O czym szumi popkultura, czyli homo ludens uwięziony

Krótki esej o szczurach w złotej klatce.

Igrzysk i chleba wołali starożytni Rzymianie. Był sobie Neron, który spalił Rzym, a potem było coraz gorzej. Upadło imperium, kultura. Była pewna wielka dekadencja. Po niej było jeszcze wiele, każda jedyna w swoim rodzaju, ale wskazująca na jedno – coś jest nie tak, gdzieś podmyte mury zatrzęsły tamami i tamy przestały spełniać swoją funkcję, powódź zaleje miasto.

Dziś wołamy nowości i banału, atrakcji i blichtru. Coś jest nie tak? Przecież nie było Nerona, Rzym jakoś się podniósł. Był XIX wiek, który zatrząsł tamami pierwszą falą rewolucji przemysłowej i powstających metropolii, gdzie każdy mógł znaleźć sobie miejsce i odciąć się od własnej oraz przodków przeszłości, i jako tabula rasa zacząć wszystko od nowa. Inna sprawa – zjawisko anomii. Pozorne korzyści miały być większe. Potem była wojna. Jedna i druga, i kilka innych konfliktów po drodze. Kultura jakoś dotkliwie zawiodła, okazała się bowiem być czymś, co miało być wielkie i wszechmocne, a nie powstrzymało tych wydarzeń. Podważono więc kulturę. Tamy już dawno zresztą nieszczelne i do miast – już dawno nie-warowni – wdarły się fale tego, przed czym tak broniła się „dawna” kultura. Rozpleniły się szczury. Camus w „Dżumie” zrzucił winę na szczury. Ale „Dżuma” kończy się u niego tymczasowym zwycięstwem.

Dziś szczury ścigają się na postmodernistycznym śmietniku i nikt im nie broni. Bo takie czasy. Polują na to, co chcą, czy na to, co jest im dane?

Nie, postmodernizm nie jest złem wcielonym. Jest raczej w pewnych swych aspektach złem koniecznym. I niezwykle przy tym interesującym. Nie wziął się znikąd, korzenie zapuścił już w XIX wieku czy – jak woli Adorno – już w Oświeceniu. To racjonalizacji świata w dobie Oświecenia przypisuje zgubną dla późniejszej kultury rolę. Narastająca instrumentalizacja, racjonalna utylitarność i próba zrównania ludzi była w imię nowoczesnego społeczeństwa.

Dziś mamy ponowoczesność i nie ma równych. Są równi i równiejsi. Wszystko jest dla wszystkich, bo każdy może być kim nie jest. I nie wiadomo jak to się skończy. Huizingowski homo ludens przerósł sam siebie. Z człowieka bawiącego się powstał bawiący się ten czy inny. Jednostka przestała być ważna, ważne jest to, by zabawa trwała dalej i podtrzymywała popkulturę. Bo gdy nagle przestałaby grać muzyka i pogasłyby światła, ukazałoby się pobojowisko; obraz pustki o tyle tragicznej, że uświadomionej dopiero po fakcie, i gdy już nie wróci to, co było. Młodzi nagle postarzeją się, może zerwą sznurki, a może nie; nadal aktualny będzie Wojtkiewiczowski motyw lalek żywszych niż ludzie.

Zawieszeni między wartościami dobra i zła, a oba są zabawą. W popkulturze wszystko musi być zabawą, by w ogóle móc być. Pewne wartości, które do niedawna były niepodważalne, teraz już nie są zbyt pewne. Bo w końcu wszystko jest relatywne. Dawni filozofowie może załamaliby ręce, a może nie zrobiliby nic w wyrazie panującej bierności. Może podjęliby romantyczną walkę z wiatrakami, może odcięliby się od wszystkiego tak, jak niegdyś owi wielcy niezrozumiani. Tylko że dziś nie można się odciąć zupełnie. Można wprawdzie powiedzieć: „ja się buntuję”, ale wynikiem tego buntu będzie i tak pójście do sklepu, choćby po rzeczy niezbędne, a wtłoczone w tryby konsumpcyjnej maszyny. Można wybrać mniejsze zło, ale zawsze pozostanie ono złem. Nie można być dziś zbuntowanym, bo nie można uniezależnić się od tego, przeciwko czemu się buntujemy. Trzeba przecież jeść, trzeba się ubierać – koncerny produkujące nawet najbardziej podstawowe rzeczy inwestują wielkie sumy w to, by ich towary wchodziły w obieg ze skutkiem jak największej nabywalności. A my w swoim wolnym wyborze możemy tylko wybrać spośród towarów lepiej czy gorzej reklamowanych. Wygląda więc na to, że kij i marchewka znów działają, tyle że z ukrycia. I końca tego nie widać.
Jakkolwiek nie można utożsamiać popkultury i konsumpcyjności z postmodernizmem, to ich wzajemna korelacja w drugiej połowie XX wieku jest ewidentna. I choć nie wyrażają nawzajem swoich haseł, to dopełniają się, idąc w jednym kierunku. Coś się kończy, lecz nic się nie zaczyna. Skończył się wiek, sztuka w swoim dawnym rozumieniu, kultura choruje na poważny kryzys. Filozofia zeklektyzowała się, świat – naelektryzował. Trzeba uważać, bo jest pod napięciem i kopie. To smutna wizja.

O popkulturze mówi się, że to kultura nadmiaru. Sądzę, że nie można tak jednostronnie. To jest też kultura wysokiego niedoboru rzeczy wybiegających poza swego odbiorcę. Ze zbyt wielu źródeł czerpie inspiracje, by móc stworzyć harmonijną i zrównoważoną całość. W popkulturze jest raczej tak, jak w starym porzekadle o sześciu kucharkach. Może i jest transgresywna, ale nie transcendentna. Brakuje jej tego czegoś, co można by nazwać „ponad”. Jest tylko dosłowność tego, co widać. Tak jak każda epoka ma swój postmodernizm, tak i każda ma swą popkulturę. Nie ma co dramatyzować, że tylko my stoimy na krawędzi. Nasza sytuacja na tyle jednak różni się od poprzednich, że nie współistnieją obok siebie antagonistyczne, a przynajmniej odrębne nurty. Nurt niski wchłonął wysoki. Wysoki acz słabszy – uległ. Tak jak postmodernizm jest filozofią wyczerpania form i przez to skazany jest na powielani samego siebie, tak popkultura powiela się w kółko, reprodukując na masową skalę swoje ideały. Hybryda zjada swój własny ogon, uparcie temu zaprzeczając. A że widzimy ostatnio tylko to, co się nam pokazuje, nie widzimy dramatu hybrydy. Dla nas jest ona uśmiechniętym, beztroskim tworem, u którego można tanio kupić szczęście, poczucie wartości, sens życia. Lyotard mówi, że stygnie słońce. Rzeczy tak wielkie jak słońce gasną wprawdzie powoli, ale nieodwracalnie. Nauka nie stworzy drugiego słońca, popkultura też. Dogasa forma na rzecz bezkształtnej masy. Coś się kończy, lecz nic się nie zaczyna.

Mimo że każda epoka ma swój millienaryzm, nasza ma go od urodzenia. Wyrosła z dziewiętnastowiecznego świata sprzeczności, sama stała się sprzecznością do tego stopnia, że przerosła poprzednią, rozsiadła się na tronie historii, przygniotła wszystkie pozostałe i siedzi. Raczej nie czeka. Bo i na co tu czekać, gdy wszystko zostało sprowadzone do boleśnie spłyconej oczywistości. A to wolno tylko hybrydom. Lub hydrom.

Wieczna teraźniejszość, czas i przestrzeń oswojona. Tak nam się wydaje. Wszystko co jest, jest tu i teraz, na tacy, na gorąco. Podane jak w wytwornej restauracji, pod szklanym kloszem. Uchylamy go wtedy, gdy nam pozwolą. Żeby nie stygło. Staramy się zapobiec tragedii słońca, choć jutro o tej groźbie i tak wszyscy zapomną, a coraz częstsze zaćmienia będą traktować jak każdą inna sensację. Staramy się robić co możemy. I odwrotnie. Możemy się starać. Wszyscy jesteśmy przejściowi, gloryfikujemy tę przejściowość jako możliwość ogarnięcia wszystkiego naraz, szybko i łatwo. Jako bycie wszędzie, czerpanie ze wszystkiego, jako nieograniczone możliwości i wolność wyboru tego, w którą stronę można się zwrócić. Ciemniejszej strony własnej przejściowości staramy się nie dostrzegać, bo po co. Trzeba się bawić dopóki nam grają, dopóki świeci słońce. Bo co będzie potem, nie wiadomo.
Żyjemy w świecie pozorów. Wszystko podane pod nos, na tacy, szybko, tanio i wygodnie. Samospełniająca się reklama. Wszystko robi się dla n a s, m y jesteśmy najważniejsi. Jesteśmy przecież tego warci. Możemy wybierać, przebierać, poruszać się wśród tego wszystkiego co najlepsze bez skrępowania, bo to wszystko specjalnie dla nas. Możemy opływać w luksusy za półdarmo, bo takie mamy dobre czasy. I zachłyśnięte wolnością szczury ścigają się w złotej klatce. Złoty kołowrotek obraca się szybko, a zmęczone szczury biegną wciąż przed siebie, klatkę tłumacząc sobie nie jako więzienie, a jako z ł o t ą klatkę, w której są bezpieczne, wierząc że kołowrotek ma koniec, a na finiszu czeka upragniona nagroda. Zapewne złota. I biegają tak w kółko goniąc iluzję, w niby bezpiecznej klatce pozorów. Schizofreniczne te szczury, oscylując na granicy światów i światków. Wolne w swojej niewoli, robią to, co się im każe, bo nagroda czeka, klatka jest dobra, bo z drogich kruszców, więc nie ma co narzekać. Nikt jej nie widział, a to, że tyle szczurów nie wytrzymało coraz szybszego tempa – widocznie nie pasowały. Mówi się – trudno, kręci się dalej.

Popkultura daje nam dużo. Możemy mieć wszystko za półdarmo. Możemy robić, co nam się podoba, bo kultura naszych czasów akceptuje wszystko. Możemy żyć według własnego upodobania, nie obawiając się, że przekroczymy normy i wypchną nas poza margines. Wszyscy są równi, bo wszyscy są zwykli. Wszystko dopasowuje się do statystycznego średniego, przemyca się kicz świata nadmiaru ideałów, ale to nic. Przeciętny statystyczny chce – i może – utożsamiać się z filmami, emocjami przekazywanymi w rzewnych, nieudolnych pioseneczkach. To, co tak starannie zaplanowane jest przez sztaby specjalistów, do tego statystycznego dociera jako swojskie, naturalne, tylko ciut lepsze od jego rzeczywistości. A to znak, że trzeba w niej coś zmienić. Na lepsze oczywiście, idąc za odpowiednimi wzorami, gazetowymi poradami. Wystarczy – podobno – tylko chcieć zmian. Popkultura daje zatem bodźce, środki i porady, a wreszcie – nagradza rzekomym szczęściem owocne zmiany na lepsze. Jest tylko jeden problem: kultura masowa daje dużo tylko pozornie.

Unifikacja, jakiej poddane zostały treści kulturowe, nie daje prawdziwej wolności, nie otwiera drogi do emancypacji jednostek oryginalnych. Jeszcze parę dekad temu ekscentrycy byli dziwakami. Dziś są „modni”. I komercyjni. Za wszelką cenę należy być innym, to znaczy wpisać się w grupę tych, którzy ubierają się w takim a nie innym sklepie i przypinają sobie łatki buntowników czy indywidualistów. A gdyby tak przejść się po ulicach wielkich miast, widzi się przede wszystkim ludzi, których tożsamość wykreowana została przez komercyjne mechanizmy kultury masowej. Wystarczy, by jakaś gwiazdka ubrała się tak a nie inaczej, a za chwilę większość pędzi za niedoścignionym wzorem „klasy i luksusu”. Blichtr ogarnął nie tylko modę. Literatura i muzyka jest nie mniej podatna niż stada zakompleksionych kobiet, które wyznacznikiem własnej wartości uczyniły cenę ubrań, które noszą. To, co jeszcze do połowy XIX wieku uważane było za domenę elit intelektualnych, bo tylko ci czytali i interesowali się takimi zbytkami jak muzyka, teraz wyległo na ulicę i wszyscy mogą się nim cieszyć. O cieszenie się zresztą chodzi. Rozrywka, która wchłonęła literaturę i muzykę, film zaś dorzuciła gratis, uczyniła z nich swoją służebnicę. Muzyka jest po to, by można było się bawić.

Nieważna jest sama muzyka, a tym bardziej jej walory artystyczne. Telewizja podobnie – nieważne co, ważne, że można popatrzeć. I ważne też, żeby gromadziła masy zmęczonych po dniu pracy ludzi żądnych lekkiej, pospolitej i taniej rozrywki. Żeby czuć się tak jak wszyscy, żeby nie czuć się samotnym, żeby odpocząć, nie wysilając przy tym intelektu. Szczury są w tym swoim indywidualiźmie zadziwiająco stadne. Wykonawcy–bożyszcze dyktują mody, sposób zachowania, wypowiedzi. A szczury czczą ich jako lepszych. Sława stała się, wraz z możliwością coraz większej potrzeby – i możliwości jej zaspokajania – posiadania dla samego faktu, dla prestiżu, wyznacznikiem celów i dążeń. Mimo to jesteśmy przekonani o własnej oryginalności. Gazety piszą, że będzie się jedynym i niepowtarzalnym tylko, gdy zrealizuje się to, co one wprost lub skrycie reklamują. Media pokazują ideały, które istnieć nie mogą w żadnym innym środowisku, niż opartym na unifikacji i braku oparcia jednostki w sobie samej. Kultura nadmiaru, gdzie wszystkie postaci medialne są piękne, bogate i szczęśliwe, mają to, co najlepsze i chcą się w swej dobroci z nami podzielić, wciąż odnosi sukces i zagarnia coraz to szersze obszary. Uzależnienie od dóbr materialnych, o czym mówi się zresztą nie od dziś, i chęć posiadania nie ze względów utylitarnych czy dla zaspokojenia potrzeb, a dla podniesienia prestiżu społecznego, kiedyś dotyczyła klas najwyższych, których przedstawiciele dążyli w ten sposób do wyróżnienia się wewnątrz klasy. Dziś skromnie zarabiający pracownik może na kredyt kupić wszystko, co tylko zaspokoi jego próżność. Jesteśmy uzależnieni od własnego – na siłę wbitego jako wartość niemal nadrzędna – snobizmu. Więcej i więcej. Szybciej i szybciej, jak w kołowrotku.

Uwięzieni w nieustającym rytmie form zabawy, jakie narzuca kultura masowa, wszystko inne, poważniejsze czy trudniejsze traci swoją uprzywilejowana pozycję. Homo ludens stał się więźniem własnej domeny. Wszystko odbywa się przez zabawę, która zamiast dawać wytchnienie – męczy swym nadmiarem. Wszystko, co jest produktem popkultury, jest zabawą. Ta otacza człowieka od najmłodszych lat. A potem jest już tylko coraz gorzej. Wszystko, co dotyczy czasu wolnego, nastawione jest na konsumpcję, lekkie i niekoniecznie pożyteczne, w niewielkim stopniu satysfakcjonujące działanie. Ale argument: „bo wszyscy” przeważa na jego korzyść i większość „normalnych” ludzi, nawet jeśli chcieliby się zbuntować, nie może. I na nic się tu zdaje idea wolności wyboru co do stylu życia czy upodobań. Jeśli się nie jest takim jak wszyscy, jest się poza tym najliczniejszym gronem zwykłych ludzi, wytworów kultury masowej. Złota klatka, jaką tworzy możliwość łatwego nabywania i spełniania swoich materialnych zachcianek, jest zbyt kuszącą obietnicą innego świata, by chcieć ją odrzucać dla niepewnych ideałów nonkonformizmu czy negacji konsumpcyjnego stylu życia. O ile nonkonformizm istnieje jeszcze w ogóle w sferze innej niż tylko pojęciowa. Teoretycy kontrkultury twierdzili, że wszystko, co będzie przejawem buntu wobec konsumpcyjnej kultury i wyścigu szczurów, zostanie przez nie i tak wchłonięte. Potwierdziło się to i zanosi się na to, że potwierdzać się będzie dalej. Każdy odpowiednio nagłośniony przez media przejaw indywidualizmu, o ile tylko „da się sprzedać”, będzie „opłacalny”, zaraz po odpowiednim zarekomendowaniu znajdzie rzesze pseudoindywidualnych odbiorców. Bunt ze swej idei sprzeciwu wobec tego, co złe, stał się zaprogramowanym, szczegółowo wyliczonym przedsięwzięciem, którego zadaniem jest docieranie do coraz szerszych kręgów odbiorców . Zresztą, czy można się buntować przeciwko popkulturze jako czemuś złemu, skoro jej hasła są tak radosne? Dla każdego coś miłego. Asortyment popkultury obejmuje najbardziej wymyślne zachcianki swoich odbiorców i różne sposoby ich zaspokajania. Od bardziej ambitnych po zupełnie proste. Liczy się przecież efekt. Czyli pieniądze.

Jesteśmy niewolnikami pieniędzy – tych, które mamy, i tych, których nie mamy, i mimo że bardzo chcielibyśmy mieć, nie ma na to szans. Kultura masowa daje rozrywkę tanią, a efekt jej jest bezcenny. Każdy może poczuć się jak ktoś lepszy, ważniejszy, bogatszy. Po prostu szczęśliwszy. Jesteśmy niewolnikami blichtru i banału, i podczas gdy śmiejemy się z naiwności poprzednich pokoleń i tych, którzy wołali igrzysk i chleba, śmiech ten brzmieć może jedynie jak z czarno-białego filmu z puentą czarnego humoru.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *