Żyć nostalgicznie

recenzja filmu Doroty Kędzierzawskiej „Pora umierać”

„Pora umierać” to film piekielnie trudny w odbiorze. Klasycznemu, wcinającemu popcorn i przyzwyczajonemu do ekranowych fajerwerków klientowi multipleksu może nie wystarczyć percepcji, aby pojąć to, co dzieje się na ekranie. No bo cóż to za historia, w której stara kobieta przez niemal dwie godziny rozmawia z psem; historia, która dzieje się właściwie w jednej tylko lokacji, a miast z muzyką obcujemy z… ciszą.

Ta na pozór zupełnie niefilmowa opowieść posiada też niezwykle skromną fabułę: ot, stara kobieta, którą ktoś chce wykurzyć z równie starego, sypiącego się domu. I to właściwie cała akcja. Jest też krnąbrny synek i „wnusia”, jest Dostojewski, który nielegalnie korzysta z huśtawki, no i, last but not least, pies o imieniu Filadelfia – dla znajomych po prostu Fila.

Rzeczy niezwykłe dzieją się natomiast zupełnie obok, prowadząc do nieuchronnej śmierci głównej bohaterki. W żadnym wypadku nie jest to jednak film o umieraniu. Wręcz przeciwnie: to absolutna afirmacja życia, która wyrażana przez dziewięćdziesięcioletnią staruszkę brzmi bodaj najbardziej dobitnie.

Dorota Kędzierzawska, reżyserka i scenarzystka filmu, po niezbyt długim milczeniu powraca na ekrany obrazem właściwie dość podobnym do poprzedniego dzieła – „Jestem” z 2005 r. Tam, jak pamiętamy, rzeczywistość poznawaliśmy z perspektywy dziecka – tutaj oglądamy ją oczami staruszki Anieli. W obydwu przypadkach mamy do czynienia z ludźmi-wyspami, którzy w żaden sposób nie przystają do rozpędzonego do granic absurdu kwiatu społeczeństwa. Tak samo zresztą, jak czarno-białe „Pora umierać” nie pasuje do kina z dzięwięcioma salami, coca-coli i prażonej kukurydzy.

Film jest w zasadzie monodramem, skrojonym jakby specjalnie dla Danuty Szaflarskiej (rocznik 1915), która w rolę Anieli wcieliła się wprost nadzwyczajnie. Kędzierzawska zresztą nie ukrywała, że szukała dla Szaflarskiej odpowiedniej historii, bo bardzo chciała z nią współpracować. Co ciekawe, jeszcze przed napisaniem scenariusza znalazła też Kędzierzawska ten zachwycający, stary dom w podwarszawskiej Radości. Film powstawał zatem w naprawdę niezwykłych okolicznościach.

Bo i niezwykły jest też sam pomysł: kamera towarzyszy Szaflarskiej właściwie przez cały czas, zarówno podczas zwykłych czynności dnia codziennego, jak i w nocy – ukazując dyskretną, wręcz metafizyczną siłę starego, pustego domu. Bohaterka żyje w swoistej enklawie: z dala od zgiełku miasta, w ciszy i spokoju (zakłócanej tylko przez pewnych domorosłych muzyków z sąsiedztwa). Programowo odrzuca współczesność – czemu daje wyraz w kapitalnej scenie rozmowy z „wnusią” – i skupia się na nostalgicznym przeżywaniu szczęśliwych lat dziecięcych. Siedząc na swej werandzie, niemalże jak na honorowej galerii w teatrze Elżbietańskim, przez malutką lornetkę obserwuje codzienne życie okolicznych mieszkańców. I wspomina… Nie uprawia jednak żadnego ordynarnego podglądactwa – „spotkania” z sąsiadami są jej potrzebne tylko do wywołania swoistych powidoków.

Cały film jest właściwie bardzo teatralny, posiada też klasyczną, trzyaktową kompozycję. W genialnej scenie kulminacyjnej, która otworzy ostatni akt, bohaterka decyduje, że oto właśnie teraz „pora umierać” i rozpocznie staranne przygotowania do swego rytuału przejścia. Czarne szaty, różaniec w ręku, zapalona na stole świeczka i oparty o nią obrazek Jezusa. Niby wszystko tak, jak być powinno, ale… na Boga, przecież nie tak wygląda umieranie! Nie można ot tak wybrać sobie momentu, w którym zechcemy zejść ze sceny życia. Zrozumie to w końcu i sama bohaterka, konstatując, że „to jakaś głupota z tym umieraniem”.

Śmierć przyjdzie bowiem w zupełnie innym momencie, kiedy wszystkie sprawy zostaną należycie załatwione, a trójca przeszłość – teraźniejszość – przyszłość osiągnie stan absolutnej harmonii. W gruncie rzeczy ostatnie dni życia Anieli to batalia o zachowanie owej ciągłości, o życie, które nie przeminie w chwili śmierci i trwać będzie nadal w tym pięknym, starym domu. Wizja to nieco sielankowa, jednak w filmie, szczególnie tak onirycznym, jak najbardziej ma prawo się wydarzyć.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *