Kto się boi skrytykować Gombrowicza?

Artykuł Kto się boi Gombrowicza Joanny Jakubowskiej opublikowany w numerze 263/06 Nowej Trybuny Opolskiej był bezpośrednią reakcją autorki na propozycję MEN dotyczącą usunięcia z listy lektur szkolnych Ferdydurke. Może on doskonale posłużyć jako wstęp do szerszych rozważań na temat „strachu” przed tradycją i… samym Gombrowiczem.

Zdaniem Gombrowicza, żeby potrafić mówić o sobie, trzeba być człowiekiem wolnym duchowo, być człowiekiem umiaru i czerpać z trzeźwości człowieka dojrzałego.

Będąc więc wolnym duchowo, akceptuję pewne dzieła Gombrowicza, a inne odrzucam, bo nie wiem, gdzie kończy się Gombrowicz-specjalista od negacji, a rozpoczyna się Gombrowicz-prawdziwy pisarz. Będąc wolnym duchowo, przyjmuję tradycję jako pożądane wejście do kąpieli czasu, a innym razem potrzebny mi będzie kosmopolityzm jako dobre narzędzie w rozumieniu „rozchodzącego” się świata. Można się spierać o to, jaki twórca jest bardziej wiarygodny – ten, który kurczowo trzyma się tradycji i za bardzo doświadcza czytelnika myśleniem o kraju, czy raczej ten, który odrzuca swe państwo i kreuje rzeczywistość według zasad szokowania i instynktownego działania. Ani w jednym, ani w drugim przypadku nie powstaną dzieła, które będą wyzwalać. Pisarz nie ma wyboru, musi przyjąć obydwa składniki egzystencji: przeszłość i przyszłość.

Wejść w świat autora – to móc przeżywać jego lęki i uniesienia, to móc podglądać życiową formę pisarza – jak stwierdza autor artykułu pt. O stylu Zofii Nałkowskiej z 1936 roku. Lepszą dla mnie czynnością od podglądania będzie jednak próba wcielenia się w ulubionych bohaterów Gombrowicza. Załóżmy, że jestem uczniem Gałkiewiczem z Ferdydurke i mówię mojemu nauczycielowi Bladaczce, że Gombrowicz mnie nie rusza i pewnymi jego utworami się nie zachwycam, bo tam mieszka śmiertelna brzydota, a ja wolę czasami nieśmiertelne piękno i miłość, którą Gombrowicz rzadko opisywał. Nauczyciel Bladaczka byłby jednak nieugięty i nie dawałby mi żadnej odpowiedzi poza jednym, że Gombrowicza trzeba czytać, bo ma rangę światowego pisarza.

Czy można strawić Kosmos Pornografię za ich programową mroczność i mglistość? Zwolennicy tego rodzaju pisania mogą naiwnie bronić zamierzonego niezrozumienia, które jest dla mnie zwykłym niezrozumieniem i brakiem pomysłu. Z wielu powieści Gombrowicza (Kosmos, Pornografia, Ferdydurke) niewiele zrozumiałem. Przyczyną takiego stanu rzeczy mogło być moje niewystarczające przygotowanie do ich lektury.

Nie mam zamiaru dyskredytować ustalonej pozycji pisarza w literaturze polskiej, tak jak niepotrzebnie autor Kosmosu dyskredytował pojęcie samej tradycji. Owszem, mógł mieć rację, kiedy wyśmiewał szarżę polskiej kawalerii na niemieckie czołgi, lecz ile razy takie przypadki miały miejsce w militarnych potyczkach II wojny światowej? Historycy twierdzą, że były to jednostkowe okoliczności.

Do uogólnień mają prawo zwykli zjadacze chleba, lecz nie pisarze.

Czy dzisiaj w XXI wieku na lekcji języka polskiego jest możliwa do zaistnienia sytuacja, w której to jakiś odważny uczeń, podążający za głosem Gombrowicza, wstałby z ławki i zacząłby mówić, że mnie Gombrowicz nie grzeje, bo chłodem zaciąga z jego wielu stron pisania? Czy taki uczeń nie byłby narażony na klasowy ostracyzm, na pośmiewisko, na obniżoną ocenę z przedmiotu? Zapewne otrzymałby etykietkę zacofańca i frustrata, a przecież nic takiego nie zrobił. Po prostu chłopak szybko dojrzał i wyrzucił z siebie to, że forma Gombrowicza go „upupia”. Czy sam pisarz nie zabiegał o to, by ludzie wyrażali siebie i tylko siebie, by dokonywali ekspansji własnej podmiotowości?

Krytyka utworów Gombrowicza ma na celu pokazanie: niekonsekwencji autora, łamania przezeń zasad i braku metod okiełznania lęku przed przeszłością. Nie trzeba wyjaśniać nieścisłości między tym, co się mówi, a tym, co się robi. Wyraźnie to widać w niektórych fragmentach dziennika, w których Gombrowicz zarzuca wielu autorom błąd stylu pisarskiego, polegający na tym, że kiedy dany autor odczuwa w pewnej chwili strach, to nie może pisać wtedy o bohaterstwie. Czy pewnego błędu stylu nie można także wytknąć Gombrowiczowi? Nie zawsze przecież odczuwał on wstręt do tradycji, a często podnosił w swych dziennikach problem ogłupiania ludzi przez obrzędy.

Niekonsekwencją Gombrowicza było to, że nie dotrzymywał słowa. Porównywać Mickiewicza z Dantem lub z Szekspirem, to porównywać owoc z konfiturą, produkt naturalny z produktem przetworzonym, łąkę, pole i wioskę z katedrą lub miastem. Byłże Mickiewicz mniejszy od Danta. Jeśli już mamy oddawać się tym pomiarom, powiedzmy, że oglądał on świat z łagodnych wzgórz polskich, podczas gdy Dante wyniesiony został na szczyt potężnej góry (z ludzi złożonej) – nie na długo jednak, jak się później okaże.

Jak można zrozumieć napisany pod wpływem maniery „Pana Wszelkiej Negacji” kolejny esej Przeciw, który tym razem był szkicem krytycznym wymierzonym w Dantego? Gombrowicz nazwał Boską Komedię najgorszym poematem w literaturze światowej, który to utwór był według niego prostacki, marny, nudny i słaby. Mając ją za księgę haniebną, zarzucał florenckiemu artyście zbagatelizowanie bólu w swym utworze. Ów tekst rozjuszył niektórych włoskich pisarzy i krytyków, którzy potraktowali nagonkę polskiego pisarza jako bezsensowną i idiotyczną. Nie jest ona pozbawiona logicznych zarzutów, lecz może razić kolejną niekonsekwencją.

Na okładce książki Gombrowicza Przeciw poetom znajdują się cztery wizerunki: Dantego, Słowackiego, Mickiewicza i… kiszonego ogórka. Trzem sławnym poetom się przeciwstawił, natomiast żaden zwolennik Gombrowicza nie napisał eseju przeciw ogórkowi. Źle przygotowywane, zanadto przesolone, a na dodatek z pleśnią, ogórki stanowiły i stanowią nadal większe zagrożenie dla kultury niż szkodliwe, zdaniem autora Transatlantyku, dzieła ubóstwianych literatów.

Czy przy zastosowaniu współczesnych narzędzi rozumowania można dokonywać krytycznych sądów nad tekstami, które były napisane 600 lat temu? Czy coś z tego wyniknie? Gombrowicz miał widocznie monopol na łamanie zasad. Przytoczę tu pewną anegdotę, którą to Gombrowicz kiedyś sam opisał. W czasie pobytu w Argentynie podróżował z kolegą autobusem po Buenos Aires. W trakcie wycieczki zaproponował towarzyszowi grę, w której to obaj mieli udawać muzyków i posługiwać się w rozmowie trudnymi terminami muzycznymi. Celem tej zabawy miało być zaskoczenie pasażerów „dziwnym” językiem, którym obaj mieli mówić. Grę można było przerwać wtedy, kiedy partner o tym wiedział. Gombrowicz wystrychnął na dudka swego kumpla, wyrzucając mu błaznowanie i udawanie wykształconego muzyka. Zrobiony na wariata kumpel pogniewał się na Gombrowicza, bo ten, niczego nie zapowiadając, przerwał grę. Oczywiście, ta historyjka może się okazać słabym powodem do poddawania pisarza surowym zarzutom, ale liczy się sam fakt – brak wszelkich zasad.

Na palcach jednej ręki da się policzyć autorów, którym nie przyłożył literacko Gombrowicz. Wśród nich znajdą się na przykład Szekspir czy Baczyński. Natomiast jeden z większych erudytów w gronie pisarzy, Jorge Luis Borges, nie zdołał umknąć przed ciosami Gombrowicza. Czy nie szkoda było na to energii? A przecież w epoce Gombrowicza pojawiło się wiele niepokojących zjawisk i trzeba było im się przeciwstawić z niebywałą siłą i pokazać, że wielki pisarz czuwa, trzyma słowa na pulsie i grzmotnie pięścią wtedy, kiedy słowa zawiodą.

Autor Ferdydurke miał oczywiście prawo do tego, aby nie wyjaśniać nam rzeczywistości, mógł ją komplikować. Nie widział jednak potrzeby, aby siebie samego spróbować wyzwolić od Gombrowicza. Ważniejsze było wyzwalanie Polaków z ich polskości, burzenie ich mitów. Ludzie się zmieniają czasami pod wpływem osobistych tragedii, ale nie na skutek czytania lektur o wszelkim wyzwalaniu…

Lata sześćdziesiąte XX wieku to m.in. życie w cieniu bomby atomowej, to czas rozruchów młodzieży, zmiana paradygmatu rozwoju społeczeństw (epoka info) i na próżno bym szukał w dziennikach i dramatach Gombrowicza tychże zjawisk, które autor powinien był wziąć za karb i wstrząsnąć nimi tak, że ludy Starożytności w panikę by popadłby – jak pisał Wieniedikt Jerofiejew. To jedyny pijany autor w literaturze światowej, który po wódce widział głębiej, niż niejeden na trzeźwo „myślący” pisarz epoki negacji. Gombrowicz miał w niej wysokie miejsce. Z negacji uczynił z czasem program, choć przecież był przeciwny wszelkim programom.

Gombrowicz pisał: sztuka prawdziwie ambitna, gdyż te zarzuty nie dotyczą byle kogo, ale jedynie twórców o aspiracjach na wysoką miarę, tych, którzy nie rezygnują z miana artystów, musi wyprzedzać swój czas, być sztuką jutra.

Dlaczego niektórzy pisarze zapomnieli o jednym ze swych obowiązków, mianowicie o penetracji zagrożeń, które czyhają na nasze myśli, prawdy? Do burzenia tradycji, mitów, do lekceważenia klasyki języka zawsze znajdzie się odpowiednia pora. To jest niebywale łatwiejsze od walki ze schematami „lichej” nowoczesności, wobec której zapanował dziś syndrom zakneblowanych ust. To zjawisko występowało również w czasach Gombrowicza. Autor nie napisał jednak eseju Przeciw syndromowi zakneblowanych ust, który mógłby wywrócić do góry nogami naszą egzystencję słowną. Może wtedy nabralibyśmy trzeźwego stosunku do wszelkich plotek, skandali, pomówień… A może mam po prostu zbyt wielkie oczekiwania w stosunku do literatury?

Wbrew pozorom, nie mam na celu dewaluowania roli i znaczenia Gombrowicza, ale przede wszystkim tych, którzy boją się skrytykować pisarza, który grzeszył niesłownością i niekonsekwencją. Kontynuatorzy „przemijającej formy”, beznamiętni naśladowcy i zagorzali obrońcy literata budują mu pomnik wbrew zasadom Gombrowicza, który to przecież burzył wszelkie pomniki. Żądał od swych krytyków i czytelników intuicyjnego podejścia do swej twórczości, zapominał jednak, że takie samo podejście obowiązuje wobec dzieł: Słowackiego, Sienkiewicza, Mickiewicza, Dantego, Borgesa, twórców malarstwa, kompozytorów oper, których krytykował aż do przesady, podczas gdy wiele negatywnych zjawisk omieszkał opisać.

***

Po odwróceniu monety, jest też druga strona. Widzi się Gombrowicza, pomimo ewidentnej słabości jego niektórych dzieł, jako wielkiego pisarza, który nie poddał się żadnemu systemowi, zachował szczerość wypowiedzi, formułował myśli o człowieku, o społeczeństwie, o kulturze w taki sposób, że niektórzy psychologowie, socjologowie mogli mu tylko pozazdrościć. Byłoby więc nietaktem i zwykłą głupotą ministerialnych urzędników wyrzucenie Gombrowicza ze spisu szkolnych lektur lub zaprzestanie wyjaśniania, dlaczego Gombrowicz wyrażał ogromny lęk przed tradycją, lecz miał tyle zrozumienia dla „usługowego” kosmopolityzmu. Zresztą pytań: „dlaczego?” powinno być wiele, bo Gombrowicz należy do trudnych pisarzy. Tym bardziej staje się aktualne częste zaglądanie do wszystkich jego dzieł (nawet tych mniej znanych: Pamiętnik szkolnego dojrzewania, Zdarzenia na brygu Banbury), żeby w pełni zapoznać się z tak niepodważalnie interesującym zjawiskiem, jakim był Gombrowicz.

Literatura jest tak rozległym obszarem, że starczy miejsca i na Gombrowicza, i na Prusa, Sienkiewicza, Hłaskę, Łysiaka i wielu innych pisarzy, którzy celowo bywają przemilczani. Można się spierać o to, czy w spisie szkolnych lektur ma się znaleźć Gombrowicz czy Jerofiejew, Gombrowicz czy Alvin Toffler i jego utwór Szok Przyszłości, który najwięcej mi mówi o zagrożeniach i szansach, które na nas czekają.

Utworzenie tzw. boksów literackich byłoby pożądanym rozwiązaniem dla wyboru właściwej lektury. Młodzież wtedy wybrałaby sobie: literaturę kosmopolityczną, tradycyjną, dresiarską lub miłosną. Oczywiście, jeśli w ogóle będzie miała ochotę cokolwiek czytać…

Witold Mazur

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *