Nie cierpię (rodział 3)

PRZYPADEK CZY SPRAWA SZATANA (PSZE PANA)?

A w tych twoich powieściach to wszyscy się kurwią, jebią, walą, pieprzą, ruchają… Jak w historyjkach jakiegoś niewyżytego, zapryszczałego nastolatka. Nic tylko cycki i dupy, dupy i cycki, w sam raz do jakiegoś „Catsa”. Podnieca cię to? Pewnie zanim posunąłeś tę sukę z Warszawy, naczytałeś się tych swoich wypocin i już nie mogłeś powstrzymać organu przed działaniem, co? Tacy jak ty nigdy nie potrafią zapanować nad swoimi odruchami. Jesteście jak ogolone małpy bez ogonów, ty i ten twój kumpel DJ Dominik, po jednych pieniądzach, para napalonych pawianów; tylko że pawiana można jeszcze wytresować i w cyrku pokazywać, a na takich jak ty i on to nawet cyrk byłby zbyt ambitnym miejscem…
(Opinia całkowicie niesprawiedliwa; owszem, zdarza się w moich powieściach okazjonalna scena erotyczna, ale napisana ze smakiem, umiarem i taktem; żadnych orgii, żadnych wizyt w burdelach. A jeśli chodzi o „sukę z Warszawy”, to zwykłe oszczerstwo, przykład na to, że ona też potrafi stracić kontakt z rzeczywistością. Oświadczam, że nigdy nie posunąłem żadnej suki z Warszawy, nigdy nie miałem nawet takiego zamiaru.)

***

Zadzwonił Dominik (kolega pawian) z typową dla niego ofertą, górybrowaridupy.
– To jak? Ten weekend. Zanim zjadą się szczeniaki i będzie syf.
Był początek czerwca. Dżek pałętał się dalej po moim mieszkaniu, a ja pisałem już nawet nie do szuflady, ale prosto do kosza.
– Okej. Ale z umiarem, co? – bez nadziei na pozytywną odpowiedź poprosiłem.
– Z umiarem to możesz jeść fasolę. Dobra zabawa nie zna umiaru. Dobra zabawa do skok na główkę ze stumetrowej skały. Dobra zabawa…
– Dobradobradobra! Wygrałeś. Jak jedziemy?
– Każdy swoim. I nie jęcz mi, że razem byłoby taniejekologiczniej.
– Nie będę. Do piątku.
– Nara.
Popatrzyłem na Dżeka. Uśmiechał się.
– Jedżemy na wyczeczke?
Po prawie trzech miesiącach wspólnej koegzystencji już nie miałem tak mocnych odruchów, które sprawiały, że łapałem za pierwszy lepszy ciężki przedmiot i ciskałem nim w kierunku Dżeka. Zaczęło brakować mi kubków.
***
Nie cierpię:
Nie cierpię reklam z piskliwymi głosikami szczeniaków, nie cierpię programów typu „Od przedszkola do Opola”, gdzie ku uciesze nabuzowanych wizją sławy i pieniędzy te głosiki są żyłowane do granic możliwości i sprzedawane rozdziawionej gawiedzi, razem z pieluchami, proszkami do prania, szamponami, kinderczekoladą. Za każdym razem, kiedy do moich uszu dochodzą te żałosne dźwięki, jestem na granicy rzucenia się przez okno, względnie łyknięcia jakichś tabletek w dawce zdrowo przekraczającej tę zalecaną w dołączonej ulotce.

***

Brenna: coś pomiędzy prawdziwymi górami a pagórkami w okolicy Katowic. Tutaj każdy może zdobyć szczyt i nawet nie dostać przy tym zadyszki (chyba że chirurdzy wycięli mu/jej półtorej płuca i załamywali ręce nad kondycją pozostałej połówki). Dwa bary, mnóstwo pensjonatów i kupa znudzonych turystek. Idealny teren połowów dla pana DJ, który ma na imię Dominik, ale kumple wołają na niego Didżej.
W uroczym hoteliku „Rozalia” zameldowaliśmy się punkt szesnasta, w sam raz, by wziąć szybki prysznic, przetrącić specjały szefa kuchni i ruszyć do boju.
Moim kompanom humor dopisywał. Jeden nie wiedział o istnieniu drugiego, ale to nie przeszkadzało im bynajmniej dzielić nastroju.
– Chodź, co się grzebiesz. Bo nam jeszcze podbiorą najlepszy towar – zawołał Dominik.
Moje ruchy doznały nagłego spowolnienia. Mówiłem już wam, że z natury jestem niezwykle przekorny?
– Nie bój. Najwyżej będziesz musiał go odbić jakimś frajerom. Co to dla ciebie? – zapytałem ironicznie.
– Wysiłek – odpowiedział. – A, jak dobrze wiesz, mój rozpisany kolego, nie lubię się wysilać.
– Chyba że przed lustrem.
– Chyba że przed lustrem – zgodził się. – Ale przed lustrem to co innego. Przed lustrem to inwestycja w siebie. Jedyny rodzaj inwestycji, która zawsze się zwraca.
– Jadajadajadajada. To już wolę iść, niż wysłuchiwać twojej filozofii życiowej. Zbieramy się.
– Nareszcze! – wtrącił się Dżek. – Już sze bałem, że tu zostanesz i będżesz sze nad sobą roszczulał.
– Zamknij się!
– Co? – zdziwił się Dominik. – Ja przecież nic nie mówiłem.
– Ale miałeś zamiar – rzuciłem z dziwną pewnością, że miałem rację.
– Jak ty mnie dobrze znasz! – obrażenie pana DJ to prawie mission impossible. Podejrzewałem przez dłuższy czas, że on po prostu nie ma tej opcji wbudowanej. Ma, ale trudno ją aktywować.
Piętnaście minut później przestąpiliśmy próg klubiku o oryginalnej nazwie „Zbójecka nora”. Nora na pewno, ale czy zbójecka?
Powitał nas gęsty dym papierosowy i muzyka bita równo na cztery czwarte. Uns-uns-uns-uns. Na parkiecie wyginało się paręnaście osób, na pierwszy rzut oka zatankowanych do pełna. Na drugi nie zasługiwały.
Ciekawsze rzeczy działy się przy barze. Trójka młodych kobiet (w sam raz dla naszego tercetu, choć jedna byłaby pokrzywdzona partnerem, którego nie mogłaby ani dotknąć, ani nawet zobaczyć) sączyła soki owocowe (każda inny) zakropione czymś mocniejszym. Dominik chwycił mnie za łokieć i zaciągnął na miejsce w bezpośrednim sąsiedztwie powabnego tria.
– Wytrawne Martini – zamówił, siadając przy wysokiej (przynajmniej w pozycji siedzącej) blondynce. Ja zajmowałem stołek obok niego, tak że dość szczelnie oddzielał mnie od znudzonej grupki.
Barman zaśpiewał mu dziesięć pięćdziesiąt i zwrócił się do mnie.
– Żywca.
– Siedem pięćdziesiąt.
Zastanawiając się, czy w tym klubie wszystko kosztuje cośtam pięćdziesiąt (w końcu skoro klient jest skłonny dać samo cośtam, to pewnie drobne pięćdziesiąt dołoży), zapłaciłem.
W napięciu czekałem na otwarcie pana DJ, niechybnie najgłodniejszy tekst wieczoru. Nie zawiodłem się.
– Jesteś taka słodka, że przez ciebie musiała splajtować niejedna cukrownia.
Polski cukier krzepi, pomyślałem.
Blondynka uśmiechnęła się od obciążonego ponad miarę ucha do ucha.
– Dobre – powiedziała. – Posłuchaj tego: masz taką szansę dobrać się do moich majtek, jak Kwaśniewski na członkowstwo w PiS-ie.
Nie wytrzymałem i roześmiałem się w głos.
– Słuchaj, on mnie ciąga za sobą po tych klubach już z dziesięć lat i to była najlepsza riposta, jaką słyszałem – pochwaliłem ją.
– I pewnie chcesz mi postawić drinka? – blondynka trzymała się na dystans.
Nie przepadam za blondynkami. Zwłaszcza trzymającymi się na dystans.
– Nie. Trochę tu drogo. A ty jeszcze masz co pić – odparłem, uśmiechając się złośliwie.
– Dżentelmen w każdym calu.
– Nawet w każdym centymetrze.
– A ile centymetrów?
– To już moja słodka tajemnica. Może nie tak słodka, jak ty sama, ale zawsze.
Poczułem lekki kuksaniec w bok. To pan DJ próbował mi pogratulować mojej błyskotliwej taktyki.
– Jestem Dominik – mój taktowny kolega zdecydował się włączyć w rozmowę. – Ale kumple mówią na mnie Didżej, od moich inicjałów.
– Fascynujące. Opowiedz nam o tym ze szczegółami.
Siedzący na barze Dżek rechotał. Aż takiego ubawu chyba się nie spodziewał.
Tymczasem Dominik powoli (zawsze sprawiało mu to kłopot) dochodził do wniosku, że wiele z tymi dziewczynami nie zdziała, nie dopóki przewodniczyła im przemądrzała blondynka.
– E, to ja pójdę trochę potańczyć – mruknął.
– Połamania nóg – rzuciła za nim blondynka.
Zapadła cisza (nie licząc ogłuszającej i ogłupiającej „muzyki” i przekrzykujących się gości klubu). Ja popijałem swoje piwo, dziewczyny sączyły swoje drinki, Dżek wymachiwał nogami i przyglądał się nam, czekając na rozwój wypadków.
A rozwój wypadków był odrobinę nieoczekiwany.
Początek jeszcze dał się przewidzieć. Blondynka puściła mi zapraszające spojrzenie, niewątpliwie nagroda za nierzucenie się na nią jak Dominik i umiejętność skutecznej odpowiedzi na jej pyskówkę. Ku jej zaskoczeniu puszczone spojrzenie puściłem mimo oczu. Dziewczyny (jak jeden mąż) zamówiły kolejną rundkę. Ta kolejna rundka prawdopodobnie uświadomiła blondynce, że zwyczajne puszczanie spojrzeń w moim wypadku nie zadziała. Otworzyła usta.
– Przysiądziesz się do nas? Wyglądasz jakoś tak…
– Jak?
– Samotnie.
– Mam moje piwo. Czy mężczyzna może czuć się samotnie ze szklanką piwa?
– Szklanka piwa cię nie przytuli.
– A ty mnie przytulisz?
– Zależy, czy na to zasłużysz.
– Widzisz, szklanka piwa ma tę zaletę, że nie muszę zasłużyć, żeby ze mną była.
– A jak się skończy?
– To zamówię sobie następną. Jak jeszcze będę miał ochotę. To kolejna zaleta szklanki piwa: kiedy nie mam ochoty, szklanka piwa nie będzie mi gdakać, że już jej nie kocham.
– Interesujące podejście.
– Dzięki.
– Jestem Karolina.
– Wierzę na słowo.
Koleżanki panny Karoliny, do tej pory pytlujące uroczo o czymśtam wesołym, zamilkły i wpatrzyły się w swoją liderkę. Ta czuła ich świdrujące spojrzenia na plecach i tyle głowy, i starała się opanować sytuację. Jej autorytet wisiał na włosku. Jak mogła pozwolić, by ten facio w okularach i z czołem zbliżającym się do potylicy kpił z niej, kiedy ona okazała mu zainteresowanie?
Dominik nazywa to strategią „pull”.
– Nie powiesz mi, jak się nazywasz?
– Wolałbym nie.
– Czemu?
– Jestem tu incognito.
– O, pan gwiazda filmowa? Przepraszam, nie rozpoznałam w tym świetle. Linda? Pazura?? Gajos???
– Nie to medium, niestety.
– Ach. Szkoda. Zawsze chciałam zaliczyć Gajosa.
Chichot dobiegający zza pleców Karoliny dowodził, że z próby wyszła obronną ręką.
– Spróbuj w Ciechocinku. Podobno jeździ tam czasem do sanatorium.
– Dzięki. Będę pamiętała.
Teraz należało delikatnie pociągnąć. Tak delikatnie, żeby jej się wydawało, że to ona pchała.
– Okej, dam ci podpowiedź. Jestem pisarzem.
Zrobiła wielkie oczy.
– Pisarzem? Łał! To przynajmniej oryginalne. Na pisarza jeszcze mnie nikt nie podrywał.
– Mogę udowodnić.
– Tylko nie mów, że przez przypadek masz w tej teczce egzemplarz swojej najnowszej powieści.
– Tak się składa, że mam.
DJ mnie zmusił, uwierzcie mi. Tak długo mędził, aż się zgodziłem. Facet powinien spróbować kariery w związkach zawodowych, zamiast produkować ociekające perwersyjnym seksem historyjki SF. (Jeden z krytyków stwierdził nawet, że jego gatunek to bardziej S/M niż SF.)
Na poparcie swojej tezy, wydobyłem z czeluści mojej torby „Zemstę Argiriona” i przekazałem ją Karolinie, choć ta nie wyciągała specjalnie po nią rąk.
– Na tylnej okładce jest zdjęcie, jak nie wierzysz, że to ja.
(Zdjęcie na tylnej okładce: ze względu na przerzedzające się owłosienie na mojej czaszce, wydawca nalegał, bym pozował w czapce-bejsbolówce. Marek stwierdził, że mojej nastoletniej target audience będzie się łatwiej ze mną identyfikować. Później, z biegiem czasu i wy-biegiem moich włosów, przejdziemy na kapelusze á la Rokita.)
– No proszę. A jednak pan pisarz. A książka pewnie nominowana do nagrody Nike?
– Dopiero wyszła. Niewykluczone – zaśmiałem się. – Po samym tytule można poznać, że będzie się liczyć.
– Dokładnie. O, nawet krótki życiorys napisali. Zadebiutował w 1995 powieścią „Kryształ bogów”, entuzjastycznie przyjętą przez czytelników i krytykę… Uznawany za najzdolniejszego pisarza fantasy młodego pokolenia… Mieszka i tworzy w Katowicach… Ech, sam to pisałeś?
– Coś ty. Chłopaki z marketingu. To są dopiero talenty. Aż dziwne, że sami nie zabrali się za pisanie fantastyki. Żebyś widziała, co nawypisywali na okładce poprzedniej. Mówię ci, zupełnie inny świat.
Dziwnie cichy i spokojny do tej pory Dżek nagle się zapowietrzył.
– Adamadam! Uważaj!
Co?
– Popacz w lewo!
Posłuchałem. Moje oczy wpadły na pewną młodą damę, przespacerowały się w górę jej niedokońcasmukłego ciała aż po rozbawioną twarz.
– Widzę, że dalej rwiesz na ten sam numer – powiedziała.
Karolina popatrzała na nią z umiarkowanym zaciekawieniem.
– Znacie się? – zapytała mnie.
– Tak jakby – odparłem.
– Weronika – młoda dama postanowiła się przedstawić i suspens trafił szlag.
– Karolina.
– Jacek – stojący obok Gwozdecki też nie chciał być bezimienny.
Czy jest to sprawa Szatana, czy tylko przypadek psze pana?
– Co ty tu robisz? – zainteresował się Gwozdecki.
– Dominik mnie wyciągnął. Powiedział, że przyda mi się trochę świeżego powietrza.
– Dominik? Gadałem z nim ze dwa tygodnie temu. Nic nie mówił, że też się wybiera do Brennej.
– Znasz go, on… Zaraz! Mówiłeś mu, kiedy jedziecie?
– Eee… no. A co?
– Nic, tak pytam.
A jednak sprawa Szatana.
– Zaraz wracam.
Z szaloną prędkością przebyłem dystans kilku metrów, który dzielił bar od przestrzeni zajmowanej przez zapalonych tancerzy. Odnalazłem pana DJ (który wyginał śmiało ciało) i wbiłem mu łokieć w okolice wątroby.
– Co?! – wydusił z siebie.
– Zapłacisz mi za to.
– Za co?
– Za to!
Naprowadziłem jego wzrok na gawędzących w przemiłej atmosferze Weronikę, Karolinę i Gwozdeckiego.
– Aaa, spotkaliście się już. I jak?
– Domyśl się. A teraz pójdziemy do nich i wszystko wyjaśnisz.
– Co wyjaśnię?
– Przestań udawać większego kretyna niż jesteś. Powiesz im, że sam to zaplanowałeś, a ja nie miałem z tym nic wspólnego. Okej?
– Ale ja niczego nie zaplanowałem. Zupełnie zapomniałem, że oni też się wybierali w tym czasie do Brennej. A teraz wybacz. Ta mała brunetka zaczyna za mną tęsknić.
Zacisnąłem ze złości pięści. Jednak wbudowana blokada natychmiast kazała mi je rozluźnić. (Zostałem wytresowany, by panować nad emocjami, nie wdawać się w bójki, cokolwiek by się nie działo. Jakiż to byłby wstyd, gdyby dziecko dwójki znanych prawników zostało przyłapane na naparzaniu się z kolegami jak pospolity element prosto ze społecznego marginesu! Pozbawiony możliwości odegrania się na rówieśnikach za pomocą siły fizycznej, układałem w sekrecie złośliwe limeryki na ich temat. I wypisywałem je na wewnętrznych drzwiach kabin szkolnych ubikacji.)
Wróciłem do Weroniki i reszty.
– Słuchaj, ja rozumiem, że to był dla ciebie cios… – przywitała mnie Weronika. Jej ton był lata świetlne od tego, jakim mnie pożegnała, kiedy bombyrakietygranaty.
– Cios? – zdziwiłem się. – Jaki cios?
– Nie udawaj. Kiedy cię opuściłam… – ciągnęła Weronika Wspaniałomyślna.
– Aaa, to miałaś na myśli. W porządku. Już zdążyłem zapomnieć.
Dżek znacząco chrząknął. Udałem, że go nie słyszę.
– Dobra. Udawaj twardziela – udawaj twardziela! Czy jej się wydawało, że rozmawia z Brucem Willisem? – Ciekawe, jak wyjaśnisz swoją obecność tutaj.
– Swoją obecność tutaj wyjaśnię tym gamoniem, co hasa po parkiecie z jakąś brunetką.
– Jesteś żałosny. Chociaż raz mógłbyś wziąć odpowiedzialność za to, co robisz, a nie chować się za innymi. Wszyscy są winni tylko nie ty. Tamtą dupę też przeleciałeś przeze mnie, bo byłam oziębła.
– Jaką dupę? – zapytała Karolina.
– Spokojnie, kochanie, nie chodzi o ciebie – ze złośliwością w głosie odpowiedziała Weronika. – Jak zostaniecie sami, pan powieściopisarz może ci opowie.
Poczułem się w obowiązku coś powiedzieć. Problem polegał na tym, że żadne odpowiednie słowa nie przychodziły. Zwyczajne zaprzeczenie (chociaż zgodne z prawdą) zabrzmiałoby jak przyznanie się do winy.
– Zamknij się – warknąłem z braku czegoś inteligentniejszego do powiedzenia.
– Bardzo inteligentne. Pana pisarza nie było stać na nic więcej?
– Na nic więcej nie zasługujesz – odpowiedziałem i zaraz dorzuciłem: – A jak myślisz, że przyjechałem tu specjalnie, żeby się z tobą zobaczyć, to masz bardziej narąbane we łbie, niż ustawa przewiduje. Chodź, zatańczymy – złapałem Karolinę za ramię i dosłownie zaciągnąłem ją na parkiet.
To był prawdopodobnie najgwałtowniejszy taniec w historii klubu „Zbójecka nora”. Miałem w sobie tyle energii do upuszczenia, że gdybyśmy znajdowali się na osobności, Karolina przeżyłaby orgazm życia. Jeśli, w istocie, w ogóle przeżyłaby nasze zbliżenie.
– Niech zgadnę, nie rozstaliście się w zgodzie – zagadnęła Karolina, z trudem łapiąc oddech. Próbowała mi, biedaczka, dotrzymać kroku.
– I zgadłaś.
– Stanęła między wami jakaś dupa.
– Tak. Jej dupa. Jej ponadwymiarowa dupa.
– Bądź poważny.
– Jestem poważny. Jak rak dwunastnicy. Ciężko być poważniejszym, niż rak dwunastnicy.
– Dobra. Nie chcesz o tym rozmawiać, to nie.
– A kto powiedział, że nie chcę o tym rozmawiać? Ja mógłbym o tym gadać do zdarcia gardła i do usranej śmierci.
– Mam dość. Idę – powiedziała i nie minęły trzy dziesiąte sekundy, a spełniła swoją obietnicę (groźbę?).
– Krzyżyk na drogę! – rzuciłem za nią, ale mój głos ugrzązł gdzieś pomiędzy dźwiękami wypływającymi z kolumn, a jej uszami. Jednocześnie znikła mi z oczu i z kart tej opowieści. Niniejszym ronię za nią sentymentalną łezkę.
DJ nie ma w zwyczaju ronić sentymentalnych łezek. Ronienie sentymentalnych łezek zostawia kobietom, które łowi, a potem zostawia. Tamtego wieczoru była to już wspomniana drobna brunetka, której imienia nigdy nie poznałem. Wątpię też, że on sam je poznał, gdyż przez pół nocy (już w naszym hoteliku) krzyczał do niej: dalejmała, ochmała, mocniejmała!

***

Ja… cóż ja? Ja siedziałem na łóżku, oparty plecami o ścianę, i medytowałem nad swoim losem. Starałem się nie zauważać Dżeka, który intensywnie marszczył brwi, jakby o czymś myślał. Szło mi to coraz lepiej, lecz po dwóch godzinach marszczenia się, doszedł do jakichś wniosków. Poznałem po radosnym okrzyku:
– Eureka!
Dochodziła druga. Idealny czas na rewelacje.
– Muszymy czi znależcz dżewczyne na stałe.
– Mówisz?
– Acha.
– I jak chcesz tego dokonać?
– Zobaczysz.
– Wolałbym móc coś znowu napisać – mruknąłem. – Dziewczyna rachunków za mnie nie zapłaci.
– Zależy jaka.
– Jeśli znasz jakieś panny dziedziczki, to zamieniam się w słuch.
– No… ne.
– Tak myślałem.
– Poczekaj.
Zrobił bardzo tajemniczą minę i podniósł prawą rękę.
– Co robisz?
– Szzzzzz.
Wzruszyłem ramionami. Rób co chcesz.
Zrobił. Kiedy koncentrowałem się na podniesionej ręce, on wziął zamach lewą i uderzył mnie nią prosto w twarz. Temu uderzeniu towarzyszyło niesamowite uczucie, zupełnie jakbym leciał głową w dół w głąb olbrzymiej studni. Otaczała mnie ciemność tak gęsta, że mogłem jej dosłownie dotknąć. W tej ciemności straciłem ciało, znajome kształty, osobowość. Byłem jednym wielkim wszechwidzącym okiem.
Jeszcze chwila i to oko miało na co popatrzeć:
Przebiłem się przez dno studni i rozlałem po zielonej, słonecznej krainie. Ogarnęło mnie wrażenie, że już tam kiedyś byłem. Tak! To była moja własna Amigerth: krzywe wieże znajdującego się dzięki magii w permanentnym klimatycznym dwudziestym czerwca Romsfordu, ośnieżone szczyty gór Arrgh!, ciągnące się od horyzontu po horyzont pola kapusty Bobbistanu, damy w opresji, dzielni rycerze, smoki, przemądrzali czarodzieje z Magsfordu, cuchnący niebotyczną korupcją Kraj Nadwistulański, itede, szczegóły w moich wczesnych powieściach (do nabycia we wszystkich dobrych księgarniach na terenie całego kraju; miękkie okładki, więc ceny raczej rozsądne).
Oczywiście (bez tego nie byłoby żadnej opowieści), coś było nie tak. Kłopoty dosłownie wisiały w powietrzu, nad przyszłością całego świata zbierały się przysłowiowe czarne chmury. Oto w Gobinii zaczęła panować ekspansywna teokracja pod wodzą charyzmatycznego proroka Weni-Wudu Wucu (przez bezbożnych nazywanego w skrócie, bez należnej czci, WWW), głoszącego ewangelię Jedynego, propagującego mało popularny na Amigerth monoteizm i rozglądającego się (przy złowieszczych odgłosach lemieszy przekuwanych na miecze) za przestrzenią życiową. Przestrzeń życiowa leżała i na wschód, i na zachód od Gobinii, z tym że przestrzeń położona na zachód (ongiś potężne królestwo Ta’artu) stanowiła bardziej łakomy kąsek. Kąsek szybko został połknięty, głównie dlatego, że królestwo Ta’artu było potężne ongiś, czas przeszły dokonany. Równie dokonany, jak żywot ostatniego króla Ta’artu, Lensa XXIII, który wolał zginąć w okrutnych męczarniach zadawanych mu przez absolwentów romsfordzkiej Akademii Sztuki Tortur & Wyciągania Sekretnych Informacji (AST&WSI), niż zdradzić szyfr do skarbca, w którym znajdowała się legendarna Perła Humina.
Był jednak ktoś jeszcze, kto znał szyfr: krótko przed inwazją dziedziczka tronu, królewna Lena, została wysłana przez zapobiegliwego ojca (i przy pomocy rektora Magsfordu) na Ziemię (a konkretnie ni mniej, ni więcej, tylko do Katowic). Wszystko byłoby pięknieładnie, gdyby nie to, że Gobini dowiedzieli się o ucieczce i wysłali za Leną swoich agentów. Kontrolujący aktywność magiczną na całym globie z pomocą instrumentu dra One Stone’a magowie wysłali na pomoc równie przebiegłego, co przemądrzałego maga piątej klasy, Casanovę w szpiczastym kapeluszu, Indianę Jonesa z różdżką zamiast lassa, niejakiego H. Quiporka. Tutaj dopiero zaczynała się prawdziwa przygoda, najeżona pojedynkami z armią gobińską, spotkaniami ze Śmiercią (we własnej pociągającej osobie), romantycznymi uniesieniami, podróżami na latającej ławce, konferencjami z całym panteonem ćwierćinteligentnych bogów, rozmowami z Pegazem Zygusiem, najsłynniejszym superbohaterem i ofiarą ortograficznej indolencji rodziców, Herlakusem, całym stadem Leliputów, Bobbitów, Bhlangów, martwych wiedźm, chciwych krasnoludów i religijnych fanatyków. Tylko żadnego mnicha-albinosa jakoś nie było.
Kiedy ocknąłem się z tego transu, pozostało jedynie zrobić notatki. Do czego też zabrałem się z takim animuszem, że nawet nie spostrzegłem się, kiedy wzeszło słońce.
***
– Pukpuuuk! Pukpuuuk! Mam nadzieję, że w niczym nie przeszkadzam! – zabrzmiało za moimi drzwiami.
Idiota nawet nie zauważył, że z knajpy wyszedłem wczoraj sam, pomyślałem.
– Otwarte!
Drzwi skrzypnęły. W szparze pomiędzy nimi a framugą pojawiła się głowa zdrajcy.
– Powinienem teraz trzasnąć w te cholerne drzwi, żeby ci ten durny łeb odpadł.
– Jesteś sam?
– A jak ci się wydaje?
– Myślałem, że dobrze ci szło z tą blondyną.
– Szło, szło, szło i poszło.
Nie bardzo wiedział, jak zareagować. Stanął na środku pokoju z rękami na biodrach i zrobił najbystrzejszą minę, jaką potrafił.
– Dzisiaj będzie lepiej – powiedział w końcu.
– Sądzisz?
– Jasne.
– To teraz mi powiedz, co ci, kurwa, strzeliło do łba, żeby ściągać mnie tutaj na spotkanie z tą… tą… – nie mogłem zdobyć się na nazwanie jej kurwą lub choćby suką, przynajmniej nie na głos – dupą. Za moimi plecami!
– Myślałem…
– Udowodnisz?
– …myślałem, że się jakoś pogodzicie – wymamrotał w tej samej sztywnej pozie.
– Z Gwozdeckim na karku?
– Eee… Czemu nie? Plan był taki, że ja miałem go zająć, a ty w tym czasie rozpracowałbyś Weronikę.
Dżek aż gwizdnął z podziwu nad zmyślnością mojego przyjaciela. Ironii w tym gwiździe jakoś nie wyczułem.
– Zresztą, kto powiedział, że ja chciałbym ją rozpracować?
– To ona cię rzuciła.
– Więc?
– Więc implikacja jest prosta. Jeśli to ona cię rzuciła, to znaczy, że ty dalej chciałeś z nią być. Logiczne, nie?
– Bardzo logiczne. Tyle że to było trzy miesiące temu. Teraz nie mogę nawet na nią patrzeć. Rzygać mi się chce na jej widok!
Nieco przesadziłem. Rzygać chciało mi się na widok łap Gwozdeckiego oplatających jej talię. Na widok jej samej odczuwałem zaledwie delikatną niechęć.
– Czyli nie będziesz mieć… skrupułów dziś wieczorem?
Moje brwi powędrował dwa centymetry w górę.
– Skrupułów? Co masz na myśli?
– Dupeczki! Dzisiaj w „Norze” będą mieli tancerki.
Głupie pytanie zadałem. Co innego pan DJ mógł mieć na myśli?
– Nie wiem – zawahałem się. Na widok Dominika śliniącego się nad panienkami tańczącymi go-go też z reguły chciało mi się rzygać.
– Chodź! Specjalnie z Krakowa sprowadzają artystki.
Ten to wie, jakiego słownictwa użyć, żeby przekonać niechętnego.
– Zobaczę. Pomyślę. Powiem ci później. Teraz coś zjem i będę pisał.

***

Miałem w głowie tysiące obrazów: twarze, miejsca, sceny. W powietrzu unosiły się fragmenty dialogów, celne teksty, ostre repliki. Wystarczyło to wszystko jakoś połapać, powiązać ze sobą. Ale najpierw pierwsze zdanie.
Usiadłem nad otwartym notatnikiem, długopis między palcami, wzrok błądzący za oknem. Czekałem. Pierwsze zdanie musi przyjść samo. Poganianie go – wiedziałem z doświadczenia – to zawsze zły pomysł.
Zamknąłem oczy, długopisem zacząłem wystukiwać rytm „Satisfaction”. Nic. Pustka. Ćwierkanie cholernych ptaków na zewnątrz. Żadnych słów.
(Nie wyobrażacie sobie, jakie to frustrujące mieć tyle materiału i nie móc rozpocząć pisania! Pomnóżcie jazdę w korku przy trzydziestopięciostopniowym upale przez stanie w ślimaczącej się kilometrowej kolejce do kasy, kiedy przed wami same panie domu z wózkami wyładowanymi po brzegi milionami bezsensownych gadżetów. Wtedy zrozumiecie jakąś jedną setną mojego bólu.)
Gdzieś zaszczekał pies. (Nie cierpię ludzi, którzy biorą na wypady za miasto swoje czworonożne szczekaczki; człowiek chciałby choć na chwilę odpocząć od tego nieustannego hauhauhau, ale to chyba niemożliwe. Nie cierpię też baranów, którzy robiąc wypady za miasto zostawiają swoje zapchlone kundle w mieszkaniach, żeby sąsiedzi mogli posłuchać sobie wysokiej jakości wycia.) Odłożyłem przybory i położyłem się na łóżku. To czasami pomaga. Mózg przestawia się na inny tryb myślenia, mniej logiczny, bardziej obrazowy.
Nagle uświadomiłem sobie, że w tym całym zwierzęcym jazgocie (ptaszkipsymuchy), czegoś brakowało. Rozejrzałem się po pokoju. Mój wzrok spoczął na kucającym w rogu Dżeku.
Chwała niech będzie niebiosom, Dżek siedział cicho!
Potem refleksja: Dżek mówił coraz rzadziej, cichł z dnia na dzień. Tracił entuzjazm. Może przechodził kryzys tożsamości? Przeżywał męki bezsensu istnienia? Egzystencjalne katusze bycia postacią fikcyjną?
– Te, Jankes, dobrze się czujesz? – zapytałem, dziwiąc się sam sobie.
– Neadekwatne – mruknął.
– Jak?
– Słyszałesz mne.
– Pewnie, że cię słyszałem. Ale nie wiem, o co ci chodzi.
– Szystko czo robie spala na panewcze. Idże sze jebacz, jak mówy młodżeż.
Zapamiętać: młodzież używa zwrotu „idzie się jebać”.
– Jakieś konkretne przykłady?
– Na szykład tak hystoria z Weronyką…
– To był akurat numer Dominika.
– No, ale to ja mu zasugerowałem, że ty bysz chczał do nej wróczycz.
– Co? Kiedy? Jak?
– Zadzwonyłem kiedysz do nego i udawałem, że jestem tobą.
Całe moje współczucie dla niewidzialnego gnojka zaraz wyparowało. Jego miejsce zajęła (jeszcze umiarkowana) złość.
– To niemożliwe. Chyba bym o tym wiedział.
– Akurat spałesz.
– Mówisz, że możesz tak po prostu przejąć kontrolę nad moim ciałem, kiedy śpię?
– Albo kiedy jestesz neszytomny.
– I?
– I czo?
– Często to robisz?
– Ne często. Parę razy.
Przypomniałem sobie kilka niewyjaśnionych siniaków w dziwnych miejscach, zadrapania, których nie powinno być i poranki, kiedy zmęczenie po solidnie – zdawałoby się – przespanej nocy nie pozwalało swobodnie przeczytać gazety.
– Posłuchaj mnie teraz uważnie…
– Bo ne będżesz powtarzał?
– Nie. Bo od tego zależy twoje bezcielesne życie. Jeśli jeszcze raz to zrobisz (a ja teraz to wyczuję!), zrobię, co tylko w mojej mocy, żeby się ciebie pozbyć. Pójdę do specjalisty, jak będzie trzeba, zacznę łykać tabletki, obojętnie. Zdechniesz jak pies – starałem się brzmieć poważnie jak don Corleone składający propozycje niedoodrzucenia. „Jak pies” to w moim prywatnym języku obelga ostateczna, nie ma niczego gorszego. Mówiłem już wam, jak ja nie cierpię psów?
Wtedy, właśnie wtedy, przyszło. Pierwsze zdanie nowej powieści:
Rzeczywistość zawyła.
Za nim przyszły następne, całe akapity ułożone jak karne wojsko. I jeszcze tytuł, który tym razem na pewno się nie zmieni: „Perła”.
***
Wróciłem do pustego domu z poczuciem dokonanego przełomu. Moje życie co prawda w dalszym ciągu pozbawione było kobiecej dłoni (i całej reszty kobiecości), ale mogłem już pisać, pisać, pisać.
Jak tylko uporałem się z wypakowywaniem, sprzątaniem i przygotowaniem kubka mocnej, czarnej kawy, przystąpiłem do pisania, pisania, pisania. Stukałem w klawisze z entuzjazmem debiutanta, który niespodziewanie natknął się w swojej głowie na jakąś historyjkę i stwierdził, że potrafi ją opowiedzieć innym. Świat zewnętrzny przestał istnieć. Świat tworzyłem ja.
Teraz wy:
Odwróćcie na chwilę głowy od mojej skromnej osoby, pozwólcie mi postukać przez moment w spokoju. Przypatrzcie się lepiej telefonowi stojącemu na skraju biurka. Za chwilę zadzwoni. Sztywny głos przez głośniczek słuchawki przekaże bardzo złą wiadomość.
Drrrrrryń-drrrrrryń! Drrrrrryń-drrrrrryń!
Pozwolicie, że potrzymam was trochę w niepewności i odbiorę dopiero w następnym rozdziale?
Drrrrrryń-drrrrrryń!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *