KATYŃ Andrzeja Wajdy

Takich filmowych bomb, jaką bez wątpienia jest ostatnia produkcja Andrzeja Wajdy, nie spotyka się w polskiej kinematografii zbyt często. Przygotowania do eksplozji trwały tak długo, że nawet średnio zorientowany konsument kultury w wydaniu masowym miał czas, by przekonać się, że na ten film po prostu pójść wypada.

Ba! Można było wręcz odnieść wrażenie, że jeśli się na niego nie pójdzie, to stanie się coś przerażającego – na przykład bomba urwie nam jakąś kończynę. Rzecz jednak w tym, że czasami bomby po prostu nie wybuchają i taki relikt musi potem bezużytecznie przeleżeć kilkadziesiąt lat zanim ktokolwiek ponownie się nim zainteresuje. I taki właśnie los spotka moim zdaniem ów film…

Nie zamierzam w swojej recenzji dozować napięcia, aby na końcu elokwentnie wyartykułować własną ocenę „Katynia”. Wolałbym, aby czytelnik już na samym początku dowiedział się co o owym dziele sądzę – czyli będzie najpierw ocena, a potem jej uzasadnienie, bo w tym wypadku zabieg odwrotny przyniósłby mylne złudzenie, że skoro recenzent pastwi się nad twórcami filmu, to może chociaż z litości przyzna im ocenę „za dobre chęci”. Nic z tego, moi mili.

Filmowo „Katyń” jest moim zdaniem absolutną artystyczną porażką Andrzeja Wajdy. Patos obecny w tej produkcji wystarczałby na co najmniej kilka niezłych filmów historycznych, a wazelina, która spływa na widza wprost z kinowego ekranu najpierw zaledwie cienką strużką, wraz z rozwojem akcji zamienia się w istny potok, który zalewa zaskoczonego klienta multipleksu. Dotrwanie do końca seansu było niemałym wysiłkiem; powinienem być jednak z siebie dumny, bo końcowa sekwencja jest nie tylko najważniejsza dla całej filmowej akcji, ale także sama w sobie jest artystycznym i realizatorskim majstersztykiem. Właściwie ta kilkuminutowa
końcówka jest istotą „Katynia” i spokojnie można byłoby ją sobie obejrzeć na Youtube i zaoszczędzić tych kilkanaście złotych…

Rozumiem, że o tak bolesnej historii mówić należy z honorem i patosem; rozumiem też osobisty stosunek Wajdy do sprawy katyńskiej. Znacznie trudniej przychodzi mi natomiast zrozumienie samego pomysłu na realizację filmu. Wajda bowiem chciał nam pokazać pewną dychotomiczność sytuacji, w jakiej znaleźli się żołnierze i ich rodziny. Z jednej strony mamy obóz koncentracyjny, a z drugiej okupowane przez obce wojsko miasto. Autorzy skupili się na samej sytuacji rozdzielenia rodziny – sytuacji, której doświadczył przecież na własnej skórze reżyser. Jednak perspektywa, z jakiej Wajda zdecydował się ukazać całą historię jest, mówiąc delikatnie, nienajlepsza. Czekająca na swego męża żona polskiego oficera praktycznie do końca zachowuje wiarę w to, że nie zginął on w lasku katyńskim. Z drugiej strony oficer notujący niemal wszystko, co udało mu się zaobserwować w obozie koncentracyjnym i podczas transportu do Katynia… Sytuacja pełna jest wewnętrznej dramaturgii, jednak autorom filmu udało się osiągnąć niezwykły i z pewnością niezamierzony cel: pozbawili film nie tylko prawdziwych pierwszoplanowych bohaterów, ale także odarli go całkowicie z uczuć. I to podstawowy zarzut, bo historia Katynia właśnie z uczuć powinna się składać.

Po troszę jest to zasługa aktorów, którzy spełniali się jak dotąd przede wszystkim w serialach (Ostaszewska, Żmijewski) albo grywają ostatnio głównie role wodnych nimf (Cielecka). Jedynie Andrzej Chyra trzyma tutaj pewien aktorski poziom, jednak jego postać jest zaledwie drugoplanowa. Takie zgrupowanie znanych i modnych nazwisk w jednym miejscu (w obsadzie jest przecież także Paweł Małaszyński, Danuta Stenka, Maja Komorowska, Krzysztof Kolberger, Krzysztof Globisz, Stanisława Celińska, Jan Englert i Mateusz Damięcki) sprawia wrażenie, że oglądamy kolejny serial napisany przez Ilonę Łepkowską, a nie film o wielkiej polskiej tragedii. Poza tym zgromadzenie ważnych aktorskich osobistości wymusza wprowadzenie do filmu wielu kompletnie niepotrzebnych wątków pobocznych (żeby „gwiazdy” mogły się wykazać), które psują klimat i odrywają widza od głównej narracji. Na przykład historia, w której główną rolę gra Damięcki sprawia wrażenie napisanej na kolanie, jako klasyczna zapchajdziura pojawiająca się tylko po to, żeby film był dłuższy i bardziej poruszający.

Myślę jednak, że nawet gdyby obsada aktorska była inna, to na niewiele by się to zdało: braki dramaturgiczne w scenariuszu postanowiono bowiem zapchać patosem i podniosłą muzyką Pendereckiego, a schematyczne dialogi ubarwić zerżniętą z jakiegoś amerykańskiego filmu wstawką o archetypowym żołnierzu-patriocie albo sceną śpiewania kolędy w obozie koncentracyjnym. Zresztą takich symboliczno-tandetnych chwytów poniżej pasa jest w filmie całe mnóstwo: różaniec ofiarowany Pawłowi Małaszyńskiemu przez Englerta, upuszczony przez dziewczynkę miś, Antygona na deskach teatru, czy zakryty wojskowym płaszczem Chrystus… Taka symbolika nie przystoi moim zdaniem mistrzowi tej klasy, jakim mieni się w Polsce Andrzej Wajda.

Wydaje się, że autorzy chcieli w jednym filmie pokazać zbyt wiele historii naraz. Zabiegiem znacznie bardziej fortunnym wydawałoby się raczej porządne i wyczerpujące opowiedzenie jednej historii – choćby i byłaby to historia z drewnianą Mają Ostaszewską w roli głównej. W filmie Wajdy dokonywane są natomiast zaskakujące skoki czasowe, co prowokuje do zadawania pytań: jak żona Rotmistrza przetrwała tak długi okres pod okupacją? Kto się nią zaopiekował w najtrudniejszych chwilach? Co odpowiadała małej córeczce, kiedy pytała ją o tatę?

Wszystkie te mikrohistorie, z jakich zbudowany jest „Katyń” mają nie tylko niewyczerpane pokłady dramaturgiczne, ale przez ich nagromadzenie i brak logicznych powiązań pomiędzy nimi pozostają zredukowane do poziomu epizodów, które nie są w stanie wywołać u widza jakichkolwiek silniejszych emocji. A bohater filmu patriotycznego nie może być przecież efemeryczny!

Natomiast co do szeroko komentowanej ciszy po zakończeniu projekcji, to wynika ona moim zdaniem z dwóch spraw: jednej bardzo prozaicznej, a drugiej tylko odrobinę mniej. Po pierwsze – napisy końcowe wjeżdżają na ekran przy absolutnym braku ścieżki dźwiękowej, trudno więc się dziwić, że w kinie jest cisza – bo tą ciszę generują przede wszystkim głośniki. Po drugie jednak film ma rzeczywiście bardzo mocne i dosłowne zakończenie, w którym odtworzona zostaje egzekucja polskich oficerów. Przejmujący jest również sam sposób realizacji: w końcowej sekwencji buldożer zasypuje dół z ciałami ofiar, a kamera w niemal dokumentalny sposób rejestruje na pierwszym planie coraz bardziej przysypywany różaniec w zaciśniętej dłoni żołnierza. I tak do ostatecznego ściemnienia. Rzeczywiście piękny, sugestywny i dyskretny pomysł na zamknięcie całej historii…

Owa panująca w kinie cisza jest jednak bardzo sprytną ułudą – psychologiczną sztuczką mającą na celu pożegnanie widza spektaklu jakimś mocnym akcentem. Gdyby cały film trzymał dramaturgiczny poziom końcówki, to recenzenci wszelkich maści i światopoglądowych konotacji pewnie pialiby z zachwytu. Tymczasem mamy tutaj do czynienia z mała katastrofą z happy endem: kiedy widz nerwowo kręci się już w fotelu i przez ciemność kinowej sali próbuje dojrzeć ustawienie wskazówek na zegarku, zostaje nagle mile zaskoczony przez kapitalną sekwencję, która filmu wprawdzie w żaden sposób nie uratuje, ale chociaż w małym stopniu złagodzi przenikliwy ból tylnej części ciała, która przez dwie godziny spoczywała nieruchomo w, wydawałoby się, wygodnym kinowym fotelu.

Cokolwiek jednak o „Katyniu” nie napiszemy, to i tak nic nie przeszkodzi temu dziełu w osiągnięciu szczytu listy najbardziej kasowych i najchętniej oglądanych filmów w tym roku. Takim to już jesteśmy narodem, że potrafimy się zmobilizować w ważnych dziejowo sytuacjach. A potem sobie powiemy, że przecież „chcieliśmy dobrze, a wyszło jak zawsze”.

Następna taka mobilizacja pewnie dopiero przy okazji piłkarskich Mistrzostw Europy w 2008 roku. No, chyba że wcześniej Andrzej Wajda nakręci film o Okrągłym Stole…

Michał Stankiewicz

2 thoughts on “KATYŃ Andrzeja Wajdy

  1. W pełni zgadzam się z autorem recenzji. Kupiłem film jako dodatek do VIVY i… mówiąc oględnie oniemiałem. Tyle było szumu wokół filmu, były nominacje do Oskara… Spodziewałem się czegoś głębszego, Wajda to nie debiutant. Dziwię się, że aktorzy nie zasugerowali reżyserowi swoich przemyśleń. Zastanawiam się czy nie nastąpił czasem zmierzch naszego kina historycznego. Obym się mylił, oby współczesna rzeczywistość nie zaćmiła naszej wrażliwości narodowej. Jeśli najwybitniejsi twórcy będą produkować takie historyczne „knoty” to, co przekażemy następnym pokoleniom???

  2. Szczerze mówiąc przeczytałem wiele recenzji Katynia ale dopiero tutaj muszę zgodzić się ze wszystkim i praktycznie nie mam nic do dodania. Michał wymienił kilka najważniejszych rzeczy:
    -mnogość wątków,
    -gwiazdorstwo w obsadzie,
    -drewniana Ostaszewska
    -mocny finisz, który ostatecznie przekłamuje to jak odbieramy ten film.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *