Sakuya


Już od kilku dobrych godzin za oknem szalała śnieżyca, lecz choć całą siłą napierała w jej pędzący samochód, nie potrafiła go zdmuchnąć, ani nawet zatrzymać… Cały świat tonął w białym puchu, który niestrudzenie sypał się z nieba, jakby Bóg spuścił pierze ze swojej poduszki, z niemym zachwytem przyglądając się wirującym piórom.

by Pangea Cyntia włączyła wycieraczki. Niewiele to jednak dało, bo widok coraz bardziej się rozmazywał i to nie tylko z powodu śnieżycy. Co chwila wycierała łzy wściekłości, które wciąż uparcie napływały do oczu. Przyspieszone bicie jej serca mieszało się ze złowrogim wyciem wiatru na zewnątrz. Jeszcze jakieś 15 minut temu była najbardziej zadowoloną ze swojego życia kobietą na świecie… 15 minut dzieliło ją od utraconego szczęścia, a ona odnosiła wrażenie, że minęła już cała wieczność! Właśnie 15 minut temu niespodziewanie wróciła do domu, prosto z wystawy swoich obrazów. Była organizowana na drugim końcu kraju i musiała przebyć bardzo długą drogę powrotną. Nie zawahała się jechać w tak okropną pogodę, gdyż już stęskniła się za mężem. Frustrował ją fakt, że pięć dni po ślubie przerwano jej sielankowy żywot u boku ukochanego tylko po to, żeby udała się na promocję swojej wystawy. Jakby nie mogli wymyślić sobie lepszego terminu! Kiedy wreszcie udało jej się jakoś z tego wykręcić, wsiadła w swojego błękitnego Opla i bez zastanowienia pomknęła do domu. Bo i w końcu nad czym miała się zastanawiać? Wracała do męża, uprawiać seks i kropka. Miała do tego święte prawo. Tym bardziej, wchodząc do własnej sypialni, nie spodziewała się, że zastanie ukochanego w objęciach innej kobiety… Ale żeby tylko INNEJ- z pokroju tych „innych”, pustych idiotek o anonimowej, słodziutkiej twarzyczce… Nie, nie miała tak łatwo! Charles zdradził ją z Dominice – jej własną siostrą! Dokładnie pamiętała ich miny. Wyglądali jak para kochanków z greckiej tragedii Sofoklesa, splecieni w ciasnym uścisku, który zarazem ich łączył i na zawsze dzielił… Wrażenia dopełniał wystrój sypialni – ciemny, stonowany fiolet ścian, obrazy Klimta i mnóstwo chińskich, różnobarwnych wachlarzy, które Charles nienawidził, a ona wręcz uwielbiała… Kochana, młodsza siostrzyczka wpatrywała się w nią niewinnym lazurem swoich oczu, pewnie nie rozumiejąc, co się właśnie wydarzyło. Chyba nawet nie miała jej tego za złe. Dominice nigdy nie grzeszyła inteligencją. Jedyne, co umiała, to pięknie wyglądać i bez skrupułów wykorzystywać wdzięki swojego nastoletniego ciała. Jej ujmujące, ufne spojrzenie dużych, błękitnych oczu i imponująco długie, brązowe włosy, tak głęboko zapadały w pamięć, jak nóż w piersi. Najwidoczniej, tak samo zapadły w pamięć Charlesowi, bo nie był w stanie podnieść się na widok własnej żony, ani chociaż wykrztusić jednego słowa! Tylko wyciągnął przed siebie rękę, jakby tym żałosnym gestem mógł ją zatrzymać, zmienić to, czego już nie dało się zmienić, naprawić to, czego już nie dało się naprawić… Och, Boże! Dlaczego w ogóle go kochała?! Dlaczego?! Dlaczego tego wyrachowanego drania, który zaciągnął do łóżka durną nastolatkę pięć dni po własnym ślubie?! Dla niej to był definitywny koniec! Nie mogła otrzymać bardziej bolesnego ciosu w plecy. Po prostu wybiegła z domu i ruszyła w kolejną podróż. Teraz jednak nie wiedziała, w jakim celu i gdzie. Mknęła przed siebie, sama niezbyt pewna, czy bardziej załamana, czy wściekła… Nie miała też w sobie ani trochę determinacji, żeby to rozstrzygać.
A pogoda była tak beznadziejna, jak jej nastrój. Czuła się, jakby sama była taką bezsilną, choć groźną śnieżycą…
W dodatku przednia szyba prawie zupełnie zamarzła, bo zapomniała o włączeniu ogrzewania. Prowadziła więc na wyczucie. Droga przecinała las i już od pewnego czasu, z obu stron otaczały ją gęste ściany drzew. Na szczęście śnieg zaczął słabiej padać, dzięki czemu uzyskała jakąś widoczność. Zachęciło ją to do znacznego zwiększenia prędkości i z okrutną satysfakcją wcisnęła pedał gazu. Może to będzie jej ostatnia podróż?
Nagle wytrzeszczyła oczy i automatycznie zahamowała, aż koła Opla zaryły w śniegu. Tuż przed maską samochodu niespodziewanie wyrosła sylwetka człowieka. Rozległ się głuchy odgłos mocnego zderzenia Opla z ludzkim ciałem. Szarpnęło nią do przodu, jak bezwolną lalką. Poduszka powietrzna zdążyła otworzyć się na czas…

***

Mijały kolejne minuty, a malarka wciąż siedziała bez ruchu. Całe życie przelatywało jej przed oczami. No, to się doigrała! Charles ją zdradził, a teraz właśnie kogoś zabiła! Gdyby tylko nie ruszała się z domu na żadną pieprzoną wystawę! Ciężko oddychała, nie mogąc uspokoić rytmu serca. Tysiące fatalnych myśli krążyło jej po głowie, ale kiedy zdobywała się na wysiłek, żeby którąś z nich sprecyzować, wszystko na nowo zlewało się w bezwładny chaos. Chciała krzyczeć z rozpaczy, wygarnąć Bogu, że tak ją pięknie urządził! W jeden dzień przewrócił cały jej świat do góry nogami. Straciła swoją cichą przystań, miłość, stabilizację, a nawet skasowała samochód i przy okazji skróciła czyjś żywot! Ale co to w ogóle za pomysły spacerować po lesie w taką pogodę? Złość wywołana tą myślą mijała, gdy patrzyła przed siebie. Strach ściskał jej serce na widok opryskanej krwią przedniej szyby. Intensywna czerwień wyglądała groteskowo na tle białego szronu, który przylgnął do szkła. Nie wiedziała, co począć. Uciekać? Zostawić go? A jeśli jeszcze żyje? A jeśli… to nie był człowiek, tylko jakieś zwierzę? Nie, nie! Przecież dokładnie widziała szczupłą sylwetkę, jednoznacznie przypominającą człowieka! Zacisnęła palce na skroni. „Nie jestem tchórzem! Nie jestem Charlesem! Jestem silna, twarda i trudna w pożyciu, jak to on sam kiedyś stwierdził, a tacy ludzie nie uciekają przed odpowiedzialnością! Nigdy!”- pomyślała, ku pokrzepieniu, lecz nadal nie była zdolna cokolwiek zrobić… Głęboko odetchnęła, policzyła do dziesięciu i otworzyła drzwi. Od razu przeszył ją przejmujący chłód. Ostrożnie wysiadła z samochodu, zasłaniając twarz przed tnącym śniegiem. Rozejrzała się dookoła, na tyle, na ile pozwalał jej napierający na nią śnieg. Znajdowała się na pobocznej drodze w samym środku lasu. Nikt nie zatroszczył się o jej oczyszczenie z lodu i dużej warstwy śniegu. Cyntia uznała to za cud, że zdołała przebyć tak dużą odległość w naprawdę fatalnych warunkach. Wreszcie około metra od Opla dostrzegła jakiś ciemny kształt. Z trudem przełknęła ślinę i ruszyła w jego kierunku. Tak, to był człowiek. Leżał bezwładnie na poboczu, na swoje szczęście – ubrany prawie całkowicie na czarno, bo dzięki temu odróżniał się na tle białego krajobrazu. Przystanęła tuż obok jego ramienia, odnosząc dziwne wrażenie, że nadepnęła na coś miękkiego i zarazem kruchego. Usłyszała podejrzany dźwięk, jakby łamanej kości. Spojrzała pod stopy, lecz nic nie zauważyła.
– Auuuuuuu!- niespodziewanie wrzasnął ranny.
Cyntia aż podskoczyła ze strachu na dźwięk jego głosu. Naprawdę sądziła, że go zabiła!
– Ty idiotko!- tymczasem krzyczał całkiem przytomnie, bezczelnie spoglądając jej w twarz, paląco zielonymi oczami- Stoisz mi na skrzydle!
– Co?! – wykrztusiła, tak zdumiona, że nie było jej stać na nic bardziej elokwentnego.
– Odsuń się! Głucha jakaś, czy co?! Nie umiem się jaśniej wyrazić, aczkolwiek wydaje mi się, że jaśniej już, kurwa, nie można!!! – ton jego głosu stał się jednoznacznie wredny, wprost prowokując ją do sprzeczki.
– Słuchaj no, cholerny pomyleńcu! Nie wiem o co ci chodzi, ale trzeba być nieźle pojebanym, żeby pchać się pod koła samochodu, w dodatku w środku lasu! – odparowała, nie zważając już nawet na to, że odgrywała się na niewinnym człowieku, którego przez nieuwagę o mały włos nie zabiła.
– Cóż, jak również trzeba być nieźle pojebanym, żeby jechać boczną drogą przez las w pogodę, podczas której przykładne małżonki raczej zaspokajają swoich bardziej lub mniej przykładnych małżonków, przyczyniając się do przedłużenia waszego durnego gatunku! – zaśmiał się głośno i perliście, ale jego wesołość nie miała w sobie ani jednej serdecznej nutki; pobrzmiewała w niej satysfakcja i dobrze wymierzona ironia.
Krew uderzyła jej do głowy. Dlaczego ten cholerny czub wygadywał takie rzeczy?! Przecież nie mogli się wcześniej znać! W tej chwili zwątpiła, czy wszystko było z nią w porządku. Może ten wypadek jakoś wpłynął na jej umysł?
– Śmiem twierdzić, że już przed wypadkiem byłaś nieźle zryta, więc to nie jego wina… – powiedział, wciąż roześmiany. – A teraz proszę cię, naprawdę zejdź z mojego skrzydła! To kurewsko boli!
Co, do cholery?! Czytał jej w myślach?! Mimowolnie cofnęła się do tyłu, wpatrując się w niego ze wzrastającą konsternacją. Odetchnął z ulgą i uniósł się na łokciach.
– Ach, ci ludzie! – pokiwał głową, jakby sam się sobie dziwił- Ale nie przejmuj się. Ja was akurat lubię. Macie teatry, wódkę, papierosy, seksowne kobiety i… to cudowne przekonanie, że koniecznie musi istnieć jakiś cel w waszym życiu, który chcecie zrealizować… A ponieważ jesteście tacy krótkowieczni, wasze starania zazwyczaj kończą się tylko na poszukiwaniu – uśmiechnął się czarująco, mrużąc oczy, by ochronić je od śniegu.
Powiedział właśnie coś bardzo mądrego, a wymknęło mu się to tak jakby mimochodem. Jakby nie o to mu chodziło. A przecież chodziło! Cyntia miała bardzo mieszane uczucia co do tego mężczyzny. Na pewno jakiś wariat. Bo który normalny człowiek mówiłby o własnej rasie: „wasz gatunek”? Albo wygadywał nonsensy, że posiada skrzydła, a ona akurat stanęła na jednym z nich?
„A może to jakiś surrealistyczny sen? Zdrada Charlesa, szalona podróż, podczas śnieżycy, a teraz ten dziwny, przystojny mężczyzna na środku zaśnieżonej drogi, prawiący mi morały?” – pomyślała.
– Naprawdę uważasz, że jestem przystojny? – ucieszył się, puszczając jej oko. – No, no! Dobry początek nowej znajomości!
– Nie rób tego, do cholery!
– Czego?
– Nie czytaj mi w myślach!
– Wybacz, ale nie mogę się powstrzymać! – uniósł łobuzersko brwi. – Jesteś tak słodko zszokowana, że mam ochotę cię objąć i pocałować, żebyś poczuła, że naprawdę istnieję…
Spojrzała na niego z oburzeniem, chociaż nie umiała do końca wyprzeć z umysłu wizji jego pocałunku. Całowanie takiego przystojniaka musiało być niezwykle przyjemnym doświadczeniem… Nieznajomy prawie porażał swoją egzotyczną urodą. Miał ciemnobrązowe, przydługie włosy, swobodnie opadające na kark. Były proste, ale dobrze się układały i nawet mokry śnieg nie umiał sprawić, żeby zaczęły się kręcić. Na tle jego bladej cery dokładnie odznaczały się seledynowe, ciekawskie oczy i pełne usta. Wyglądał może na 25 lat i mimo delikatnych rysów twarzy, nadal pozostawał niezwykle męski. Na jego strój składała się ciemna, sztruksowa marynarka, takież spodnie, zielonkawa koszula w kratę, współgrająca z kolorem jego oczu i eleganckie buty z czarnej skóry. Jednym zdaniem, ubranie, które kompletnie nie pasowało do pogody. Dlaczego jeszcze w nim nie zamarzł?
– Jesteś źle wychowanym gburem, w dodatku najwidoczniej nie do końca normalnym! – odparła, już na tyle zrównoważona, by zdobyć się na pogardliwy chłód. – Skoro nic ci nie jest, to pozwól, że cię opuszczę. Do widzenia!
Odwróciła się, ale wtedy on zawołał ją po imieniu i natychmiast się zatrzymała, jakby wrosła w ziemię.
– Kim ty jesteś, do diabła?! – krzyknęła przerażona. – Skąd wiesz, jak mam na imię?!
– Wciąż tego nie zauważasz? – w końcu usiadł, rozbrajająco rozkładając ręce. – Nie myślałem, że będę musiał to powiedzieć! Dobrze mi się przyjrzyj, złotko… Otóż jestem aniołem i przed chwilą złamałaś mi skrzydło. W związku z powyższym nie możesz mnie tutaj ot tak zostawić!
– Anioł?! Skrzydła?! – wykrztusiła, wreszcie dostrzegając coś wielkiego i białego u jego ramion.
Skrzydła!!! Wydawało jej się, że zaraz zemdleje z wrażenia, ale wielki podmuch wiatru, zerwał jej kaptur z głowy i otrzeźwił na tyle, by zdała sobie sprawę z sytuacji: „Jeśli to sen, to znaczy, że obejrzałam za dużo obrazów z aniołami na tym piekielnym wernisażu, a jeśli to rzeczywistość, to znaczy, że straciłam rozum i niedługo zamkną mnie w wariatkowie! Super! Ale… To nadal moje życie… I nawet jeśli dopadło mnie szaleństwo, muszę pozostać sobą.”
Bez słowa się nad nim pochyliła, przewiesiła sobie jego ramię przez szyję i ostrożnie pomogła mu wstać. Mimo skąpego stroju był przyjaźnie ciepły i przyjemny w dotyku. Uśmiechnął się lekko, jakby z zadowoleniem, ale nie umiała tego do końca stwierdzić. Poczuła jego oddech tuż przy swoim uchu.
-Co teraz, moja dobra wróżko? – szepnął, przyprawiając ją o dreszcz.
Oblała ją fala gorąca i nagłego pożądania, ale szybko dała sobie z nią radę. Twardo spojrzała mu w oczy.
-Podziwiam cię, że tak szybko umiesz wrócić do racjonalnego myślenia! – skwitował łobuzersko. – Ja na twoim miejscu bym tego nie potrafił…
– Idziemy do samochodu!- oznajmiła rozkazująco. – A tam zobaczymy, czy jesteś naprawdę takim chojrakiem, panie anioł!
– No, tak… W końcu pogoda na zewnątrz nie sprzyja romansom! – zgodził się, uśmiechając się przebiegle.
– Kto mówi o jakichś romansach? – burknęła.
– Daj spokój! Przecież ci się podobam!
– Nawet jeśli, to co z tego? To jeszcze nic nie znaczy. Czy wiesz, że ludzie od zwierząt różnią się wolną wola, dzięki której nie zawsze kierują się popędem? Ale, sądząc po twoim zachowaniu, odróżnia ich to również od aniołów! – zakpiła, ciągnąc go w stronę samochodu.
Roześmiał się w odpowiedzi – głośno i znacząco.
– Nie stawiaj aniołów na równi ze zwierzętami, bo możesz się boleśnie przeliczyć…
– A co? Jesteście od nich prymitywniejsi?


Chyba się obraził za jej małe docinki, bo nie odezwał się ani słowem, gdy próbowała wsadzić go do samochodu. A miała z tym niezłe problemy, ponieważ jego skrzydła były naprawdę ogromne i nie mieściły się w drzwiach.
– Cholera jasna!- zaklnęła, spoglądając na niego z irytacją. – Po co ci takie wielkie skrzydła, co?
– A po co ci taka niewyparzona gęba? – bąknął z urazą, a nią aż zatrzęsło ze złości.
– Teraz przegiąłeś! Nie pomogę ci!
– Musisz.
– Nic nie muszę!
– Jak tego nie zrobisz, będę cię prześladował!
– Już się boję!
– Powinnaś… – zachichotał i przepraszająco pogłaskał ją po policzku.
Cofnęła się gwałtownie, jakby jego dłoń parzyła.
– No już! Koniec dąsów! – zadecydował radośnie, kompletnie nie licząc się z jej zdaniem.
Miała bowiem wielką ochotę skopać mu tyłek! Uśmiechnął się uwodzicielsko z nutką dziwnego rozmarzenia i dodał:
– Jesteś damą, Cyntio. Nie skopałabyś mi tyłka, nawet gdybyś bardzo chciała. A przecież nawet tak bardzo nie chcesz… Mam propozycję: może złożysz siedzenia? Wtedy powinniśmy się zmieścić…
Znowu czytał jej w myślach! Przez chwilę poddawała się bezsilnemu gniewowi, oddychając miarowo. Ostatecznie jednak musiała przyznać mu rację. Nie było jej stać na robienie awantury. Nawet takiemu aroganckiemu pomyleńcowi, jak ten podejrzany anioł.
Postanowiła więc pójść na kompromis i złożyć siedzenia tak, jak jej poradził.


W końcu ostrożnie zasiadł na fotelu pasażera i zamknął za sobą drzwi. Spróbował poprawić się na siedzeniu. Niestety, bezskutecznie. Miał zbyt mało miejsca, aby się gwałtowniej poruszyć, a w dodatku ból odezwał się znajomym mrowieniem w okolicy ramion. Ze zmęczenia kręciło mu się w głowie. Oblizał spieczone wargi i głęboko westchnął. Powinien był posłuchać przestrogi swojego przełożonego, żeby w taką pogodę nie schodzić na Ziemię. Powinien. Zazwyczaj słuchał palatyna; uchodził nawet za jego prawą rękę, gdyż ustanowił go marszałkiem dworu i lubił przebywać w jego towarzystwie. Ale on naprawdę tylko zazwyczaj słuchał palatyna Metatrona. Zwłaszcza gdy rajska polityka zaczynała go nudzić. Zdecydowanie się do tego nie nadawał.
– Co teraz będzie? – zapytała ponuro.
Spojrzał na nią z pogłębiającą się irytacją. Już dawno nie spotkał go taki pech! Nie dość, że siedział na nużącej konferencji, udając, że obchodzą go sprawy zagraniczne Raju i podpisanie ugody z demonami, to jeszcze, gdy się wreszcie stamtąd urwał, został potracony przez jakąś zdesperowaną kretynkę, która traktowała go w tak pogardliwy sposób, jakby nikt nie nauczył jej podstawowych zasad poprawnego wychowania! Na Boga, to mogło nawet zdenerwować anioła!
– To zależy… – odparł, topiąc swój gniew w jednym nieszczerym uśmiechu.
Przelotem na niego zerknęła. Wydawało mu się, że pierwszy raz, odkąd się poznali, była skonsternowana i niepewna. Doprawy, urocze! Nie był w stanie zawstydzić jej czytaniem w jej myślach, a tutaj niespodzianka! Panna Cyntia Cern bała się przebywać sam na sam z mężczyzną… Uśmiechnął się do siebie, ale tak, żeby tego nie zauważyła. Zaintrygowała go. Nie wyglądała na kobietę, która mogła mieć jakieś kompleksy. Była całkiem ładna. Miała drobną, małą twarz i ciemnoniebieskie oczy, delikatnie podmalowane beżowym cieniem. Przypominała mu małą dziewczynkę, ale to wrażenie rozwiewało się za każdym razem, gdy otwierała usta. Brązowe włosy obcięła na krótko. Sięgały jej do ramion i lekko się kręciły. Wyglądały, jakby ciągle znajdowały się w stanie kompletnego nieładu, co chwila wymykając się jej na czoło i zasłaniając twarz. Ubrała długi, czarny, dopasowany płaszcz z kapturem, brązowy, wełniany szal oraz brązowe buty z cholewkami, w które wpuściła ciemne jeansy. Nosiła dużo biżuterii. Miała przebite w kilku miejscach uszy i pierścionki na każdym palcu. „Pieprzona artystka!” – podsumował ją w myśli raczej z rozbawieniem, niż kpiną.
– Od czego?- niecierpliwie wystukiwała jakiś rytm na kierownicy.
Tak, zdecydowanie była zestresowana… Postanowił, że jeszcze ją trochę dobije…
– Raczej od kogo…
– No, to od kogo?! – zezłościła się i od razu w jej oczach zagościła znajoma iskierka gniewu.
Zwykły straszak, który informował: „nie zbliżaj się do mnie choćby na milimetr, bo cię własnoręcznie zabiję!”. Mógł się założyć, że większość mężczyzn uciekało przed nią z krzykiem. Ale co by się naprawdę stało, gdyby któryś zignorował tę czytelną informację?
– Od ciebie… – wzruszył ramionami; w końcu mówił taką oczywistą rzecz…
– Ode mnie?! – zdziwiła się nagle.
Parsknął cichym śmiechem. Rozbawił go wyraz bezradnego zdumienia na jej twarzy.
– Sądziłem, że jesteś jedną z tych kobiet, które uwielbiają przejmować inicjatywę… I mówię to w różnych kontekstach… – uśmiechnął się figlarnie. – Twoje życie należy tylko do ciebie, lecz również zależy tylko od ciebie… To wielka odpowiedzialność, co? Dlaczego więc po prostu nie ściągnęłaś męża z łóżka i nie wytrzaskałaś go po twarzy? Dlaczego tchórzliwie uciekłaś sama przed sobą? Z takim niebezpiecznym błyskiem w oczach, powinnaś od razu roznieść cały dom…
Nie była przygotowana na filozoficzny wywód. Otworzyła usta, oburzona i zarazem rozbrojona. Znowu się roześmiał, unosząc brwi. Trafił w dziesiątkę, czyż nie? Zresztą zawsze mu się to udawało…
– Mam tego dość! – oznajmiła. – Nie życzę sobie, żebyś czytał w moich myślach!
– Dobrze – zgodził się niespodziewanie dla niej, lecz bardziej dla siebie.
Tak go to wyprowadziło z równowagi, że zapytał:
– Masz może papierosy?
– Co?!
– Ogłuchłaś, czy nie wiesz, o czym mówię? Papierosy…
– Mam… – sięgnęła dłonią do schowka i wyciągnęła paczkę Marlboro. – Ale niby dlaczego mam się dzielić z jakimś nieznajomym grubianinem, który nieudolnie pretenduje do miana anioła?
Uśmiechnęła się nieprzyjemnie i wybrała sobie papierosa, a następnie go przypaliła. Przyglądał się jej w milczeniu, oddychając głęboko, żeby pohamować złość. Prawie jej się udało go sprowokować. Podejrzewał, że na jego miejscu większość facetów trzasnęłaby drzwiami samochodu i tyle by ich widziała. Pewnie teraz też na to liczyła. Chciała się go pozbyć, a najwyraźniej była mistrzem w zniechęcaniu do siebie ludzi… Ale on był aniołem.
– Na szczęście nie lubię Marlboro – skrzywił się ostentacyjnie. – Jak taka utalentowana istota jak ty może palić podobne świństwo?!
– Słuchaj no, panie anioł! – wkurzył ją do końca. – Pakujesz się pod koła mojego Opla, wgniatasz przy tym karoserię, kpisz sobie ze mnie, ile wlezie i na koniec nie odpowiadają ci moje papierosy! Może powiesz jeszcze, że jestem kiepską malarką i…
Doskonale wiedział, że może się zdenerwować, że tak inteligentnie ją przejrzał, ale nie spodziewał się, że zacznie się nad sobą użalać…
– Malarką jesteś niezłą… Skończ z tym jęczeniem! – przerwał potok jej słów, sięgając po „fajkę” wbrew swoim preferencjom i jej sprzeciwowi. – A tak poza tym, żaden ze mnie pan anioł! Mam na imię Sakuya.
– Cyntia Cern – przedstawiła się, podając mu dłoń; była mile zaskoczona, że zdradził jej swoje imię. – Chociaż pewnie już to wiesz! – dodała, wzruszywszy ramionami.
-Wiem – wsadził sobie papierosa do ust i przypalił jej zapalniczką.
Zmrużył przy tym oczy, co sprawiło, że zaczął wyglądać jeszcze bardziej bezstresowo i lekceważąco. A Cyntii wydawało się, że już bardziej nie mógł tak wyglądać. Powinna być jednak przygotowana, że jeszcze nie raz ją zaskoczy… Tymczasem jej ręka zawisła w powietrzu. Zirytowało ją, że zignorował jej przyjazny gest i nie kryjąc obrazy, zamierzała cofnąć dłoń, ale w ostatniej chwili wyciągnął swoją i mocno ją uścisnął. Na jego ustach po raz pierwszy zagościł szczery uśmiech.
– Czyli mamy za sobą część oficjalną! – zakpił, niespiesznie wypuszczając dym.
Przyjrzała się jego dłoni. Była szczupła i smukła w kostkach, a na serdecznym palcu nosił złoty sygnet z zielonym kamieniem.
– Najwyraźniej – przytaknęła głową. – Więc możesz już puścić moją rękę!
– Nie, nie mogę.
Obdarzył ją prowokującym spojrzeniem. Speszyła się, oblewając idiotycznym rumieńcem. Była za to na niego wściekła. Widział to wypisane na jej twarzy. Zaraz go uderzy albo zrobi coś gorszego. Zdecydował więc działać szybko. Przyciągnął ją do siebie i pocałował w usta. Najpierw delikatnie i zapraszająco. Odczuła to jak ciepłe muśnięcie i przeszył ją dreszcz. Zachowała jednak na tyle świadomości, żeby położyć dłoń na jego piersi i go odepchnąć. Nie przyniosło to większego skutku, bo również uwięził jej drugą rękę w pułapce swoich palców i obdarzył ją bardziej zdecydowanym pocałunkiem. Poczuła dotyk jego rzęs na policzku i przeszywający ją oddech. Udało jej się oswobodzić jedną dłoń. Położyła ją na jego karku, zmniejszając dzielący ich dystans. Właśnie się poddała ogarniającemu ją pożądaniu. Pomyślała nawet, że to bardzo oczyszczające uczucie. Pozwoliło jej zapomnieć o całym tym podłym świecie za drzwiami samochodu, gdzie był Charles i jej zdradziecka siostra… A Sakuya dobrze się postarał, żeby zapomniała… Jego pocałunek stał się zachłanny i namiętny. Przytulił ją do siebie, odbierając pole jakiegokolwiek manewru. Teraz już niechcianego. Zamierzała zatracić się w tej dobrodusznie ofiarowanej przyjemności i nieważne, że jej adorator był aniołem. To chyba nawet lepiej? Oddała mu pocałunek i przez dłuższą chwilę trwali w tym słodkim zapomnieniu. Sakuya pomyślał, że tego wyjątkowo pechowego dnia wreszcie przydarzyło mu się coś pozytywnego. Kiedy w końcu się od siebie oderwali, Cyntia nie wiedziała, co powiedzieć i posłała mu nieprzytomne, skonsternowane spojrzenie. Parsknął śmiechem, ciaśniej obejmując, i pogłaskał ją po głowie. Na półce tlił się niedopałek papierosa, który zapalił, ale nie było mu dane go skończyć. Zwrócił uwagę Cyntii.
– No proszę… – mruknęła miękkim, łagodnym głosem. – Anioł, który pali. To nie po chrześcijańsku! – zakpiła, drżąc pod dotykiem jego dłoni, którą głaskał ją po ramieniu.
– A myślisz, że ten pocałunek był chrześcijański? – odparł, chichocząc. – Pojęcie względne. Ludzie mają o nas bardzo wypaczone zdanie…
– Zwracam honor…
– Jak to zrobisz?
Uśmiechnęła się przebiegle, patrząc mu w oczy. Podobała jej się ich intensywna, niespotykana barwa. Mocniej zacisnęła ręce na szyi anioła i znowu go pocałowała. Drasnęła przy tym jego zranione skrzydło. Sakuya delikatnie ją od siebie odsunął i jęknął.
– Uważaj, skarbie… – powiedział, wykrzywiając twarz w grymasie bólu.
– Kiepsko to wygląda… – zauważyła, udając obojętność a propos słowa „skarbie”, choć tak naprawdę zrobiło się jej bardzo gorąco, a serce zabiło dawno zapomnianym rytmem miłosnego podekscytowania.
Ale jak to? Gdzie w tym wszystkim miłość? To tylko przypadkiem spotkany facet, podający się za anioła, w co nawet uwierzyła, ale najprawdopodobniej to jakaś chora iluzja, stworzona przez jej obolały umysł. Inaczej nie dało się tego wyjaśnić i już!
Sięgnęła po apteczkę, ukrytą za tylnym siedzeniem.
– Co chcesz zrobić?! – zaciekawił się.
– Cóż… Trzeba w końcu opatrzyć ci to skrzydło – wzruszyła ramionami, a on uniósł brwi w geście rozbawienia.
– Sumienie cię ruszyło? – zakpił wesoło. – Albo boisz się, że pójdę na obdukcję i będziesz musiała płacić mi odszkodowanie?
Parsknęła śmiechem na samą myśl, że anioł mógłby udać się do lekarza ze swoimi zranieniami.
– Ty się nie śmiej! – skarcił ją dobrodusznie. – U nas, w Raju, też mamy lekarza…
– Tak? – wydało jej się podwójnie zabawne, że rozmawiali na temat rajskiej rzeczywistości.
Cóż za unikatowa okazja, żeby lepiej poznać prawdziwe, anielskie zwyczaje! Bo jeśli wszystkie anioły są takie, jak Sakuya, to ona z przyjemnością przeprowadzi się do Raju. Pomyślała, że to mogłoby być naprawdę komiczne.
– No, pewnie. Nazywa się Raphael i należy do grona archaniołów… – urwał, bo zdał sobie sprawę, że zamierzał dodać: „jak i zreszta ja. Naprawdę nazywają mnie Uriel i jestem marszałkiem dworu palatyna.”; po co miałby udzielać takich informacji tej nieznanej kobiecie?
– I to on, w trosce o anielskie zdrowie, pozwala wam na palenie papierosów?! – bandażowała mu skrzydło w miejscu, w którym najbardziej krwawiło, nie przestając mówić.
– Tak szczerze powiedziawszy, Raphaela mało to obchodzi… – odparł po chwili namysłu, lecz od razu dodał: – To jednak nie czas i miejsce, aby rozmawiać o Raju i Raphaelu… Chcę mówić tylko o tobie!
– Zabrzmiało perwersyjnie…
Spojrzała mu w twarz z iście diabelskim błyskiem w oczach. Zaśmiał się cicho, oczarowany jej coraz większym brakiem skrępowania i skrywaną frywolnością.
– No proszę, proszę! Jaka napalona! – skwitował kpiąco. – Ale przyznaj, że ten nudziarz Charles nigdy nie potrafił cię usatysfakcjonować w żadnej dziedzinie wspólnego życia… Jest dla ciebie zbyt przyziemny…Myślę, że powinnaś go sobie odpuścić…
Przyciągnęła mu mocno bandaż, aż syknął z bólu.
– Nie masz prawa tego oceniać! Nawet będąc aniołem!
Nagle przypomniała sobie, że wciąż kochała Charlesa. Że uważała go za miłość swojego życia i mimo że tak boleśnie ją zdradził, nie umiała ot tak go wykreślić, jakby w ogóle nie istniał. Sakuya obdarzył ją poważnym, badawczym spojrzeniem, wyczuwając gnębiące ją rozterki.
– Coś ci powiem, kochanie… To nie będzie nic, czego byś wcześniej nie wiedziała, ale ludzie mają pewną dziwną prawidłowość, która nie przestaje mnie intrygować – zapominają o tym, co przecież powinno być najistotniejsze. Bowiem wasze życie jest zbyt krótkie, aby wciąż trwać w jednym niewzruszonym punkcie… ale Cyntia, ta ucieczka w nieznane też nie jest najlepszym rozwiązaniem. Musisz stawić czoło swoim problemom, najlepiej jak tylko potrafisz. I nieważne, jak bardzo będzie bolało, bo jedynie w ten sposób wreszcie pozostawisz za sobą ten balast, który teraz cię powstrzymuje. Wybacz, ale muszę ci to powiedzieć – zawsze był nim Charles… – wygłosiwszy swoje kazanie, ujął jej twarz w dłonie.
Był już naprawdę zmęczony. Pora odejść. Teraz poradzi sobie sama. Albo i nie? Od tego momentu nie stanowiło to już jego problemu. Zaraz zejdzie ze sceny. Rola Sakuyi dobiegła końca. Z samochodu wyjdzie jako archanioł Uriel, rajski dostojnik. Ale w tej chwili… W tej chwili jeszcze z nią był.
– Chciałbym powiedzieć jeszcze coś mądrego i głębokiego, ale tylko to przychodzi mi do głowy – rób dalej to, co kochasz i po prostu daj się znowu ponieść życiu…
– Dlaczego odnoszę wrażenie, że się ze mną żegnasz? – zaprotestowała, marszcząc brwi.
– Bo to jest pożegnanie…
Zamierzała zaprotestować, ale pocałował ją, odbierając inwencję na jakiekolwiek składne zdanie. Przymknęła oczy. Świat zawirował jej, jak podczas tańczenia walca. Tylko że to był samotny walc. Bez niego. Odchodził. Gdy nacisnął klamkę, pewien szalony pomysł przyszedł mu do głowy.
– I jeszcze jedna, mała prośba… Namaluj mnie, dobra?- usłyszała, jakby przez sen, wciąż nie otwierając oczu.
Wydawało się jej, że powieki miała ciężkie, jak z ołowiu. Powoli zapadała w dziwny, drętwy letarg…
– Do zobaczenia, Cyntio…
Otworzył drzwi samochodu, a ona poczuła chłodny powiew wiatru. Nic jednak nie umiała zrobić, aby go powstrzymać… Było jej zbyt dobrze, żeby się poruszyć… Liczył się tylko ten niesamowity, czarodziejski stan ducha, w który ją wprowadził, nawet jeśli pozostała w nim zupełnie sama, pozbawiona nadziei. Odszedł razem z nią…

***

Obudził ją ból karku. Zdrętwiał jej od zbyt długiego utrzymywania ciała w jednej pozycji. Przeciągnęła się na fotelu, z początku nie mogąc sobie przypomnieć, gdzie się znajdowała.
Śnieg przestał padać. Ku zdumieniu Cyntii, zza chmur wychyliło się słońce. Powoli wracała jej świadomość, ale nie mogła pozbyć się wrażenia, że uleciało jej coś niezwykle istotnego…
„Ależ miałam dziwny sen…”- pomyślała i wtedy jej wzrok przykuł niedopałek, leżący na półce, nad schowkiem.
– A niech to!- powiedziała głośno. – A może to nie był sen?
Bez zastanowienia odpaliła samochód i ruszyła w drogę powrotną. Zatrzymała się przed domem i wtedy dostrzegła kilka białych piór na siedzeniu pasażera. Wzięła je do ręki, lecz nie zacisnęła palców. Gdy tylko wyszła z samochodu, wiatr od razu gwałtownie je porwał i utopił w bezmiarze białego śniegu, zaścielającego okolicę…

tekst: Magdalena Pioruńska
rysunki: Pangea

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *