniej, zdawało mi się, że złapałem Pana Boga za nogi, że teraz to napewnonapewno. Ale nie. Nie ma żadnego napewnonapewno. Są tylko krótkie przystanki pomiędzy kolejnymi złudzeniami.
***
Moim złudzeniem było to, że rano, gdy otworzę oczy i zacznę wydawać z siebie skacowane dźwięki, nie będę miał już niewidzialnych przyjaciół. Ani jednego.
Akurat!
Otworzyłem oczy, zacząłem wydawać z siebie skacowane dźwięki, a mój niewidzialny przyjaciel gapił się na mnie bez krztyny zażenowania. Bez krztyny zażenowania również rzucał łakome spojrzenia na leżącą obok Iwonę.
– Chyba jednak szeczenyłem potęgę seksu – powiedział jak gdyby nigdy nic. – Zmiana będże muszała bycz bardżej… systemowa.
Ogarnęła mnie biała furia, jakby żywcem wyciągnięta z jednej z moich powieści.
– A pierdol się! – wrzasnąłem. Ból wewnątrz mojej czaszki pulsował jak światła na wiejskiej dyskotece. – Jeszcze jedno słowo, a tak ci przypierdolę, że wrócisz do krainy przypałów powietrznym ekspresem!
Iwona, zdezorientowana i wystraszona, zerwała się z łóżka.
– Co się dzieje? – zapytała, zbierając swoje ubranie z podłogi. Patrzyła na faceta, który darł się na przeciwległą ścianę.
– I nie rób takiej miny! – Iwona była już poza orbitą moich zainteresowań.
– Jakiej myny/miny? – Dżek i Iwona spytali jednocześnie, różniąc się tylko jedną samogłoską.
– Dobrze wiesz, jakiej!
Ogarnąwszy się w pośpiechu, Iwona wypadła z pokoju. Ten mój wybuch miał jeden pozytywny efekt: nie byłem zmuszony sprzedać panience tekstu o tym, jak było wspaniale i że zadzwonię, blablabla, etcetera. Była szczęśliwa, że udało jej się ujść z życiem.
Ja to potrafię uszczęśliwić kobietę.
– No dobra – Dżek usiadł na skraju łóżka i spuścił głowę. – Ne wypalyło. Ale szynajmiej sze zabawyłesz. Może sze odblokujesz jako pysarz?
– Nie dzisiaj – zawyłem. – Dzisiaj mam wolne.
***
Wolne chyba dobrze mi zrobiło, pomyślałem, patrząc na wydruk pierwszej strony powieści. Napisało się właściwie samo, słowa wskakiwały na odpowiednie miejsca bez poganiania, zdania składały się luźno, bez niepotrzebnych napięć. A nad całością – najważniejsze! – unosiła się mgiełka tajemnicy, suspensu o niemal hitchcockowskim posmaku. Nie zdążyłem dorzucić jeszcze nic paranormalnego, magicznego lub choćby niewytłumaczalnego, ale to dało się z łatwością nadrobić już na stronie numer dwa.
Zadowolony z siebie, przystąpiłem do czytania mojego następnego arcydzieła. Już w połowie na moim czole perlił się pot. Akapit dalej przeklinałem. A ostatnie zdanie skwitowałem bijąc pięścią w biurko.
Napisałem pierwszą stronę „Teorii spisku”.
Krótką chwilę nawet kontemplowałem wypuszczenie plagiatu. Pozmieniałbym imiona, pokręcił fabułę, zmienił miejsce akcji i gotowe: bestseller. Niestety, moje wrodzone poczucie etyki zawodowej (czyżbym był genetycznie obciążony?) nie pozwoliło mi na takie przedsięwzięcie. Kartka wylądowała w koszu, a moja głowa uderzyła o ścianę.
Na kanapie w salonie Dżek oglądał telewizję.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *