A propos konferencji…

Konferencje.
Ostatnio coraz częściej dochodził do bolesnego wniosku, że to największe przekleństwo w jego w miarę uporządkowanej i wygodnej egzystencji. Sam również uchodził za personę uporządkowaną i wygodną. Przez co leniwą. I czasami mocno sfrustrowaną. Otaczała go bowiem atmosfera subtelnej zawiści – za to, że był ulubieńcem palatyna, osobiście przez niego wybranym na najbardziej zaszczytne stanowisko w państwie, zaraz po samym palatynie, czyli na stanowisko marszałka dworu. Zawiść w Raju mogła być tylko subtelna – oficjalnie głośno potępiana i starannie tuszowana, a jednak wszechobecna.

Tak więc blichtr i zakłamanie towarzyszyło mu na każdym kroku i choć usilnie próbował, nie potrafił się do tego przyzwyczaić. Był na to zbyt naturalny, w pewien specyficzny sposób szlachetny i wciąż niepozbawiony czarnego poczucia humoru, które chyba najbardziej przeszkadzało napuszonej anielskiej śmietance. Stąd brała się jego frustracja, a gdy palatyn Metatron na dodatek uczynił go ministrem administracji, przekonał się, że posiada jej nieprzebrane pokłady.
Oczywiście pochlebiało mu, że doczekał się tylu zaszczytów, ale z drugiej strony równie mocno doskwierał mu nadmiar obowiązków z powodu sprawowania dwóch funkcji na raz. Zasoby jego wolnego czasu kurczyły się w zastraszającym tempie, a on był przecież osobą rozrywkową, pochłoniętą wieloma osobistymi sprawami, a także żywiącą słuszne przekonanie, że każdemu należy się choć odrobina odpoczynku. Ponieważ zaś posiadał niespotykanie wielki dystans do świata, uważał, że ta odrobina odpoczynku należy się szczególnie jemu. A może nawet nie odrobina, a cały zapas! I jak tu nie zwariować, skoro ta banda świętoszków zazdrościła mu prawdziwej udręki?
Coraz bardziej męczyła go jego obecna sytuacja. Nawet nie miał czasu, by spokojnie zapalić! On! Baron Uriel, przez przyjaciół nazywany Sakuya, marszałek dworu niebiańskiego palatyna, a przy tym nałogowy palacz, nie umiał wygospodarować sobie chwili, żeby w spokoju wypalić papierosa! Skandal!
Pomyślał o tym w samym środku nużącej konferencji, otoczony wianuszkiem najważniejszych dostojników z obu skłóconych krain. Zebranie u Metatrona dotyczyło uregulowania drażliwych stosunków pomiędzy Zoa, potocznie zwanym Piekłem, oraz Emanacją, szerzej znaną jako Raj. Zadanie absolutnie niewykonalne! Zdaniem Uriela również najgłupszy pomysł, na jaki mogli wpaść władcy obu tych państw. Właściwie Metatron odnosił się do tego raczej sceptycznie i to buntownik Lucyfer, król Zoa, naciskał na zorganizowanie spotkania.
Tak oto przez długie, zdające się trwać wieczność godziny Sakuya skręcał się z tęsknoty za papierosem i swoim ciepłym łóżkiem, w którym chciał zakopać się po same uszy i zasnąć snem sprawiedliwego.
Tymczasem uczestniczył w tej farsie, z niesmakiem obserwując, jak Lucyfer wlepia rozmarzony, pożądliwy wzrok w Metatrona, a jego dostojnicy próbują prowadzić coś w rodzaju negocjacji. Mówił tylko hrabia Eblis, wspomagany kąśliwymi uwagami burmistrza stolicy Zoa, markiza Azazela, który pewnie myślał, że jest zabawny. Lucyfer od czasu do czasu kiwał głową, nieumiejętnie udając, że wszystko rozumie i zgadza się z wywodami swoich podwładnych. Uriel podejrzewał, że nawet gdyby Eblis powiedział, że beztrosko oddadzą Zoa w ręce Metatrona, Lucyfer by mu przytaknął. Zwłaszcza że jego marszałek i prawa ręka, Belzebub, uznawany za najniebezpieczniejszego arystokratę w Piekle, pogardliwie i wymownie milczał przez cały czas trwania konferencji.
Swoją drogą, ciekawe dlaczego… Czyżby podzielał odczucia Sakuyi?
„Być może. Kto go tam wie”, pomyślał Uriel, odwracając wzrok na misterne, złote i zielone ornamenty, zdobiące wysoki sufit i część ścian. Sala miała owalny kształt i przeszklony strop w kształcie kopuły. Niezwykle jasne oświetlenie tworzyło znakomitą scenerię dla bogatego wystroju wnętrza i okrągłego, dębowego stołu wokół którego zgromadziło się ośmioro dygnitarzy.
-Panie, szczerze podziwiam twój kunszt wymowy, ale wciąż nie możemy doczekać się konkretów! Po to się chyba tutaj zebraliśmy, czyż nie? – głęboki, męski głos palatyna Metatrona, który tak kontrastował z jego nieporadnym, kobiecym wyglądem, w połowie przerwał kwiecisty wywód Eblisa, właśnie opiewającego cnoty i wręcz niesamowitą zdolność demonów do kompromisu.
Taa. Jasne. Uriel z trudem powstrzymał ziewnięcie.
Kątem okna zerknął na usadowioną obok niego Amitiel. Jej gładkie czoło zdobił srebrny łańcuszek ze szmaragdem. Jeśli była znudzona, nie dała tego po sobie poznać. Siedziała wyprostowana i skupiona, beznamiętnie przyglądając się demońskim gościom. Szczerze podziwiał jej opanowanie i stoicki spokój, z jakim znosiła całą tę błazenadę.
Pani pułkownik zastępowała nieobecnego przywódcę anielskiej armii, Michaela. Uriel z przekąsem stwierdził, że żadna siła nie byłaby w stanie sprowadzić i zatrzymać tutaj przez tyle czasu energicznego, nieokiełznanego generała. Poza tym Michael – czyli Mika – jak ognia unikał swojego starszego brata Lucyfera. Od czasu wojny domowej żywił do niego nieskrywaną niechęć, która graniczyła z najczystszą nienawiścią. Wpadał w szał na samo wspomnienie imienia „Lucyfer”, więc może dobrze się stało, że nie pojawił się osobiście. Porywczy Mika mógłby doprowadzić do niebezpiecznej kłótni. W czasie ostatniej konferencji Sakuya musiał przykuć go kajdankami do krzesła.
-To zależy co, panie, rozumiesz pod pojęciem konkretów… – jakby od niechcenia powiedział Azazel, wymownie zerkając na Lucyfera, a potem na zdegustowanego palatyna.
-Może na przykład jakiś plan pokojowy, drogi panie merze? Żywimy bowiem niekłamaną nadzieję, że skoro posiadacie tyle wspaniałych cnót, które zresztą tak umiejętnie przedstawił nam imć pan hrabia Eblis, stać was również na sformułowanie kilku grzecznościowych słów i przelanie ich na papier! Jeśli nie, życzliwie wypożyczymy wam naszych najzdolniejszych pisarzy z magiem Razjelem na czele! Jestem nawet w stanie teraz z nim o tym porozmawiać! – riposta archanioła Gabriela na chwilę uciszyła mrocznego markiza i wywołała mimowolny uśmiech satysfakcji na ustach Metatrona.
Dyżurny pieniacz Emanacji, w dodatku minister kultury i dobrych obyczajów, to znaczy archanioł Gabriel, siedział po prawej stronie palatyna, nerwowo wystukując o blat rytm jakiejś melodyjki. Uriel miał ochotę połamać mu palce. Drażnił go ten jednostajny rytm, ale jeszcze bardziej sam Gabriel. Minister kultury był właśnie jednym z owych zakłamanych rajskich świętoszków, którzy siali o nim obraźliwe plotki, skrycie czyhając na zdobycie zaszczytnego stołka marszałka dworu.
-Dziękujemy za troskę i dobre chęci, szanowny panie Inkwizycjo! – odparł Eblis tonem uprzejmej konwersacji, choć w jego ciemnoniebieskich oczach tańczyły groźne iskierki – Wątpię, żeby Razjel miał ochotę zawracać sobie nami głowę!
Gabriel natychmiast poczerwieniał. Z powodu jego nadgorliwości w sprawowaniu urzędu i zwalczaniu wszelkich buntowniczych poglądów w Emanacji po cichu nazywano go „Rajską Świętą Inkwizycją”. Do tej pory jednak jeszcze nikt publicznie nie odważył się tak do niego zwrócić.
Uriela bardzo to rozbawiło i zaśmiał się cicho, w swoim zamierzeniu tylko do siebie, ale i tak zgromadzeni dyplomaci, nawet łącznie z grobowo milczącym Belzebubem, zwrócili spojrzenia w jego stronę. Poczuł się zobowiązany do zabrania głosu.
-Owszem, pan Inkwizycja troszczy się o wszystkich i o wszystko! – powiedział jakby specjalnie do Eblisa, bo akurat z nim skrzyżował wzrok.
W odpowiedzi hrabia tylko skinął głową i atmosfera wreszcie uległa niejakiemu rozluźnieniu. Ośmielony tym Sakuya nie przestał dworować sobie z Gabriela.
-A wszyscy i wszystko wiedzą jaki pan Inkwizycja jest zaciekły w swojej troskliwości! Proszę mu zatem wybaczyć tę małą wpadkę! – ciągnął, udając, że nie zauważa wściekłej miny urażonego archanioła.

-Twoja błyskotliwość jak zwykle zwala mnie z nóg! – „Inkwizycja” wpadł mu w słowa, lekko przechylając się w jego stronę nad ramieniem oddzielającej ich Amitiel, jakby mimo tej przeszkody zamierzał go uderzyć. – Ja jednak w przeciwieństwie do ciebie, kochany panie marszałku, nie mam aż tyle wolnego czasu, żeby słuchać tych farmazonów!
-No tak. Pewnie tropisz kolejną herezję – odparł złośliwie Sakuya. –  Swoją drogą, twoja kultura osobista jak zwykle zwala mnie z nóg!
-Ty popieprzony…
-Dość! – Amitiel uderzyła dłonią w stół. – Dłużej tego nie zniosę! Obaj się pogrążacie! I jeszcze przekrzykują się przez moje ramię! – dodała z wyrzutem spoglądając na palatyna, który posadził ją w tak niedogodnym miejscu.
Metatron tylko wzruszył ramionami. Sakuya był przekonany, że pewnie rozśmieszały go ich utarczki słowne, dlatego się nie wtrącał. Nawet palatyn się nudził, skoro zagrywki „Inkwizycji” wydawały mu się zabawne.
Gabriel umilkł i ostentacyjnie skrzyżował ramiona na piersi. Jego jasny, luźny warkocz o żółtym odcieniu żonkili opadł mu na lewe ramię, dodając kokieteryjnego uroku kapryśnej, naburmuszonej twarzy, która z powodzeniem nadawałaby się do ozdoby nawy głównej w jakimś mniej lub bardziej czcigodnym ziemskim kościele.
Amitiel przejęła inicjatywę. Uśmiechnęła się pewnie do zrażonych i wyraźnie już zniecierpliwionych  demońskich gości.
-Mężczyźni. Same z nimi problemy! Lepiej by było, gdybyśmy rozwiązywali nasze problemy w gronie kobiet! – powiedziała żartobliwie, ale w tym momencie zdała sobie sprawę, jaką popełniła niezręczność.
Demony nie akceptowały kobiet w polityce. Co chwila Belzebub na przemian z Azazelem krzywili się na widok kobiety przy konferencyjnym stole i choć żaden z nich jeszcze nic nie powiedział, i tak po ich minach widać było, jak bardzo irytuje ich obecność Amitiel.
Belzebub otworzył usta, jakby chciał ją zbesztać, ale w ostatniej chwili zrezygnował. Uriel pomyślał kąśliwie, że pewnie złożył sobie przysięgę, że nie odezwie się dzisiaj ani jednym słowem. Cóż. Można i tak.
Za to Azazel ironicznie prychnął. Speszona Amitiel zwróciła swoje spojrzenie na rozanielonego Lucyfera. Zaschło jej w gardle.
-Jak powiedział nasz palatyn, czekamy na konkrety! – zwróciła się prosto do króla Zoa, lecz nie doczekała się żadnego odzewu.
Lucyfer podpierał głowę na ręce, bezwstydnie admirując urodę Metatrona. Ten udawał, że tego nie dostrzega, swobodnie popijając wodę z kryształowej szklanki. Skomplikowane złote bransolety palatyna brzęczały przy każdym ruchu jego dłoni.
W powietrzu zawisło kłopotliwe milczenie.
W końcu przerwał je kpiący komentarz Azazela:
-No to macie swoje konkrety!
-To wy nalegaliście na to spotkanie! Podobnie jak i na wcześniejsze – Metatron wreszcie włączył się do dyskusji, mierząc bezczelnego mera miażdżącym wzrokiem. –  Zobowiązaliśmy się przygotować salę konferencyjną. Jak dotąd spotkaliśmy się już pięć razy i wciąż nic z tego nie wyniknęło!
-My jesteśmy zaledwie bezwolnymi narzędziami w rękach naszego króla i pana! – odpowiedział udawanym, zbolałym głosem Azazel i bezradnie rozłożył ręce. – Proszę cię drogi palatynie, oszczędź nas i bezpośrednio spytaj Lucyfera! Może ciebie usłyszy… – ostatnie zdanie wypowiedział półgłosem, niby do siebie.
Eblis zakrył dłonią usta, pewnie żeby zamaskować uśmiech. Usadowiony obok niego Belzebub przypominał gradową chmurę, za której przyczyną zaraz rozpęta się burza.
-Lucyferze, słuchamy – rzekł chłodno palatyn, spokojnie spoglądając w bursztynowe oczy króla Zoa.
Ten ocknął się, jakby z długiego snu, uśmiechnął marzycielsko i odparł:
-Swoją urodą przyćmiewasz gwiazdy!
Nim ktokolwiek zdążył zareagować, szurnęło krzesło Belzebuba. Marszałek Zoa obrzucił zebranych mrożącym krew w żyłach spojrzeniem i oznajmił:
-Proponuję chwilowe zawieszenie rozmów!
Następnie nie zważając na ogólną konsternację odwrócił się w stronę wyjścia z sali.
Nikt go nie zatrzymał.

***

Uriel

Głęboko zaciągnął się papierosem.
Znajdował się na jednym z balkonów palatyńskiego pałacu. Dzięki ogłoszeniu przerwy w obradach wreszcie doczekał się upragnionego relaksu.
Przypomniał sobie, jak Belzebub po prostu wstał i z kamienną twarzą zaproponował chwilowe zawieszenie rozmów. I to w tak kłopotliwym dla obu stron momencie! Po raz kolejny z rzędu Sakuya przyznał, że ten napuszony skurwiel z Zoa, jak mieli go w zwyczaju nazywać niektórzy anielscy dostojnicy, ma tupet. Oczywiście nie zmieniało to faktu, że był napuszonym skurwielem – z tym akurat się zgadzał. Poza tym nie lubił przebywać w jego towarzystwie. Może z powodu jednego pojedynku, który wydarzył się wieki temu, a jego na samo wspomnienie wciąż przeszywał niepokojący dreszcz? A może z powodu odpychającej aury Belzebuba i jego chłodnego, pogardliwego usposobienia, nie zjednującego mu przyjaciół, a wręcz przysparzającego wrogów?
Swego czasu Uriel miał nawet szczery dylemat, bo nie wiedział, do której z tych dwóch grup się zalicza. Na pewno nie był przyjacielem Belzebuba, ale choć znajdowali się po przeciwnych stronach barykady i nawet kiedyś został przez niego pokonany w pojedynku, nie uważał się też za jego wroga…
Dziwna sprawa.
Sakuya mimowolnie wzruszył ramionami. „Też sobie problem znalazłem!”
Wypuścił dym, obserwując jego smużkę rozpuszczającą się w powietrzu. Na dworze panował miły, orzeźwiający chłód. Już dawno zrobiło się ciemno i panorama Empireum, stolicy Emanacji, utonęła w ciemności, rozświetlanej jedynie przez pojedyncze światła. Świadczyły o tym, że jeszcze nie wszyscy położyli się spać. Nie zanosiło się też, żeby Uriel miał szybko dołączyć do lwiej części mieszkańców Empireum, którzy już słodko drzemali w swoich łożach, uśpieni złudną iluzją bezpieczeństwa i spełnienia swoich codziennych obowiązków.
Obowiązki.
Niech je szlag trafi!
Teraz liczyło się tylko jego zaciszne miejsce na balkonie. Jego paczka fajek. Jego samotność… Przymknął oczy, opierając łokcie o barierkę. Westchnął z zadowoleniem, ale zaraz znowu się nachmurzył. Miał bowiem niejasne przeczucie, że czeka go długo odwlekane starcie z Belzebubem. Podczas obrad parę razy odnosił wrażenie, że marszałek Zoa z irytującą uwagą wpatruje się w niego spod tej swojej przydługiej grzywki, jakby Sakuya stanowił dla niego jedyną interesującą rozrywkę. Jednak śmiał wątpić, żeby Belzebub miał zadać sobie aż tyle trudu, by go odnaleźć na balkonie. Niby jednak wątpił, ale nawiedzały go zupełnie odwrotne uczucia. Był za to na siebie zły.
Minęło już dobre dwadzieścia minut i nikt go nie niepokoił. To w sumie dobrze… Z jednej strony. Wyrzucił niedopałek za balustradę i odwrócił się w stronę drzwi do środka. Zamarł w pół ruchu, nie umiejąc zapanować nad mięśniami twarzy, więc odmalowało się na niej ogromne zdumienie. Przed nim stał Belzebub, okryty długą, granatową peleryną do samej ziemi, sponad której wystawało tylko koronkowe wykończenie stójki od koszuli. Trzymał prawą dłoń opartą na biodrze, odrzucając połę peleryny do tyłu. Dzięki temu odsłaniał fragment czarno-złotego surduta oraz ciemnoniebieskich spodni, ozdobionych czarnym pasem z pozłacaną klamrą. Były wpuszczone w cholewki długich, czarnych butów, również z pozłacanymi klamrami.
Jego oblicze nie wyrażało nic, a ciemnobrązowe oczy tajemniczo świdrowały go spod zasłony grzywki.
-Jak długo tutaj stoisz? – wymamrotał skonsternowany Sakuya; nie razie nie było go stać na nic bardziej elokwentnego.
-Wystarczająco długo – na wydatnych ustach Belzebuba pojawił się nieznaczny cień uśmiechu, w końcu rozkruszając zastygłą na jego twarzy maskę obojętności.
Uriel wypuścił powietrze, bo z zażenowaniem zauważył, że do tej pory je wstrzymywał. Tak. Tylko spokojnie. Nie pozwoli wyprowadzić się z równowagi. Co to, to nie! No, naprawdę ten napuszony skurwiel ma tupet!
Oparł się plecami o barierkę i skrzyżował nogi w kostkach, a kciuki zatknął za szlufki swoich sztruksowych spodni.
-Co tu robisz? Oprócz tego, że szpiegowanie to twoje hobby? – zapytał nieco bardziej ośmielony.
I na niego Belzebub działał stresująco, chociaż nigdy by się do tego nie przyznał.
-Bawi mnie twój niewyparzony język… – odparł marszałek Zoa, nadal nie spuszczając z niego oczu.
Powiedział to tonem wskazującym na pewne perwersyjne drugie dno jego wypowiedzi i Uriel uniósł brew w geście szyderczego zaintrygowania.
-A może powinieneś przyznać, że raczej cię kręci, a nie bawi… – podjął wyzwanie nie okazując zażenowania i sięgnął po następnego papierosa.
-Kręci? – uśmiech znacznie się poszerzył; Uriel nigdy wcześniej nie widział, żeby marszałek Zoa tak wylewnie się uśmiechał. – Cóż za absurdalny kolokwializm, mój drogi. Brzmi obraźliwie w twoich ustach…
Sakuya parsknął mimowolnym śmieszkiem.
-Wiesz co? A mnie bawi twoja gra pozorów. Wspomniałeś już coś o języku, teraz o ustach, aż normalnie czekam na propozycję seksu! Tylko jak ją przedstawisz? W jakim dwuznacznym zdaniu?
Belzebub obdarzył go kolejnym zdawkowym uśmiechem. Najwidoczniej spodobała mu się ta zabawa w szczerość. Niespiesznie wyciągnął z kieszeni srebrną papierośnicę z wygrawerowanym symbolem smoka i wybrał sobie długiego, karbowanego papierosa. Uriel przyglądał się, jak go przypala, a potem zaciąga się dymem. Demony same wyrabiały sobie papierosy z korzeni wysokich traw, porastających w lecie ziemie Tharmas, najmroźniejszej prowincji Piekła. Archanioł słyszał też, że w Tharmas wynaleziono również powalająco mocne demońskie wódki o ostrym, specyficznym smaku. Z przekąsem uważniej przyjrzał się Belzebubowi, który oprócz sprawowania funkcji marszałka na dworze Lucyfera był właśnie margrabią Tharmas. Speszył się jednak, bo Bell powrócił do niego spojrzeniem, wnikliwie szacując go wzrokiem.
Marszałek Emanacji, w swoich ciemnych, sztruksowych spodniach i rozchełstanej szarej koszuli z czarnym nadrukiem na ramieniu, wyglądał przy nim jak prostak – ale jak bardzo uroczy, oryginalny prostak. Bell go za to lubił. I tak. Przez cały dzisiejszy wieczór myślał o seksie. Durny Lucyfer doprowadzał go do szału, Eblis zanudzał na śmierć, Azazel niezmiennie napawał odrazą, a delegacja anielska wszystkimi tymi uczuciami na raz. Nienawidził Raju, nienawidził aniołów i nienawidził tego nieporadnego lalusia – palatyna Metatrona, do którego Lucyfer wzdychał każdej bezsennej nocy i właśnie za sprawą jego nieodwzajemnionej żądzy on, najbardziej zasłużony arystokrata w Piekle, musiał siedzieć tyle godzin, uczestnicząc w beznadziejnym spotkaniu! Właściwie tylko dzięki myśleniu o seksie nie trzasnął Lucyfera w twarz i nie kazał mu się stąd wreszcie zabierać, co zapewne skończyłoby się dla niego tragicznie. Nie mógł sobie pozwolić na publiczne obrażanie swojego króla, chociaż czasami brała go na to przemożna ochota… Żeby ją zniwelować, myślał o seksie. To mu zawsze pomagało.
Akurat tym razem obrał sobie na cel ministra i marszałka Uriela, jedynego anioła, którego darzył uczuciem bardziej skomplikowanym niż zwykła pogarda. To było coś więcej. Coś zakrawającego o szacunek i żywe zainteresowanie. Coś pozytywnego. Albo po prostu coś, co mogło zakończyć się udanym seksem. Belzebubowi w zupełności to wystarczało.
-Dwuznaczne zdanie… – zripostował całkiem poważnie. – A co powiesz na: „Pójdziesz teraz ze mną do łóżka, Urielu”?
Anioł roześmiał się, szczerze rozbawiony. Był brunetem o oliwkowozielonych oczach i ujmującym, nieco ironicznym uśmiechu, obdarzonym regularnymi, trochę kobiecymi rysami twarzy. Przyciągał spojrzenie charyzmatycznym sposobem bycia i niewątpliwą urodą. Mimo wszystko Bell chciał, żeby traktował go poważnie…
-Potrafisz zaskoczyć, wiesz? Nie spodziewałem się, że masz takie poczucie humoru! –  powiedział Sakuya, odrzucając włosy do tyłu; sięgały mu do końca karku i były naturalnie proste, tak samo, jak jego własne. – Hmm… – zająknął się, zmieszany nie opuszczającym go nawet na chwilę uporczywym spojrzeniem swojego rozmówcy; a najgorsze, że nie wiedział, co ono mogło oznaczać. – Hrabia Eblis jest dzisiaj niezwykle kompetentny… – dodał więc banalnie.
Belzebub był rozczarowany, ale nie dał tego po sobie poznać.
-Skąd możesz to wiedzieć, skoro nawet go nie słuchałeś? – odparł z przekąsem. – Ale znając mojego kochanego Eblisa, na pewno solidnie się przygotował.
-Widzę, że pozostajesz na bardzo przyjacielskiej stopie z panem hrabią – zauważył Uriel, uśmiechając się szyderczo.
-Czy to zazdrość?
-Chciałbyś, co?
-Może.
-Urocze.
Archanioł znowu wszystko zbył śmiechem. Bell chwycił się więc ostatniego sposobu:
-Czy wciąż dokucza ci rana, którą ci kiedyś zadałem?
Śmiech ugrzązł Urielowi w gardle. Obrzucił Belzebuba spłoszonym, wściekłym spojrzeniem. Mógł się spodziewać, że demon w końcu wywlecze ten temat, ale rozbawienie, które wzbudziła w nim ich szalona konwersacja, uśpiło jego czujność.
Oczy marszałka Zoa powędrowały na jego pierś, odnajdując miejsce, w którym podczas wojny o Raj wbił swój miecz, tworząc bliznę w kształcie nieforemnej gwiazdy.
-O co ci tak naprawdę chodzi? – Uriel odpowiedział pytaniem, a po jego wcześniejszym wyluzowaniu nie pozostało nawet śladu.
Bell obojętnie wzruszył ramionami.
-Cały czas gram z tobą w otwarte karty. Nie zauważyłeś?
Wydmuchnął dym, ponownie wpatrując się w twarz anioła.
-A tak na marginesie, czyżby została ci blizna?
Sakuya pogardliwie milczał, zaciskając usta.
-Została! – stwierdził więc Belzebub, uśmiechając się na pozór obojętnie; anioł dostrzegał bowiem w tym uśmiechu ironię.
Patrzył więc z bezsilną złością. Przy okazji odnotował frustrujący fakt, że ten piekielny arystokrata, nawet tak paskudnie się uśmiechając, nie przestaje hipnotyzować swoją niezaprzeczalną urodą. Był rudy, jak zdecydowana większość mieszkańców Zoa, a dodatkowo barwa jego prostych włosów wpadała w odcień rubinu, idealnie kontrastując z ciemnym kolorem oczu i bladą cerą.
-No i co z tego? – Uriel zaczynał tracić cierpliwość. – Mam powiedzieć, że mi o tobie przypomina?
-A przypomina?
Już otwierał usta, żeby go zbesztać, ale w ostatniej chwili zmienił taktykę.
-Czasami – odparł. – I wtedy mam ochotę cię wypatroszyć!
Bell niespiesznie zgasił papierosa i podszedł do niego, zamiatając peleryną. Uriel chciał się cofnąć, lecz natrafił tylko na solidną zaporę w postaci barierki. Demon wyciągnął rękę i złapał go za koszulę. Tak gwałtownie ją szarpnął, że Sakuya nie zauważył, w którym momencie odpadły guziki, a Belzebub odchylił poły. Poczuł dotyk jego ust na swojej bliźnie. Ten dotyk przerodził się w pocałunek. Pocałunek w następny pocałunek i tak zamknęło się błędne koło. Z początku impulsywnie próbował go odepchnąć, ale bez skutku. W końcu Belzebub odsunął się sam. Lecz nie na zbyt dużą odległość. Właściwie Uriel znajdował się od niego o kilka milimetrów. Bell patrzył mu prosto w oczy z ledwo skrywaną żądzą.
-No i co? – zapytał anioł, sam zdając sobie sprawę, że zabrzmiało to wyjątkowo głupio.
-Teraz będziesz miał lepsze wspomnienia – frywolnie wyjaśnił demon, pochylając się w stronę jego ust.
-Wiedziałem, że cię tutaj znajdę…
Obaj zamarli, jak przyłapani na gorącym uczynku na dźwięk głosu hrabiego Eblisa.
-Panie marszałku, Lucyfer wzywa cię na salę! – dodał hrabia z doskonale słyszalną ironią w głosie.
Belzebub ostatni raz spojrzał w oczy Uriela i nie okazując, jak bardzo jest wściekły, spokojnie puścił jego koszulę. Następnie zwrócił się w stronę Eblisa. Demonstracyjnie otrzepał pelerynę, obdarzając przy tym hrabiego miażdżącym, złowrogim spojrzeniem. Eblis tylko przewrócił oczami, najwyraźniej bardzo rozbawiony tą sytuacją, ale również bardzo z siebie zadowolony.
„Przeklęty Eblis! Jak zwykle ma wyczucie, kiedy się pojawić i kompletnie mnie pogrążyć! Przeklęty nieudacznik Lucyfer, który samodzielnie, bez mojej obecności, nie umie zrobić ani jednego kroku! Przeklęte anioły! Przeklęty Raj! Cholera jasna!”
-Do zobaczenia, Urielu… – pożegnał się jednak niewzruszenie, skinąwszy głową w stronę próbującego poradzić sobie z konsternacją archanioła. – A może zechcesz nam towarzyszyć? – spróbował jeszcze raz, lecz Sakuya po prostu pokręcił głową.
-Nie, dziękuję – odparł, odzyskując kontrolę nad sobą. – Wypalę kolejnego papierosa i za chwilę sam wrócę na salę.
-Jak chcesz.
Czyli jednak Uriel wymknął mu się z rąk. Dosłownie i w przenośni…
Cóż. Nawet Belzebub miewał pecha. Ostatecznie się odwrócił i odszedł w towarzystwie Eblisa.

***

Sakuya przez chwilę stał bez ruchu, przyglądając się swojej zniszczonej koszuli. Nie wiedział, co to wszystko miało znaczyć. Przerażała go myśl, że gdyby Eblis się nie pojawił, rzeczywiście wylądowałby w swojej upragnionej sypialni, ale nie sam, tylko w towarzystwie…
Na samą wizję takiego zdarzenia przeszedł go przyjemny dreszcz, który po sekundzie zamienił się w dreszcz przestrachu. Co też strzeliło mu do głowy? Przecież to ten „napuszony skurwiel”, marszałek Zoa – Belzebub! Zdał sobie sprawę, że w tej sytuacji nie może ot, tak wrócić na konferencję. Postanowił zwyczajnie uciec. Najpierw zmieni koszulę, a potem uda się gdzieś, gdzie nikt go nie znajdzie. Tylko gdzie? No pewnie! Przecież to oczywiste! Zejdzie na Ziemię i jakoś to przeczeka. Później będzie się martwił niezadowoleniem Metatrona.
„I to by było na tyle à propos tej konferencji”, pomyślał z przekąsem.

Tekst: Magdalena Pioruńska

Ilustracja:Julita Mastlalerz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *